środa, 10 września 2014

Sztuka nieużyta

Ponieważ nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę artystą parającym się czymkolwiek graficznym, rysunkowym i malarskim (dla jasności: żadnym innym artystą też nie), więc z tym większą, perwersyjną radością publikuję takie oto swoje wiekopomne dzieło na tym polu (artystycznym-wizualnym znaczy się). 

Bez tytułu, 2014, marker do opisywania płyt CD na kartonie, 188 na 140 cm.

Uwaga! Po pierwsze - wymiary dzieła tylko przypadkowo są takie same jak rozmiar sofy z pewnego sklepu meblowego, który to sklep miał ongiś święte prawo do szczycenia się swoją skandynawską solidnością, a której to sofy opakowanie (z sofą w środku) jakoś tak prowokująco zagracało przez dni kilka przedpokój... Po wtóre: jest to jedyna istniejąca kopia dzieła, oryginał został w buddyjskim niemal duchu pogodzenia z nieuniknionym wyekspediowany do pojemnika na śmieci papierowe.


wtorek, 12 sierpnia 2014

Upał

Miałem pisać o sumieniu - w związku ze sprawą Chazana, ale nie tylko o tym; bo to, co się naokoło jego ponurej historii ostatnio namnożyło, wykracza dalece poza ten incydentalny przypadek, rosnąc do rangi jednej z najważniejszych od lat dyskusji w polskiej przestrzeni publicznej (dyskusji prowadzonej niestety alla polacca, czyli w oparach absurdu i hańby, co też jest kwestią do przemyślenia, bodaj najważniejszą). I miałem - tymczasem przynajmniej - nie pisać o Fistaszku (który skądinąd ostatnio, czyli od mojego ostatniego i przedostatniego tu pisania, dorobił się dwóch nowych ksywek: Błażej-la i Łezka; oba od tego, że Książę doprowadza ostatnio do perfekcji umiejętność zwracania na siebie uwagi dzikim płaczem). Nie zrobię jednak ani jednego, ani drugiego.

Bo jak tu pisać o sumieniu, gdy taki upał, który jeszcze kilka dni temu, kiedy był on sprawą chwili, a nie skutkiem pracy pamięci, mogłem - za sprawą Łezki - oglądać z zupełnie innego kąta? No więc napiszę o tym innym kącie - o widoku z szeroko otwartego, przysłoniętego wyłącznie moskitierą okna sypialni, w którym półsiedzę, półleżę na wiklinowym fotelu z śpiącym Błażejem-la na kolanach i nieruchomiejąc kontempluję widoki i dźwięki, starając się wyłowić to, co będzie najpełniejszym ekwiwalentem skórnego doznania upału.

Tak zatem z mojego kąta (kąta pokoju i kąta widzenia) najpierw zwracają na siebie uwagę markizy na balkonach bloku naprzeciwko. Krótsze bądź dłuższe, niebiesko-szare albo biało-żółte - jednako łopoczą na wietrze, który nie niesie ulgi, który ma konsystencję (jak mawiała moja babcia) niczym z pieca. I właśnie ten - bezgłośny z mojego oddalenia - łopot jest pierwszą, najważniejszą figurą upału. Kiedy skupiam wzrok wyłącznie na tych daremnie zrywających się do lotu markizach, tracę z brzegów spojrzenia całą resztę - ścianę bloku, z której jęzor słońca zlizał liszaje obłażących i wypłowiałych, choć niegdyś pastelowo wielobarwnych tynków - i przenoszę się z mojego osiedla do jakiegoś fetyszowego miasteczka gdzieś na południu Europy, gdzie nigdy nie byłem: Hiszpania, Grecja, Sycylia, Korsyka... nienaturalnie wysokie wobec śmiechu wartej wąskości uliczek, białe mury domów zwisają nad udręczonymi schodkami i brukami aż do miejsca powyżej, gdzie zderzą się siłą niewyobrażalnego kontrastu z najgłębiej błekitnym niebem; przysłonięte drewnianymi roletami okna, z których wysnuwają się kity roślin doniczkowych; babiny w szczelnych czarnych przyodziewkach wysiadują na ławeczkach przed nieskończenie ciemnymi otchłaniami szeroko otwartych drzwi, skąd jedynie smugi intensywnie egzotycznych zapachów potraw są śladem jakiegokolwiek życia. Aha, i jeszcze wszędobylskie koty - no, jakoś tak to sobie wyobrażam.  Choć i tak wszystko to redukuje się do dekoracji wzniesionych na okoliczność kręcenia przez Wojciecha Jerzego Hasa madryckich scen Rękopisu znalezionego w Saragossie. Podobno działo się to we Wrocławiu, choć ja zawsze mam przed oczami pałac Woroncowa w Ałupce na Krymie, zwłaszcza tamto zatłoczone zwiedzającymi i zawalone straganami przejście wijące się między wysokie, szare mury - niewzruszony, znużony kamień (po lewej nasączony blaskiem, po prawej ściekający cieniem), a środkiem sączy się struga kolorowych głów, czapek, parasolek omywająca, a jakże, markizy osłaniające stoiska z wszelkim niewyobrażalnym szmelcem. Tak już zostanie, nic na to nie poradzę.

A zatem markizy - ruch, którego bezszelestność tylko podkreśla nieruchome, wygaszające wszelkie życie, skracające cienie dostojeństwo popołudniowego upału. Dla kontrastu z tym - statyczność balkonowych poręczy, szkielety mebli: leżaków, stolików, krzeseł. Niczym wystające z piasków pustyni, odsłonięte przez samum kości monstrów pamiętających jeszcze czasy, gdy władzę nad tą jałową ziemią sprawowało mroczne imperium Stygii... Samum, Stygia - mój rozmiękczony mózg bawi się nazwami, słowami, w których zamknięta jest prawda wielkich temperatur; a czy będzie to arabskie określenie "trucicielskiego" wiatru niosącego ze sobą tumany morderczego piachu, czy wymyślona przez Roberta E. Howarda nazwa czarnoksięskiego państwa z aż po nieistnienie zamierzchłej ery hyboryjskiej - nie ma większego znaczenia. Cała prawda zamyka się w nagim jak idea pustynności brzmieniu słowa, które - i poza jego sensem, i w samym jego środku jednocześnie - jest absolutną prawdą bezsłownej pieśni najwyższego południa. A raczej Południa.
Ta pieśń najwyższego południa (Południa) - tak na marginesie - to coś, co ubrdało mi się kiedyś na styku czytania To rzekł Zaratustra Nietzschego i czytającej Nietzschego Hanny Buczyńskiej-Garewicz w jej pięknych Metafizycznych rozważaniach o czasie. Nie ma czegoś takiego - o ile mi wiadomo - ani u filozofki, ani u jej filozofa. A u mnie jest - czemu nie? Przecież także i to rzekł Zaratustra.

Ruch. Bezruch. I raz jeszcze ruch: dziecinny wiatraczek na poręczy jednego z balkonów. Wykonane z jakiejś pozłotki ramiona chwacko wirują w rytm rozprażonych oddechów lata, łapiąc blask słońca i śląc z bezmyślną, rozrzutną radością bliki aż w moje źrenice. Ilekroć widzę wiatraki takie jak ten, przypomina mi się - nie wiedzieć czemu - scena z W pustyni i w puszczy, kiedy to Staś ogląda miraż Medinet (chyba Medinet - sprawdzać nie będę, celowo, bo to kręta opowieść mojej pamięci, nie sprawdzian wierności Sienkiewiczowi), miraż tak doskonały, że daje się dostrzec nawet wiatraki na studniach. Może nawet te studnie opatrzone zostały przymiotnikiem "angielskie".
Nie wiem, czemu akurat ten obraz (obok wielu innych oczywiście) został we mnie ze szczeniackiej lektury W pustyni i w puszczy, lektury wpierw zapośredniczonej w czytaniu babci i mamy, potem wielekroć ponawianej z bezgraniczną, beznadziejną miłością. Ale został. I trwa. Jest i teraz - jak dla Tarkowskiego wiatraki w Medinet miały być dowodem na to, że miraż nie jest mirażem, tak dla mnie różnofarbne migoty wiatraczka naprzeciwko są poświadczeniem, że dzieje się naprawdę. Czyli jako fatamorgana, baudrillardowska ułuda prawdziwsza niż rzeczywistość.

Jeszcze ruch, na zakończenie. Akacja tuż za oknem, której trzepot odrealnia wszystko to, co zobaczyłem w uprzednio pisanym. Falowanie akacjowych liści, odwracających się srebrnymi brzuchami ku górze przy każdym powiewie, jest samą istotą upału - tak myślał już Bruno Schulz w pierwszych zdaniach Sierpnia: "te drzewa afektują wicher, wzburzając teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać wytworność wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra szlachetnych lisic". Czy to te słowa - nieświadomie - zainfekowały upałem moje myślenie akacji? A może mieliśmy po prostu - Bruno i ja - te same intuicje, wpatrując się jak zahipnotyzowani w rozwichrzoną, wybebeszoną szarość spodów akacjowych liści i nie mogąc pojąć, jak ten sam pląs może znaczyć coś zupełnie innego wtedy, gdy zwiastuje jeszcze większy żar, jak i wtedy, gdy tchnie paniką tuż przed nadciągającą znad ołowianego horyzontu burzą? A może wszystko to wryło mi się w myśl całkiem niedawno, w połowie maja, kiedy to jeszcze raz i jeszcze raz na nowo czytałem te słowa Schulza w kolejnych poprawianych przeze mnie, splamionych atramentowym potem arkuszach maturalnych - a za każdym przeczytaniem, zamiast nudy, rosła we mnie fascynacja niewiędnącymi (mimo upału) zaklęciami drohobyckiego czarnoksiężnika?

Tak czy inaczej, zza zakrętów uliczek przecinających pałac Woroncowa w Medinet wyłaniają się odsłonięte przez samum szkielety stygijskich smoków, w piachu klekoczą skorpiony, między żebrami uwijają się pszczoły. Przyklejone gumą do żucia na pożółkłych rogach i żuchwach wiatraczki rzucają nielogicznie długie, akacjowo posrebrzane cienie, osłaniam dłonią skronie Błażeja-la - nie chcąc wydawać ich na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich. To rzekł Zaratustra.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ojcofizmy

Ojcofizmy, taki mi się wymyślił neologizm; czyli mniej lub bardziej rozbudowane aforyzmy, gnomy, sentencje, epifanie ojcowskie. Po prostu - co tu dużo gadać - terapia tekstem. Terapia czego? Oczywiście ojcostwa. A czemu aż tak, czemu ojcostwo terapeutyzować? Bo to doświadczenie traumatyczne - takie, na które nie można się przygotować, które jest niebywałą sztuką improwizacji, obserwacji, działania w trybie natychmiastowym. Sens nadaje się temu po fakcie, w tym, co zapisywane.

***

Najbardziej intensywnym - negatywnym - doświadczeniem medytacyjnym jest dla mnie konieczność stawania wobec wszystkiego, co rozprasza. Im bardziej chcę się skupić (a wiadomo, że już tam, gdzie zaczyna się jakiekolwiek chcenie, kończy się medytacja), tym bardziej wyłazi ze mnie wszystko to, co chciałoby się, żeby mną nie było, nad czym moje dążące do pełni bycia sobą ja nie sprawuje władzy: natrętne myśli, oczekiwania, zachcenia, irytacje, uroszczenia... Już praktykujący medytację pierwsi chrześcijańscy anachoreci znali pojęcie logismoi, naruszających monolit modlitewnego skupienia konceptualizacji, niechcianych i nie wiadomo skąd przychodzących sensów.
Pod tym względem medytacja jest bezlitosna: stawia cię w prawdzie wobec tego, jak bardzo jesteś rozchwierutany i nieobecny. Czasem udaje się to wyosobnić i uczynić z tego coś zewnętrznego, jakiegoś pana Hyde'a swojej tożsamości - jak w jodze, w śavasanie, kiedy miewa się czasem doświadczenie unoszenia się nad matą i spoglądania na siebie z zewnątrz. Czasem nie i wychodzi się z doświadczenia medytacji bogatszym o lekcję pokory, o wyższą świadomość własnych ograniczeń. A lekcja to bolesna.
Podobnie bezlitosne jest obcowanie z dzieckiem - przed którym nie ukryjesz się z niczym. Możesz sobie wyobrażać i wmawiać, że jesteś spokojny, cierpliwy, wyzbyty agresji, uważny, pozbawiony niepotrzebnych przedsądów co do tego, jakie twoje dziecko ma być: ostatecznym miernikiem zasadności tego wszystkiego będzie pierwsza nieprzespana noc z maluchem najedzonym, przebranym - a i tak rozpłakanym. Tu się dopiero okaże, ile jest w tobie tego dobrego, a ile złego. Staną przed tobą wszystkie słabości twojego charakteru, łącznie z tymi, których wstydzisz się tak bardzo, że aż nie dopuszczałeś do świadomości faktu ich istnienia. I nie uciekniesz przed nimi - bo dokąd? Oto prawdziwy czas prawdy o sobie, bywa, że bardziej niż niewygodnej.

***

Za oknem deszcz i burza, leżę na kanapie kangurując Księcia. Słuchamy concerti grossi Corellego. Mierzę czas obserwując pająka (potem, z bliska, okaże się, że to mól) przemierzającego niespiesznie sufit. Usiłuję odgadnąć, jaką marszrutę obierze.

***

Po raz pierwszy od dwudziestu ośmiu lat nie obejrzałem finału mistrzostw świata w piłkę kopaną. Jakieś tam koło się zamknęło: i wtedy, i teraz było to spotkanie Niemiec - podówczas RFN - z Argentyną (swoją drogą nie wiem, czy większe emocje budził we mnie wówczas sam mecz, czy waga uczestnictwa w jakiejś wielkiej celebracji; że pozwolono mnie, ośmioletniemu szczeniakowi, oglądać cokolwiek późnym wieczorem na naszym czarno-białym telewizorze - tak czy inaczej, do dziś pamiętam, że spotkanie rozgrywano na Stadionie Azteca w Mexico City, że grał Maradona i że Argentyna wygrała 3:2, co Polaków, w różnym stopniu skażonych tyleż historyczną i genetyczną, co oficjalną i propagandową antyniemieckością, stadnie uradowało).
Nie obejrzałem nie dlatego, że nie miałem czasu, ten jakoś bym pewnie wygospodarował, nie bacząc na pokusę łapania każdej chwili snu w te pierwsze ojcowskie noce - po prostu kompletnie nie byłem w stanie wykrzesać z siebie choćby minimum zainteresowania. Poważnie. I do dziś nie wiem - choć dotarło do mnie, że wygrali Niemcy - jaki był wynik.
Z wieloma rzeczami tak teraz mam - zdają mi się one śmiesznie nieistotne. I nawet towarzysząc żonie podczas karmienia o pierwszej straży nocnej, kiedy niczym mnich sięgam po pisma Jana od Krzyża albo po wybór z Filokalii - nie jestem w stanie, wstyd i strach przyznać, wywołać z siebie tych sprzecznych emocji, które przeżywałem jeszcze miesiąc temu. Nie, żebym każdą jedną nieprzespaną minutę dnia i nocy spędzał na kontemplowaniu Fistaszka (oczywiście w tych chwilach, kiedy daje się kontemplować) - ale i tak wszystko, co nie jest nim, traci na wyrazistości i intensywności. Nawet to, co teraz piszę - kiedy tylko zamknę komputer, wyda mi się to czymś w najlepszym razie pozorowanym.
A co do mistrzostw... Jeśli przejdą one z jakichś powodów do historii, to pewnie przede wszystkim z powodu tego, co się powyrabiało z jedenastką Brazylii. Niesiona siłą własnej legendy i niezrównanej publiczności (złośliwi chyba mówią, że trochę też życzliwością sędziów), pod koniec mundialu objawiła, jak bardzo łatwo legendy bez pokrycia kruszą się przy pierwszym mocnym puknięciu - najpierw to straszne 1:7 z Niemcami w półfinale, później 0:3 z Holandią w małym finale... Najcelniej - w kontekście półfinału - skomentował to R.: "logika 7, religia 1". Nic dodać, nic ująć - wszystko zawiera się w tym efektownym równaniu.

***

Okrutna nauka nierelatywnej moralności.
Kiedy pozwalasz sobie na gwałtowność i agresję w stosunku do osoby dorosłej, zawsze znajdzie się jakiś sposób, by skutek tej przyczyny zmediatyzować. Możesz przeprosić, przegadać, uzasadnić, obrócić w żart, pójść w zaparte. To oczywiście dobrze - ale też źle: bo gra na osłabienie bezwzględności etycznej relacji między przyczyną a skutkiem może prowadzić do relatywizmu; zrobiłem źle, ale ponieważ ostatecznie nie do końca na złe to wyszło, to może złe aż takie znowu złe nie było...
A z dzieckiem się nie da. Wszystko: gwałtowniejszy ton głosu, którym starasz się przebić przez rozjuszony płacz; odrobinę za mocne uchwycenie rączki bądź nóżki (bo jeszcze chwila, a to rozszalałe życie fiknie ci z ramion na podłogę); nie dość delikatne, wyrosłe ze zniecierpliwienia lub zmęczenia ułożenie w wózku lub na przewijaku - wszystko to będzie ci odpłacone. I to natychmiast, bez zawiasów, odroczenia, okoliczności łagodzących, z bezwzględną zerojedynkowością godną Hammurabiego i Drakona. Dziecko zapłaci za to niedospaną nocą, desperackim miotaniem się na posłaniu, wiercącym krzykiem wybuchającym absolutnie znienacka; ty - niemożliwą do rozgrzeszenia konwulsją sumienia, płytkim snem rozsadzanym przez koszmary.

***

Wśród wszystkich ubranek Kapitana-małe-be (najczęściej otrzymanych w spadku od znajomych i przyjaciół, a więc reprezentatywnych dla dziecięcego rynku tekstylnego od Bugu po Odrę i od Bałtyku po Tatry) próżno by szukać jednego choćby, na którym nie byłoby jakiegoś niedorosłego zwierzątka: pieska, kotka, misia... Najbardziej oczywiste wyjaśnienie: twoje dziecko ma się kojarzyć z czymś rozkosznym, słodkim, przytulnym. Eksplikacja o wyższym stopniu komplikacji, taka jakby jungowska z ducha: bycie z dzieckiem cofa nas z nadświadomego poziomu ludzkiej egzystencji do bardziej pierwotnego, zwierzęcego świata instynktów, odruchów, działań, których sens uzależniony jest od wyłączenia nadmiaru tego, co rozumowe. A zresztą - przecież w komunikacji z trzytygodniowym człowiekiem jakiekolwiek rozumowe narzędzia są warte mniej niż pierwsze obcięte mu paznokietki... W niektórych nurtach związanych z alternatywnymi podejściami do rodzicielstwa bliskości pojawiło się ostatnio takie hasło, by już nie rodzić "po ludzku", ale właśnie "po zwięrzęcemu", by w swym rodzeniu i rodzicielstwie mniej być człowiekiem, bardziej ssakiem.
A tak poza tym, skoro już o ubrankach dziecięcych mowa: gdybym ja był Unią Europejską, tak rozkochaną w normatywizowaniu wszystkiego, zacząłbym od wydania zakazu produkowania i sprzedaży czegokolwiek, co dzieciakowi trzeba ubierać przez głowę.

***

Jakkolwiek cenię sobie psychoanalizę jako wielką - być może ostatnią tak wielką, kompletną, dogłębną i dojrzałą - filozofię kultury i społeczeństwa, to głęboką odrazą napawa mnie groteskowo zadęty (i w tym swoim zadęciu śmieszny), deterministyczny w najbardziej obleśnym, pozytywistycznym sensie tego słowa sposób mówienia freudystów o wczesnym dzieciństwie: wszystkie te kompleksy Edypa i Elektry, dobre i złe piersi, fazy analne i oralne... Dziecko w tym ujęciu zmienia się dla mnie w leżący na kozetce preparat badawczy, w kulącą się pod dotknięciem elektrody odciętą żabią kończynę.
Ale - paradoksalnie - odkrywam dla siebie inną wielką psychoanalityczną prawdę, która do tej pory jakoś mi umykała: że człowiek jest istotą w dużej części lękową, że w ogromnym stopniu rządzi nim ekonomia tego, czego się boi, dialektyka strachu (najczęściej imaginowanego) i jego przewalczania (pozorowanego).
Oczywiście - nie dotyczy to Księcia, on ma to wszystko (że sobie pozwolę na taki psychoanalityczny żarcik) w najgłębszym stadium analnym.
Istota doszczętnie i bezbrzeżnie lękowa to ja, ojciec.

***

Leżę na kanapie kangurując Fistaszka. Słuchamy symfonii Z nowego świata Dvořáka. Policzyłem (bez okularów, żeby było trudniej), że na wiszącej na ścianie naprzeciw kopii japońskiego plakatu Mojego sąsiada Totoro jest pięćdziesiąt osiem kompletnie niezrozumiałych dla mnie znaków. Teraz zabawiam się odnajdywaniem tych, które się powtarzają. Zastanawiam się, czy przy odpowiednim treningu siły woli dałoby się zrobić tak, żeby te powtarzające się znikały - jak w mahjongu albo choćby w pairs.
Takie oto niezbyt poważne ojcowskie wariacje na temat Imperium znaków Rolanda Barthesa.

***

Najpewniejszymi sposobami ukojenia Kapitana-małe-be (sposobami - dodajmy - nieposiłkującymi się żadnymi pomocami technicznymi; ani lewackimi, takimi jak chusta, ani konserwatywno-liberalnymi, jak smoczek) są mleczne piersi mamy i służący za najlepsze łóżko brzuch taty.
Jedzenie i sen, kobiece piersi i męski brzuch, Kybele, Wielka Macierz i Dagda, Wielki Ojciec.
Witamy w świecie archetypów.

***

O dziwacznym indyjskim instrumencie zwanym z angielska shruti box (obstawiam więc, że można to też zapisać śruti - w kulturze indyjskiej istnieje takie pojęcie zarówno w muzyce, jak i w doktrynie hinduizmu, a w jednym i w drugim pochodzi od "śru", czyli "słuchać") dowiedziałem się nie od kogo innego, jak od niestrudzonego penetratora granic muzyki i literatury, Filipa Zawady. To ważne o tyle, że to, co najciekawsze o śruti box, wiem wyłącznie od niego - niewykluczone więc (wobec braku oparcia w innych źródłach), że konfabuluję i Filip nic takiego mi nie powiedział. Bo ten instrument - dość jajcarny wariant akordeonu, mówić możliwie najprościej - może służyć ku temu, by przez docisk do brzucha dźwięk kierować do wewnątrz ciała, co pomaga w medytacji.
Teraz też mam taki śruti box - pamiętający drugi etap reformy gospodarczej, elektryczny młynek do kawy. Zawsze, jak go uruchamiam, zawijam go - żeby nie obudzić Księcia - w ręcznik i wciskam właśnie jak najgłębiej do brzucha. Bardzo pomaga w tym to, co joga nazywa uddijana bandha.
Aha, jeszcze jedno. Na liście fistaszkowych przebojów do zasypiania - przebojów zawodzonych i mruczanych przez tatę - na razie króluje niepodzielnie W południe Silnej Grupy Pod Wezwaniem; dalej, już bez rozróżniania na miejsca na podium, plasują się Hej żeglujże Maryli Rodowicz, Ballada o Cześku Piekarzu Wolnej Grupy Bukowina i Ballada o świętym Mikołaju Andrzeja Wierzbickiego. Cóż... kiedy lata temu uczyłem się grać i śpiewać wszystkie te kawałki, na uwadze miałem doraźny efekt towarzyski, w życiu bym nie pomyślał, że będzie to robić za kołysanki. Ale w porządku, wreszcie się to do czegoś przydało. 

***

Niewiarygodne stężenie landrynkowo-różowego kiczu w dyskursie rodzicielskim - zwłaszcza matczynym (a raczej mamusiowym: w tym języku podstawową formą każdego rzeczownika jest deminutyw).
Byłbym w stanie zrozumieć, gdyby takie rzeczy wyrabiały się w jakiejkolwiek retoryce oficjalnej, poddanej tej czy innej zewnętrznej opresji, podporządkowanej określonym ideologicznym interesom. Na przykład - w szeroko pojmowanej opcji prolajfersko-konserwatywno-kościelnej; tu sprawa jest jasna, o byciu ojcem i matką trzeba mówić radośnie, dziękczynnie, pozytywnie, posłanniczo, mityzująco, stępiając kanty i grzęznąc w wyobrażeniowo-figuratywnych kliszach. Ale takie choćby przestrzenie komunikacji jak fora internetowe dla matek powinny być przecież wolne od pokusy autocenzurowania własnych myśli i odczuć - a tymczasem to tutaj można stracić zęby i wątrobę od stężenia słodyczy... Dziecko może być wyłącznie Misiem, Kluseczką, Kuleczką, Aniołkiem, Fasolką; dobrze jest się pochwalić, ile ma ząbków (zdrabniamy, zdrabniamy: broń Boże nie zębów!) i w jakim czasie od ślubu rodziców (zdrabniamy, zdrabniamy: mamusi i tatusia) się urodziło; można sobie dobrać  do wyświetlania pod każdym postem stosowny baner - a estetyka tych ostatnich woła o pomstę do nieba nie gorzej niż Kapitan-małe-be przy przewijaniu.
Czemu tak? Czy rzeczywiście bycie matką to wyłącznie permanentna orgazmiczna ekstaza? Czy nieprzespane noce, zaparcia i kolki, trwanie półtorej godziny z piersią w dziobie malucha ssącego raz na dwie minuty, świdrujące wrzaski niedające się w żaden sposób udobruchać, tak doskonale roztapiają się w mistycznej świetlistości wzniosłego macierzyństwa? Nie wydaje mi się - i nie chciałbym zabrzmieć jak cynik, ale czytam to wszystko również jako terapię tekstem, jako próbę wywarcia na własne lęki, frustracje i bezradności magicznej przemocy słowem, w którym każda dynia zmienia się w karocę.
Przypomina mi się, że dokładnie o tym samym - w kontekście dramatu poronienia - pisała kiedyś Justyna Bargielska. Ją również - podobnie doświadczoną - zdejmował grozą doszczętnie spetryfikowany, niezdolny dogłębnie zmierzyć się z traumą sposób mówienia o stracie nienarodzonego dziecka. I próbowała mu przeciwstawić własny, uciekający od fingującej pogodzenie banalności.
Więc kiedy zerkam - rzadko i ze względów wyłącznie poznawczych - na fora dla mam, to dostrzegam pod tą obowiązującą słodyczą mamusiowatego socrealizmu dokładnie te same przygniatające czasem trudy, które towarzyszą teraz mnie. I - podobnież - mam nadzieję, że na odwrót: z tego, co piszę tu teraz, nie znika głębinowa radość i duma liczącego sobie miesiąc nowego bytu zwanego ojcem. No dobra, niech będzie: tatusiem.

piątek, 18 lipca 2014

Błażej de Angola

Błażej z Angoli... Jeśli przyjąć - hipostatycznie po trosze, wyłącznie na użytek od roku tu pisanego - że istnieje jakikolwiek Angola (Bartleby, de), to owszem, jest Błażej z Angoli, krew z jego krwi, kość z jego kości.

Początek zupełnie fatalny, patriarchat pełną gębą (jest takie jakoby niezwykle kurtuazyjne powiedzenie, dla mnie stanowiące właśnie odstręczającą kwintesencję prymitywnej, zawłaszczającej patriarchalnej agresji: "moja cudowna żona, która urodziła mi... [tu podajemy liczbę] cudownych dzieci"). A przecież nominalna - pre-Błażejowa poniekąd - egzystencja naszego syna zaczyna się od matki, czego dowodem różowa (tym razem - he, he - równie pełnogębny dżęder, jakby nie mieli błękitu dla siusiakowatych) opaska na rączkę z nabazgrolonym "Rojek 'S' Katarzyny". Rojek, syn Katarzyny. I Błażej z Angoli.

To może po prostu tak, sprawozdawczo: Błażej Rojek, pierworodny syn Katarzyny i Przemysława, urodzony późnym, pochmurnym i deszczowym rankiem (wedle papierów będzie, że dokładnie o 8:55 - mnie się tam wydaje, że była bardziej 8:50, ale niech już ma tych pięć minut mniej) 30 czerwca 2014 roku. Urodzony w jednym z krakowskich szpitali, którego nazwy może nie będę wymieniał, ale przed którym - a raczej przed wszystkimi ludźmi, którzy przeprowadzili nas dobrą, i łagodną, i zdecydowaną kiedy trzeba ręką przez tych niespełna pięć godzin - chylę czoła z wdzięcznością. Waga urodzeniowa - 3230 gramów, długość 57 centymetrów. Wedle naszego zodiaku - rak, wedle celtyckiego jabłoń, wedle chińskiego koń. Co to znaczy - nie będę sprawdzał, ale informuję gwoli ścisłości.

Kim będzie? Odpowiedź prosta: kim zechce. Tymczasem bywa przez rodziców tytułowany najczęściej Księciem, Fistaszkiem lub Kapitanem-małe-be (miano Kapitana Duże Be zostało już przez Spiętego zarezerwowane dla Wiadomo-Kogo), rzadziej glonojadem lub hobbitem. Kim ja będę z nim - o tak, to jest prawdziwie wielkie pytanie... Na razie wyglądamy sobie we dwóch (a raczej wyglądaliśmy, gdy Kapitan-małe-be liczył sobie niespełna tydzień) tak oto:


Takie sobie selfie, jakościowo kiepskie i z prodakt-plejsmentem, ale pierwsze, więc swoją historyczną wagę ma... Więcej pisania nie będzie - tymczasem, bo niebawem coś się napisze... A poza tym, co miało zostać napisane na dziś, napisało się - aż za obszernie - tu:

List otwarty do Joanny Mueller