środa, 30 sierpnia 2017

Ojcofizmy (II)

***

W miejscu zupełnie nieoczekiwanym, bo w Gniewie, nowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego (podobno ostatniej o przygodach Teodora Szackiego... i jak teraz żyć, panie Autor, jak żyć?!), takie oto mądre - choć prowokacyjne, igrające z szowinizmem - słowa: "Macierzyństwo wykuwa się od dnia zero, kiedy zmęczona seksem para pada na poduszki. I jest to relacja bardzo biologiczna, pradawna, trochę pasożytnicza, pisana krwią, niedostępna dla mężczyzn i przez to wyjątkowa i tajemnicza. Dla ojca z kolei każde dziecko jest na swój sposób adoptowane, obce. Niezależnie od tego, czy widział, jak żona wypycha z siebie stworzenie, które wedle deklaracji ukochanej zawiera trochę jego genów, czy też wyszedł z domu dziecka, trzymając za rękę małą dziewczynkę, musi włożyć wysiłek w to, aby obcą istotę pokochać."
No właśnie. Dziwne rzeczy dzieją się z tą ojcowską miłością - kiedy pisałem pierwszą odsłonę mych ojcofizmów, wyraźnie zaznaczałem, że są one formą autoterapii radykalnego zagubienia, jakie towarzyszyło mi przy pierwszych spacerach w otwartym kosmosie ojcostwa. Teraz już tak nie jest, teraz się okrzepło, trochę się już nauczyło, a nauka ta - jak pisał autor Bezcennego - daje wielką siłę płynącą z pewności, że tak, że jednak się kocha, że wszystko inne, co tej miłości towarzyszy, to tylko cień, jej ciemna strona. I ta miłość - wtedy przywalona lękami, frustracjami, zmęczeniem - teraz rwie coraz bardziej bezczelnym nurtem przez powierzchnię. Ostatnio wyżywa się głównie w zachwycie: bez końca mogę gapić się jak wierzga, jak próbuje siadać i jak uparcie musi interesować się akurat tym, co teraz właśnie ma za sobą; czuć jak tarmosi mnie za brodę, słuchać jego śmiechu i niekończących się monologów do lampy, zwierzątek namalowanych na obiciu łóżeczka i do własnej piąstki pakowanej aż po nadgarstek do buzi. Ale też to okrzepnięcie ma inny wymiar: przyzwolenia sobie na to, że czuję się zły, kiedy zamiast spać marudzi i buczy w częstotliwości wyjątkowo nużącej dla ucha.

***

Wracając jeszcze na chwilę do poprzedniego cytatu: zauważyłem, że nie mogę spokojnie czytać o dziecięcych cierpieniach (jak również o cierpieniach dorosłych w dzieci zaangażowanych - nie wiem, co budzi większy mój czytelniczy opór). Kiedyś była to tylko retoryka, na którą patrzyłem mocno jednak zdystansowanym okiem kogoś, dla kogo zaangażowanie w to, co czytane, jest jednak tylko ćwiczeniem z przyjemności tekstu - teraz odczuwam to na poziomie fizycznym i choć wiem, że Szatow znowu zginie z rąk Piotra Stiepanowicza, to gdy ów Szatow po raz ostatni całuje nie swojego przecież syna, mam ochotę wydrzeć nowe, arcydzielne tłumaczenie Biesów przysposobione przez Adama Pomorskiego z tej irytująco nieczułej okładki. Gorzej: nie mogę też czytać o dziecięcym i rodzicielskim szczęściu, bo również rozrzewniam się jak szczeniak. Na przykład W ofierze Molochowi Åsy Larsson - jest tam wątek pewnego policjanta (nie pamiętam już jego imienia), który przywiązuje się do osieroconego chłopca... ledwo przez to przebrnąłem, połykałem zdania po połowie, żeby tylko uwolnić się jak najprędzej od tego idiotycznego wzruszenia. 
Beznadzieja, beznadzieja po prostu: dopóki nie było jeszcze Kapitana-Małe-Be, małe dzieci (te czytane i te w świecie - za przeproszeniem - rzeczywistym) w ogóle mnie jakoś tak bardzo do spodu nie ruszały - teraz ledwo widzę jakiegoś malca próbującego wbić sobie w dziób drożdżówkę większą od jego głowy, już mam gulę w gardle. Kiedy pierwszy raz musiałem zostawić żonę i syna na dłużej, na tydzień, myślałem, że zwariuję z tęsknoty: na widok pierwszego napotkanego po drodze dziecka w wózku, w kawiarni na wrocławskim dworcu, prawie się rozpłakałem - potem było już tylko znacznie, znacznie gorzej.
I pewnie jeszcze parę miesięcy temu nie zwróciłbym uwagi na bolesną mądrość takiej oto obserwacji rzuconej mimochodem w Czasie zmierzchu Dmitrija Głuchowskiego: że moment naszej śmierci będzie początkiem starości naszych dzieci i końcem dzieciństwa naszych wnuków... muszę o tym pamiętać, gdy zły czas zmusi mnie i Księcia do jednej z tych najtrudniejszych rozmów.


***

Teraz właśnie, po tych trzech gwiazdkach tuż powyżej, wracam do tego posta - po chyba dwóch latach (zachwyt nad tym, jak "próbuje siadać"? Boże, kiedy to było... Pożarł mnie - właśnie on, syn. No w porządku - spory kęs urwała sobie też ze mnie praca w Biurze Literackim, solidnie nadgryzł sport, w który (zapewne z powodu kryzysu wieku średniego) rzuciłem się na łeb, na szyję. Przede wszystkim jednak on - urządził sobie ze mnie ucztę totemiczną, zupełnie jak w Totemie i tabu Freuda. Czy to jednak nie jest właśnie tym, co być powinno? Że im więcej jego - krwi z mojej krwi, kości z mej kości - tym mniej mnie, jego ojca? Niemniej jednak - wracam do tych moich prób zachowania resztek siebie w nim. Nie będzie łatwo: sporo myśli powinno być notowanych na gorąco - choć nie jest prawdą, że najintensywniej rozwija się dziecko tak do końca pierwszego roku życia; to znaczy, może się i rozwija, ale z mojego punktu widzenia największy rozpęd zaczął się później, potem właściwie codziennie miałem wrażenie, że jest kimś innym. No nic, spróbuję wrócić do tych obserwacji i rozmyślań zagarniętych przez coraz bardziej zachłanne, coraz bardziej przyspieszające życie, mieszając je z tym, co myśli mi się teraz, co pomyśli się jutro.


***

Jedną z pierwszych rzeczy utraconych bezpowrotnie w tym rozpędzie życia, są wszystkie te - jak je nazwać? - ksywy, pseudonimy, przezwiska, które nadaje się dziecku. Zastanawiam się - po co? Czasem chyba jest to wyraz pragnień i uczuć rodziców - choćby Książę; czasem - jakieś zabawne, momentalne skojarzenie z czymś, z książką, filmem, piosenką - u nas zafunkcjonował w ten sposób Kapitan-Małe-Be (czasem pisany tak, czasem jako Kapitan-małe-be; to akurat nieważne, te przezwania - jak wszystkie imiona święte, rytualne - funkcjonują najczęściej w liturgii mowy); jeszcze kiedy indziej będzie to próba przyszpilenia jakiegoś konkretnego momentu, pojawiającej się nowości: w ten sposób syn został choćby Fistaszkiem, a na krótko też, z powodu osobliwych piszczący-ćwierkających dźwięków, jakie namiętnie wydawał, R2-D2. A teraz - już nie wiem, od kiedy i czemu - jest Babu. Strasznie się zrosło: mówimy tak do niego my, mama z tatą, mówi rodzina, znajomi, przedszkolanki i dzieciaki z przedszkola. Babu i już. Ciekawe, na jak długo.

***

Tuż po tym, jak Babu się urodził, przez Polskę zaczęła się przetaczać kolejna faza dyskusji na temat aborcji. Najpierw była sprawa Bogdana Chazana, ginekologa, który - powołując się na klauzulę sumienia - odmówił pacjentce zabiegu usunięcia płodu, sięgając przy okazji (jakoby) po wybiegi wątpliwe z prawnego punktu widzenia. Ostatnio - już po wyborczym zwycięstwie PiS-u - kwestia powróciła: mocno podejrzanej fundacji Ordo Iuris udało się przepchnąć pod sejmowe głosowanie obywatelski projekt praktycznej likwidacji aborcji, co wyzwoliło społeczny sprzeciw o skali niespotykanej może od czasów pierwszej Solidarności.
Powiem od razu: jako chrześcijanin jestem prolajferem, choć oczywiście nie wymagam od nikogo heroizmu: trwania przy ciąży narażającej życie lub zdrowie matki i/lub dziecka, pochodzącej z czynu zabronionego, oznaczającej konieczność urodzenia dziecka niezdolnego (w sensie biologicznym - tak jak to było w sprawie z pacjentką Chazana) do samodzielnego życia. Rozumiejąc przy tym, że państwo w aksjologicznej rzeczywistości Europy początku XXI wieku nie może próbować narzucać regulacji prawnej wychodzącej z - jednak - pewnej metafizyki (choćby nawet była to metafizyka dla świata wartości naszego kontynentu fundamentalna), staram się pojąć racje zwolenników całkowitej liberalizacji prawa do usuwania ciąży. Więcej nawet: nie wydają mi się one wcale bardziej odległe od chrześcijańskiej etyki miłosierdzia niż integrystyczny przymus donoszenia każdej ciąży - bo o ile logika pro-choice nie zakłada jednak jakiegokolwiek przymusu (nikt nikogo do aborcji nie zmusza), o tyle najbardziej radykalni prolajferzy, podnoszący postulat penalizacji aborcji, próbują jednak wymuszać pewne zachowania wymagające predyspozycji zgoła nadludzkich, które nie powinny być obiektem jakichkolwiek restrykcji.
Co nie zmienia faktu, że zwolennicy aborcji na życzenie dokonują w swoim dyskursie dwóch co najmniej nadużyć, które budzą mój zdecydowany opór. 

Rzecz pierwsza: próba przeniesienia całej dyskusji nad przerywaniem ciąży na grunt - powiedzmy - przyrodoznawczy. Tu jest chyba coś bardzo niebezpiecznego: zakładanie, że życie ludzkie da się sprowadzić do sumy tworzących je komórek ciała... Niebezpiecznego nie dlatego nawet, że tak nie jest (może jest, może nie; wierzę, że nie, że życie ludzkie od momentu poczęcia to idiom, którego ostateczny wymiar ma znaczenie naddane, niewywiedlne z prostego znaczenia wszystkich tworzących je wyrazów), ale dlatego, że przenoszące całą dyskusję na grunt, na którym jakiekolwiek dyskutowanie jest niemożliwe. Proczojsowcy próbują swoich oponentów szachować już to językiem szeroko pojmowanej etyki oświeceniowej (z jej prymatem jednostkowej wolności człowieka do samostanowienia), już to pozytywistyczną uzurpacją światopoglądową: że materializm jest poglądem w jakikolwiek sposób lepiej dowiedzionym niż każda odmiana fideizmu (a - z empirycznego i logicznego punktu widzenia - nie jest; z faktu niemożności dowiedzenia czegokolwiek nie wynika fakt nieistnienia tego czegoś, a jedynie konieczność skonstatowania niewystarczalności naszych narzędzi poznawczych). A wszystko to są konceptualizacje dość młode, ukształtowane z grubsza gdzieś między XVI a XIX wiekiem, przeciwko którym prolajferzy mają tysiącletnią tradycję pewnej intuicji metafizycznej, za którą przecież kryje się głęboko zakorzenione w naszej zbiorowej nieświadomości przeświadczenie, że konieczność jak najdalej rozciągniętej ochrony ludzkiego życia jest fundamentalnym warunkiem przetrwania naszego gatunku. A zatem postulat prawnej ochrony płodu nie jest wyłącznie sprawą katolickiego "zabobonu" - jego wyraziciele (często nieświadomie, często też w sposób trudny do obrony) docierają do najbardziej korzennych, archetypalnych pokładów człowieczeństwa, skrytych o wiele głębiej niż materializm, ateizm, agnostycyzm, scjentyzm i liberalizm.
Sprawa druga - ta nieszczęsna "klauzula sumienia", pojęcie, które po raz pierwszy na taką skalę uczynił przedmiotem publicznej debaty (a przy okazji - chcący czy nie, ale jednak - skompromitował) Bogdan Chazan. Natychmiast do boju ruszyła - w koalicji zgoła nieoczekiwanej - zarówno nasza lajfstajlowa gimbolewica (mniej więcej wiadomo, mam nadzieję, o kogo mi tu chodzi; wiadomo, że raczej nie o niestrudzonych aktywistów z Food Not Bomb ani z Inicjatywy Pracowniczej), jak i niedzielni, cyniczni piewcy liberalnego wolnomyślicielstwa, by zaśmiecić internet dupowatymi memami o przysłowiowej pani z alkoholowego, która powołując się na inkryminowaną klauzulę odmawia sprzedaży gorzały... Dramatyzm sprawy Chazana natychmiast zeszedł na nieskończenie dalszy plan, zastąpiony przez wyścig, kto też pociśnie większą bekę z tego zaściankowego, obciachowego sumienia. Nie bronię ani Chazana, ani (możliwego) nadużywania pojęcia klauzuli sumienia, bo oczywiście w państwie prawa obowiązywać ma prawo, nie subiektywne rozpoznania moralne - ale naprawdę, czy samo pojęcie sumienia (kategoria nie tylko przecież chrześcijańska, pokrewna choćby dajmonionowi Sokratesa/Platona i - z drugiej strony - Über-ich Freuda) naprawdę nadaje się wyłącznie do obśmiania? Co będzie miała nam do zaoferowania kultura i cywilizacja bez sumienia właśnie? Policjantów i żołnierzy zredukowanych do wykonujących rozkazy maszyn? Lekarzy traktujących cierpiącego człowieka jak kawał eksperymentalnego mięsa? Urzędników bezdusznych niczym biuraliści z Procesu Kafki? Tylko kompletny ignorant może próbować przeciwstawiać sobie - w sposób wartościujący - sumienie i prawo; a przecież nie ma innego prawa niż to, które wyrasta właśnie z sumienia (oczywiście pojmowanego sensu largo, w sposób możliwie najbardziej zobiektywizowany i zuniwersalizowany), czyli z poczucia, że człowiek może osądzać czyny drugiego człowieka w kategoriach tego, co dobre i złe.

***

A poza wszystkim innym, trudno mi czasem nie być prolajferem (albo po prostu nie odczuwać głębokiego dystansu do retoryki, aksjologii i logiki pewnej istotnej części - absolutnie nie do całości - środowisk pro-choice), gdy z jednej strony mam jedno z najbardziej intensywnych wspomnień mego życia: widok tętniącej na ekranie aparatu USG cewki, która (nie mogę, po prostu nie jestem w stanie odczuwać tego inaczej) była już wtedy w pełni moim dzieckiem (chwilę potem jeszcze nagranie dźwięku bijącego serca, jak kosmiczny głos innej cywilizacji), a z drugiej - Himalaje hipokryzji i nonsensu wypiętrzające się choćby przy okazji aborcyjnego coming-outu Natalii Przybysz. No bo jeśli przyznawany przez "Gazetę Wyborczą" tytuł - nie pomnę już, kobiety roku czy jakoś tak - dostaje osoba, która opowiada o tym, jak to skorzystała ze swego prawa do decydowania o sobie dokonując aborcji (po prostu dla wygody, bo nie da się inaczej uzasadnień Przybysz podsumować), a jednocześnie jest to ta sama osoba, która mówi, że z etycznego powodu nie je jajek, bo przecież mogłyby one stanowić zaczątek nowego życia, to czegoś tu chyba nie rozumiem. Cóż, gdybym chciał być wyjątkowo wrednym, to powiedziałbym, że to wyznanie artystki, uhonorowanej za odwagę w przełamywaniu zmowy milczenia na temat usuwania ciąży, jak również niektóre cokolwiek histeryczne reakcje internetu na hejt, jaki się na nią wylał, znakomicie podbiły sprzedawalność jej nowej płyty (skądinąd chyba świetnej).

***

Jednym ze zwyczajowych obowiązków rodzicielskich jest skrzętne notowanie tego, jak cudacznie (i cudownie jednocześnie) dziecko korzysta z języka. Notowanie - i oczywiście, mniej lub bardziej natrętne, dzielenie się tym z wszystkimi, co chcą i chcą trochę mniej. Ja się oczywiście zachwycam, ale jedyną kwestią Babu, której faktycznie długo nie zapomnę, jest takie oto coś... Wracamy sobie (miał wtedy pewnie coś koło dwóch i pół roku, może mniej, więc niosę go na rękach) wieczorem przez jesienny park, wyglądający dość niesamowicie: w niektórych lampach (tych nad i przed nami) są już nowe żarówki, ledowe, w tych za nami - stare sodówki, zasyfione przez owady, gołębie i to, co spadnie z drzew. W obu przypadkach - światło zdecydowanie upiorne, kładące się smugami we mgle. Coś tam się przekomarzamy, aż tu Babu mówi, że trzeba być cicho. Czemu? - pytam. Bo dziewczynka śpi - słyszę w odpowiedzi. A gdzie jest ta dziewczynka? - indaguję dalej. W domku. A gdzie ten domek? Tam - i ruch rączki za moje plecy, wprost w siarkowy blask spowijający widmowe drzewa. No, powiem wam - przyspieszyłem kroku...



***

Z jednej strony to oczywiście smutne, choć z drugiej - na pewien okrutny sposób oczyszczające, jak bezwzględnie czas ciąży, połogu i pierwszych kilku lat od urodzenia dziecka weryfikuje znajomości i przyjaźnie, jak bardzo niektórzy nie są w stanie zaakceptować tego, że ktoś inny wybiera sobie taką właśnie drogę podążania przez rodzicielstwo, jaką wybiera, jak na nowo rysują się granice między przyjacielską (lub choćby tylko koleżeńską) wielkodusznością a małostkowością...
Gdzieś w tle takich - mniej lub bardziej wprost wyrażanych - animozji leży coś, co potwornie mnie drażni i nuży: czyli antagonizowanie własnej rodzicielskiej Lebensphilosophie przeciwko wszystkim innym; coś, co sprawia, że każde towarzyskie spotkanie zaczyna się na pewnym etapie nieuchronnie osuwać już nawet nie w rozmawianie o dzieciach (to jest akurat i nieuchronne, i samo w sobie zupełnie niewinne, a bywa, że nawet przyjemne i pożywne), ale w sport, w konkurencję: a czy wasz już, bo nasza tak... a nasz to od... a wasza naprawdę jeszcze nie?... a od kiedy wy z nim?... a bo myśmy już z nią... Bronię się przed takimi akcjami, a jak już dam się wciągnąć, to szlag mnie na siebie trafia. Duch porównywania (się) nie jest niewinny, najdelikatniej mówiąc - od niego zaczyna się w końcu całkiem sporo neuroz; jego przeklęty pomiot, zwalony z niebios, spotworniały do demona porównywania (dzieci) - no, to już jest emanacja czystego zła.
Bardzo szczególną odmianą tych perwersyjnych wyścigów na rodzicielskie ways of life jest opanowująca potężną liczbę przestrzeni parentingowych w sieci moda na fotograficzne lansowanie się z maluchami w różnych cholernie egzotycznych, dzikich, niebezpiecznych i trudno dostępnych miejscach... Cóż, moda jak każda inna - sprawia, że jedynymi, którzy jeszcze wierzą w to, że robią coś naprawdę oryginalnego (nie zauważając, że po prostu realizują pewien trend), są modzie ulegający; kiedyś jednak zastanowiło mnie to, na co zwróciła mi uwagę Kasia, czyli na bardzo specyficzny i wiele mówiący zasób odnoszących się do dziecka w takich okolicznościach klisz retorycznych: "świetnie to wytrzymał", "był bardzo dzielny" etc. Hm... czy naprawdę o to powinno chodzić - by kilkunastomiesięczny maluch coś "wytrzymywał", by mógł wykazać się "dzielnością"? Ja tam bym chyba wolał, by chłonął bezpieczeństwo, spokój, by uczył się ufności - okazji do siłowania się ze światem i tak będzie miał w życiu aż nadto...

***

O filmach dla dzieci więcej napiszę już w kolejnej odsłonie ojcofizmów - tymczasem tylko dwie takie więcej nieoczekiwane (również dla mnie samego) interpretacje Świnki Peppy, za którą skądinąd nieszczególnie przepadam. Interpretacja pierwsza, genderowo-marksistowska: w odcinku The Tree House dziewczynki budują sobie domek na drzewie, z którego wyganiają chłopców - a ci z kolei, z podpuszczenia Dziadka Świnki, budują dla siebie zamek. I tak oto konflikt płci zostaje zwekslowany na architektoniczne manifestacje przynależności klasowej - a czyż to nie Fryderyk Engels powiedział coś w deseń, że walka klas zaczyna się w rodzinie?... Interpretacja druga, psychoanalityczna: odcinek At the Beach - w ramach zabawy Peppa i George zakopują Tatę Świnkę, który zasypia - a następnie, wieczorem, niemal zapominają zabrać go (razem z innymi rzeczami) z powrotem do domu. No, to już jest kulturowy freudyzm w wersji naprawdę hard - to już nawet nie Totem i tabu, raczej wprost (piasek plaży jako symboliczna reprezentacja piasku pustyni, te sprawy) Człowiek zwany Mojżeszem.

sobota, 1 lipca 2017

Skowyt

Doprawdy - nie pomnę już, co skłoniło mnie, mniej więcej trzy lata temu, do porwania się na nowe spolszczenie Skowytu Allena Ginsberga (piszę o "spolszczeniu", nie zaś o "przekładzie", gwoli pewnej elementarnej uczciwości, a szczegóły tego rozróżnienia terminologicznego wyłuszczę poniekąd niebawem)... Najpewniej było to instynktowne przeczucie, że ten wielki poemat do tej pory nie wybrzmiał w polszczyźnie tak, jak ja bym chciał - że, mówiąc inaczej, z takim Skowytem, jaki znałem do tej pory, nie poczuwam się do wspólnictwa - a przecież bliski jest mi duch dzieła Ginsberga; właśnie duch, ten "wieczny rewolucjonista" Juliusza Słowackiego, bezlitosny sędzia, gniewny burzyciel, entuzjastyczny kreator, nie zaś konkretne zapisane przez poetę tegoż ducha emanacje (benzedryna, homoseksualizm czy szpital psychiatryczny nigdy przecież nie były moim bezpośrednim udziałem).

I im dłużej plątałem się w świętym bełkocie Allena Ginsberga, tym bardziej to poczucie wspólnoty narastało - zwłaszcza że w przeciągu tych trzech lat Polska na zewnątrz mnie zmieniała się w sposób, który sprawiał, że spolszczenie Skowytu urastało mi do rangi pewnego głębokiego imperatywu. Tak, właśnie tak - uważam Howl za utwór niesłychanie aktualny dokładnie dziś, gdy rządzi nami wodzowska partia o charakterze narodowo-socjalnym i obskurancko konserwatywnym, dokonująca systematycznego demontażu wymiaru sprawiedliwości, polityki zagranicznej, kultury, mediów publicznych, finansów, ładu ekologicznego, obronności i instytucji próbujących sprawować konieczną kontrolę demokracji; gdy coraz mocniejszy wpływ na naszą zbiorową świadomość mają wampiryczno-nekrofilskie mity historyczne podsycane cynicznie pompowaną ksenofobią w najszerszym jej spektrum; gdy czynniki oficjalne różnego szczebla pozostają już to obojętne, już to wręcz przychylne wobec szerzącego się nacjonalistycznego ekstremizmu, bezwstydnie i bezkarnie przechodzącego od agresji werbalnej do brutalnej przemocy fizycznej; gdy, jak się wydaje, nic nie jest w stanie zatrzymać przekształcania Polski w prywatną faktorię trzech Molochów: tego od bankowości, tego od farmacji i tego od deweloperki; gdy Kościół Katolicki, zamiast korzystać ze swej uprzywilejowanej pozycji do pielęgnowania ducha ewangelicznego miłosierdzia i zaspokajania metafizycznych pragnień człowieka, tak często wyzyskuje sojusz tronu i ołtarza do pakowania się w bezwyjściowe konflikty o charakterze obyczajowym. Tak, właśnie tak - nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nabrzmiewa dziś jakaś potrzeba skowytu/Skowytu. Przynajmniej we mnie.

A teraz kilka szczegółów.

Po pierwsze: jako się rzekło - nie władam angielskim na tyle, by móc rościć sobie prawa do miana tłumacza; w tych miejscach (licznych!), gdzie oryginał stawiał mi zbyt wielki opór, pozwalałem sobie na skandaliczną swobodę, cały czas mając na uwadze jedno trawiące mnie pragnienie: "napisać" Skowyt tak, jak ja bym go napisał, gdybym był Allenem Ginsbergiem. Starałem się przy tym zachować to, co w poemacie zawsze wydawało mi się najważniejsze: rozlewność frazy, rejestr języka ustawicznie napięty między rozpaczą i ekstazą, furią i zachwytem, jednako wysoką temperaturę lamentacji, krytyki i postulatu, szamańskie wielosłowie. Korzystałem z wersji poematu zamieszczonej na bardzo eleganckiej stronie Poetry Foundation, sięgając kilkakroć w przypływach niemożności do możliwych do odnalezienia w sieci tłumaczeń Howl o nikłej co prawda wartości literackiej, ale bezcennych jako filologiczne "rybki".

Po drugie: jakkolwiek moja praca nad Skowytem zamierała na całe miesiące, starałem się za każdym razem wejść w szalony rytm utworu - z tego powodu rezygnowałem z wielu spowalniających ten rytm dociekań na temat licznych odniesień kulturowych poematu Ginsberga: pozwalałem się nieść intuicji i domysłowi. Efekty moich wysiłków nie roszczą sobie żadnego z praw przysługujących profesjonalnym tłumaczeniom literackim - ale też w zamian nie poczuwają się do dopełnienia obowiązków językowej wierności i literaturoznawczej kompetencji.

Po trzecie: ograniczenia techniczne tego bloga nie pozwalają mi zachować ponadnormatywnej, biblijnej proweniencji długości wersetów Ginsberga (wersja tekstowa mojego tłumaczenia powstawała na dokumencie ustawionym wszerz strony, dziesięciopunktową czcionką, a i tak nie udawało mi się uniknąć dwu- i trzykrotnego łamania linijek), dlatego też zmuszony jestem do zastosowania nieobecnych w oryginale świateł między wersami. Jest to jedyna sprawa natury technicznej, z której się tłumaczę, bo uważam, że rytm i frazowanie to oddech literatury, zwłaszcza poezji (z podobnych powodów staram się zachować - o ile to tylko możliwe - dziwactwa oryginału w zakresie interpunkcji i zapisu wielkimi literami, jak również, w Przypisie, który pozwalam sobie traktować jako integralną część Skowytu, osobliwie skandowaną syntaksę). A zresztą - może to znak czasu, że w Zapisie wiersza trzeba zdać się na wolę Maszyny?...

Po czwarte: spolszczenie poniższe zamieszczam w sieci bez pytania o zgodę osób bądź instytucji mogących rościć sobie pretensje do jakichkolwiek praw autorskich - niech to będzie takim moim małym hołdem dla wywrotowego i dywersyjnego sensu poematu.

I wreszcie - po piąte i najważniejsze: w jednym z ostatnich wersetów pozwalam sobie na największe nadużycie wobec oryginału (raz jeszcze podkreślam: oddaję Wam do czytania nie tyle przekład Skowytu Ginsberga, co mój własny Skowyt), podstawiając pod wymienianych przez poetę aktorów beat generation kilka postaci z polskiego życia literackiego - wierzę, że dzięki temu ten wielki utwór sprzed sześciu dekad aktualizuje się jeszcze bardziej. A ponieważ w tej podmianie starałem się też jednak jak najbardziej zbliżyć do tego, co chce powiedzieć Ginsberg, więc ściśle zachowałem odpowiedniość posługiwania się imionami/nazwiskami i (mocno zachwiany) parytet płciowy oryginału. Inkryminowany fragment brzmi w wersji amerykańskiej następująco: "Holy Peter holy Allen holy Solomon holy Lucien holy Kerouac holy Huncke holy Burroughs holy Cassady" - i tu pozwolę sobie na kilka słów jeszcze bardziej uściślającego komentarza.

To, że imię Ginsberga zamieniam na własne jako współautora tego, co poniżej - to chyba mimo wszystko oczywiste... O Krystianie (Kajewskim) myślałem właściwie od samego początku moich zmagań ze Skowytem - ta jedna z najbarwniejszych postaci z czasów moich studiów na krakowskiej polonistyce zawsze ucieleśniała dla mnie niezłomną wiarę w etos sztuki zbuntowanej i wyklętego artysty, a robił to Kajewski z całym dobrodziejstwem inwentarza, jadąc (w sensie zarówno artystycznym, jak i jeśli chodzi o swoje wybory życiowe) po bandzie tak często, że spychało go to na najgłębszy margines życia literackiego i życia w ogóle. Marta (Podgórnik), na miejsce której pozbywam się Lucien Carr, to osoba o największym znanym mi potencjale twórczej niezależności, potrafiąca w imię swoich pryncypiów iść bez wahania na wojnę nie tylko z systemami, ale również z antysystemami, które jakoś nie chcą zauważać swojej zamordystycznie systemowej opresyjności à rebours. Całą resztę wymienionych - (Pawła) Markowskiego, (Konrada) Górę, Rybę (Roberta Rybickiego), (Miłosza) Biedrzyckiego i (Dawida) Mateusza - miałem honor, tak, właśnie honor, poznać (w różnym stopniu towarzyskiej intensywności) niedawno i wszyscy oni uświadomili mi nieprzerwaną ciągłość istnienia pokolenia owych  the best minds of my generation destroyed by madness, starving hysterical naked.

Im właśnie - a także wielu innym, niewymienionym z powodu potrzeby dochowania wierności literze tego akurat fragmentu Skowytu, czyli choćby Radkowi Wiśniewskiemu, który powinien być ministrem kultury, a zarabia na życie sprzedażą kabli i przewodów; the mental traveller Grzegorzowi Wróblewskiemu; Filipowi Zawadzie i Waldkowi Jocherowi, których niebywały literacki talent idzie w parze z absolutnym antytalentem do wysługiwania się Środowisku & Rynkowi; Krzyśkowi Sztafie jako reprezentantowi wszystkich tych fantastycznych straceńców towarzyszących swą metaliteracką refleksją pisaniu bez oglądania się na to, jak cholernie się to nie opłaca; Tomkowi Bąkowi jako autorowi najdonioślej skowyczącego hymnu bipczącego pokolenia; wielu, wielu innym - dedykuję poniższe wersety, wierząc, że w ten sposób symbolicznie spłacam choćby małą część straszliwego długu, jaki zaciągam wobec nich jako przedstawiciel drobnomieszczańskiego, reakcyjnego społeczeństwa sytych.  



 
Skowyt


Carlowi Solomonowi


I


Widziałem najlepsze z umysłów mego pokolenia zniszczone przez obłęd, wygłodniałe rozhisteryzowane obnażone,

w gniewie i na głodzie snujące się o świcie po ulicach zamieszkałych przez czarnych,

cherubinkowatych hipsterów płonących odwiecznym pragnieniem niebiańskiego podłączenia do gwiezdnego dynama napędzającego maszynę nocy,

którzy zabiedzeni i obszarpani i z podkrążonymi oczami siedzieli paląc w nadnaturalnej ciemności podłych mieszkań wirując nad dachami miast zasłuchani w jazz,

którzy przechodząc pod torami naziemnej kolejki wybebeszali swe mózgi ku Niebu w widzeniu aniołów Mahometa rozświetlających dachy czynszowych kamienic,

którzy otarli się o uniwersytety opanowane przez teoretyków wojny napełniając swe promieniujące zimnem oczy halucynacjami o Arkansas i o tragedii godnej Blake’a,

których wyrzucano z uczelni za szaleństwo i zalepianie obscenicznymi odami okien którymi patrzy czaszka,

którzy nasłuchując Terroru zza ściany kulili się w zarośniętych pokojach ogrzewając je pieniędzmi palonymi w koszach na śmieci,

którym skopano kosmate łona gdy wracając z Laredo próbowali w pasku przemycać marihuanę dla Nowego Jorku,

którzy połykali ogień w świeżo odmalowanych hotelach albo martwi pili terpentynę w Paradise Alley, albo umartwiali swe ciała noc w noc

snami, prochami, niedającymi zasnąć koszmarami, alkoholem i fiutem i niekończącym się ruchaniem,

niezrównanymi ulicami oślepionymi drżeniem obłoków i błyskawicami przeskakującymi w mózgu między biegunami Kanady i Peterson, rozjarzającymi cały ten łączący je w bezruchu świat Czasu,

Peyotlową niezniszczalnością korytarzy, świtami oglądanymi spośród zielonych drzew cmentarzy, upijaniem się winem na dachach, pulsacją ulicznych świateł odbijaną w witrynach podczas narkotycznych podróży przez prowincję, wibrowaniem słońca i księżyca i drzew podczas wrzeszczących zimowych zmierzchów na Brooklynie, łoskotem kontenerów na odpadki i błogim władztwem świetlistego umysłu,

którzy stawali się jednym z pociągami metra w niekończących się benzedrynowych podróżach z Battery na święty Bronx dopóki hałas kół i dzieci nie przegnał ich drżących o spierzchniętych ustach zdruzgotanych z mózgami wyjałowionymi z jasności pod monotonne światła w zoo,

którzy całymi nocami tonęli w podwodnych światłach w Bickfordzie by po południu wynurzyć się na powierzchni zwietrzałego piwa w opustoszałym Fugazzi, nasłuchując w wodorowej bombie szafy grającej trzasków nadciągającego dnia sądu,

którzy rozmawiali bez przerwy przez siedemdziesiąt godzin od parku do mieszkania do baru do Bellevue do Mostu Brooklyńskiego,

stracony batalion platońskich dyskutantów w świetle księżyca skaczących z ganków ze schodów pożarowych z parapetów z Empire State,

bredzących krzyczących rzygających wyszeptujących fakty wspomnienia i anegdoty i wytrzeszczone oczy i traumy szpitali i więzień i wojen,

całe intelekty przez siedem dni i nocy rozjarzonych oczu wypluwane w totalną pamięć, koszerne mięso wyrzucone na bruk,

którzy roztapiali się w buddyjskiej nicości New Jersey zostawiając za sobą ślad widokówki z niewyraźną bryłą ratusza w Atlantic City,

zlani Wschodnim potem łamani reumatyzmem z Tangieru cierpiący na chińskie migreny na detoksie w ogołoconym z mebli pokoju w Newark,

którzy o północy wciąż na nowo krążyli po miejscach gdzie krzyżują się tory kolejowe rozmyślając gdzie jechać, dokąd wracać – nie zostawiając nikogo z sercem złamanym,

którzy rozświetlając papierosem wagony towarowe wagony towarowe wagony towarowe przedzierali się przez śniegi ku farmom tonącym w mroku pamiętającym ojców-założycieli,

którzy zgłębiali Plotyna Poego św. Jana od Krzyża telepatię i bop kabałę gdy w Kansas instynktownie wyczuwali w stopach wibracje kosmosu,

którzy będąc wizją indiańskich aniołów samotnie przeciągali ulicami Idaho w poszukiwaniu wizji indiańskich aniołów,

którzy uważali się zaledwie za szaleńców gdy Baltimore tonęło w nadnaturalnej poświacie,

którzy z inspiracji zimowego deszczu rozmywającego uliczne światła małego miasteczka o północy wskakiwali do limuzyny Chińczyka z Oklahomy,

którzy wygłodniali i osamotnieni trwonili w Houston czas na poszukiwanie jazzu lub seksu lub zupy, prowokując papuzio barwnych Hiszpanów do dysputowania o Ameryce i Nieskończoności – beznadziejne przedsięwzięcie, po którym zostało im tylko wskoczyć na okręt do Afryki,

którzy ginęli w wulkanach Meksyku nie pozostawiając po sobie nic prócz drelichowego cienia i lawy i popiołów wierszy rozsypanych nad pogorzeliskiem pozostałym po Chicago,

którzy znów zjawiali się na Zachodnim Wybrzeżu brodaci w szortach z misją pokoju w swych wielkich oczach seksownie ciemnoskórzy by tropić FBI i rozrzucać niezrozumiałe ulotki,

którzy w geście protestu przeciw narkotyczno-tytoniowym oparom Kapitalizmu kiepowali papierosy na skórze swych ramion,

którzy płacząc i obnażając się rozpowszechniali skrajnie komunistyczne w treści pamflety a opłakiwały ich syreny z Los Alamos Wall Street i prom na Staten Island,

których łamały białe sale gimnastyczne nagich i drżących w obliczu maszynerii innych szkieletów,

którzy piszczeli z uciechy w radiowozach rzucając się do gardeł detektywów ze swymi jedynymi zbrodniami prymitywnym naturalnym pedalstwem i nadużywaniem,

którzy na klęczkach skowytali w metrze i których ściągano z dachów powiewających kutasem i rękopisami,

którzy krzyczeli z rozkoszy, posuwani w tyłek przez świętych motocyklistów,

którzy obciągali i którym obciągały te serafiny w ludzkiej postaci, marynarze – dworna miłość Atlantyku i Karaibów,

którzy rżnęli się o świcie i z wieczora na trawnikach i kwietnikach miejskich parków i na cmentarzach rozsiewając swe nasienie dla wszystkich tych co mogli i nie odmawiali,

którym niekończąca się czkawka przerywała śmiech ale którzy też wypłakiwali się gdy za przepierzeniem łaźni tureckiej stawał blondwłosy anioł i raził ich mieczem,

którym ich kochasiów zabierały trzy Mojry i trzy jednookie Forkidy ta od heteryckiego dolara ta gapiąca się z własnej macicy i ta która bezczynnie siedzi na dupie odcinając złote nici myśli z ręcznie napędzanych krosien,

którzy w ekstazie i nienasyceniu pieprzyli się z butelką piwa kochanką ramką szlugów świeczką i spadali z łóżka, i dalej na podłodze i dalej na korytarzu i kończyli bez zmysłów na ścianie z wizją ostatecznego wytrysku spuszczając się resztką nasienia świadomości,

którzy robili dobrze milionowi dziewczyn drżących wieczorem, by o poranku nie zważać na zaczerwienione oczy i być w gotowości robienia dobrze słońcu, świecącemu tyłkowi wschodzącemu znad jeziora i błyszczącemu pośladkami nad oborą,

którzy kurwili się przeciągając przez Kolorado miriadami skradzionych nocą samochodów, N.C., tajny bohater tych wierszy, jebaka i Adonis z Denver – radością jest wspominanie tych jego niezliczonych panienek zaliczanych na pustych placach i na parkingach dla tirów, w kinach między chwiejącymi się rzędami krzeseł, w jaskiniach pod górskimi szczytami takoż chuderlawych kelnerek z samotnie zadartymi na rodzinnym poboczu halkami, a już zwłaszcza w kiblach na stacjach benzynowych, i na ulicach jego miasta,

którzy gubili się w wielkiej pustce obskurnych kin, zsuwali w sny, budziła ich nagłość Manhattanu – i wygrzebywali się z piwnicznych nor wciąż odurzeni bezdusznym tokajem i koszmarami zrodzonymi z ciężkiego snu Trzeciej Ulicy by popełznąć po zasiłek,

którzy w przemoczonych aż do krwi butach dreptali całą noc po zaśnieżonych dokach czekając aż pewne drzwi w East River uchylą się by wypuścić kłęby gorącej pary i opary opium,

którzy w księżycowym świetle przeciwlotniczych reflektorów pisali samobójcze dramaty w apartamentowcach klifów Hudson a ich głowy uwieńczone będą laurem zapomnienia,

którzy żywili się jagnięciną wyobraźni lub żuli kraby z mulistego dna Bowery,

których nad koszykami wypełnionymi cebulą i kiepską muzyką rozrzewniały brukowe romansidła,

którzy w pudłach pod mostem oddychali ciemnością, a powstawali by klecić klawesyn w swych dzikich lokalach,

których w otoczeniu wypełnionych teologią skrzynek po owocach na szóstym piętrze gdzieś w Harlemie ukoronowanych płomieniem gruźliczego nieba dławił kaszel,

którzy wirując wypisywali całymi nocami patetyczne inkantacje by wraz z pierwszym żółtym blaskiem poranka odkryć że to zamknięty w strofy bełkot,

którzy marząc o absolutystycznym warzywnym królestwie gotowali te gnijące zwierzęce płucka serca racice ogony barszcz i tortille,

którzy w pogoni za jajkiem rzucali się pod dostawczaki z masarni,

którzy optując za Wiecznością poza Czasem zrzucali swe zegarki z dachu, a budziki miały tłuc im się po głowach każdego dnia rozpoczynającej się dekady,

którzy cięli się skutecznie bezskutecznie po trzykroć, rezygnowali i z musu otwierali sklepy ze starociami by płakać w przeczuciu nadchodzącej starości,

którzy żywcem płonęli na Madison Avenue w swych niewinnych flanelowych garniturach chłostani nieudanym wersem i pijanym szczękiem zakutych w stal regimentów mody i nitroglicerynowym popiskiwaniem ciot z branży reklamowej i gazem musztardowym wydawców niezasłużenie uznawanych za inteligentnych, by dać się wreszcie rozjechać nietrzeźwej taksówce Rzeczywistości Absolutnej,

którzy skakali z Mostu Brooklińskiego tak było a potem odchodzili nierozpoznani i zapomniani by taplać się w upiornym ogłupieniu zupą alei z wozami strażackimi w Chinatown, pozbawieni jednego piwa na koszt firmy,

którzy zrozpaczeni śpiewali w swych oknach, wypadali z okien metra, przeskakiwali po zasyfionej Passaic, zaczepiali czarnuchów, darli ryja na całą ulicę, pląsali boso na stłuczonych flaszkach po winie zalani w trupa nostalgicznym europejskim jazzem z przedwojennych Niemiec wyrzygując resztkę whiskey do okrwawionego kibla, w ich uszach zawodzenie i łomot gigantycznych parowozów,

którzy mknęli autostradą przeszłości by składać sobie wzajem wizyty na wypasionych Golgotach czuwania w więziennej samotności lub we wcieleniach jazzu z Birmingham,

którzy przemierzali kraj wszerz w siedemdziesiąt dwie godziny by upewnić się czy miałem wizję lub czy miałeś wizję lub czy miał wizję by upewnić się co do Wieczności,

którzy podróżowali do Denver, umierali w Denver, powracali do Denver i czekali na próżno, spoglądali na Denver zamyśleni samotni by wreszcie wyjechać i odkryć Czas, i teraz Denver opuszczone jest przez swych bohaterów,

którzy bijąc się w piersi padali na kolana w katedrach zwątpienia i modlili się o zbawienie dla każdego z nich i o światło, dopóki blask duszy nie rozjaśnił im na moment włosów,

którzy w więzieniu rozbijali sobie umysły o daremne oczekiwanie na złotogłowych więźniów i na urodę rzeczy zamkniętą w sercach nucących zza murów Alcatraz słodkiego bluesa,

którzy wycofywali się w pierwotne obyczaje Meksyku lub w pod czułą opiekę Buddy z Rocky Mountain lub do chłoptasiów z Tangeru lub do czarnej lokomotywy Southern Pacific lub do Narcyza z Harvardu do Woodlawn w kwietny wieniec lub w sam grób,

którzy oskarżając radio o hipnozę domagali się dowodów swego rozsądku a pozostawieni zostali z własnym szaleństwem w pustych rękach do dyspozycji ławy przysięgłych,

którzy wieńczyli nowojorskich badaczy dadaizmu sałatką ziemniaczaną by w chwilę potem wstępować z ogolonymi głowami na granitowe stopnie szpitala dla obłąkanych i wygłaszać pstrokate pochwały samobójstwa, domagając się natychmiastowej lobotomii,

a których zamiast tego wtrącano w dotkliwą otchłań insuliny metrazolu elektrowstrząsów hydroterapii psychoterapii terapii zajęciowej ping-ponga i amnezji,

którzy w geście nieśmiesznego sprzeciwu wywracali jedyny stół pingpongowy, przyzwalając sobie na krótkie chwile katatonicznego spoczynku,

powracający po wielu latach w perukach z krwi, łez i palców skrywających skrajne wyłysienie, w widzialną otchłań obłędu zamieniającego w wariatkowo całe miasta na Wschodzie,

cuchnące korytarze Pilgrim State Rockland i Greystone, wymalowane pogłosami dusz, o północy rozkołysane miłością na odosobnionej ławeczce ekshumowanej z cmentarnych królestw, śniący swe życie jako koszmar, ciała obrócone w głazy ciężkie jak księżyce,

z matką wreszcie *********, i z ostatnim arcydziełem literatury wylatującym z okna, z ostatnimi drzwiami zamykanymi o czwartej nad ranem i z ostatnią słuchawką telefonu w odpowiedzi rzuconą o ścianę i z ostatnim pokojem do wynajęcia wypatroszonym do ostatniego mentalnego grata, żółta papierowa róża nadziana na wieszak, i nawet wyobrażenie, nic ponad skrawek dającej nadzieję halucynacji –

och, Carlu, kiedy nie jesteś bezpieczny nie jestem bezpieczny, i teraz jak zwierzę na powrót zanurzasz się w zupie czasu –

i którzy właśnie dlatego bez wytchnienia przebiegali oblodzone ulice w nagłym objawieniu alchemicznych pożytków skrytych w tajnych hasłach katalogu losowych miar i rozwibrowanych przestrzeni,

którym w nieoczekiwanych kombinacjach obrazów ciałem stawały się wyśnione szczeliny Czasu i Przestrzeni, i chwytali archanioła duszy w pułapkę dwóch ucieleśnionych wizji i łączyli wolne czasowniki i nadawali rzeczownikom świadomość by skokami wielbiły objawienie Pater Omnipotens Aeterna Deus

aby na nowo tchnąć składnię i metrum w biedną człowieczą prozę i stanąć twarzą w twarz z tobą w mądrym milczeniu i drżąc ze wstydu odrzucać wyznania dowodzące rytmu myśli w ich nagiej i bezgranicznej czaszce,

dupie szaleńca i anioła pokonanego przez Czas, ale wciąż w posiadaniu tego, co ewentualnie zostaje do powiedzenia po śmierci,

i w róży zmartwychwstałej w przebraniu jazzu zanurzonego w złocistym cieniu trąbek orkiestry i wypluwającej cierpienie obnażonych umysłów Ameryki w eli eli lamma lamma sabachtani wypłakiwanego przez saksofon przeszywający dreszczem miasta w ostatniej radiowej audycji

samego serca wiersza pisanego życiem dzielącym ich własne ciała na połcie zdatne do spożycia jeszcze przez tysiąclecia.


II


Jakiż to sfinks z betonu i aluminium rozłupał im czaszki i wyżarł mózgi i wyobraźnię?

Moloch! Samotność! Zepsucie! Śmietniki i niedostępne dolary! Dzieci kwilące na klatkach schodowych! Rekruci łkający w koszarach! Starcy szlochający w parkach!

Moloch! Moloch! Moloch straszący w snach! Bezlitosny Moloch! Moloch umysłu! Moloch srogi sędzia ludzkości!

Beznadziejne więzienie Molocha! Bezduszna cela czaszki Molocha i jego parlament cierpienia! Trybunał panoszący się we wszystkich włościach Molocha! Moloch monstrualnie ciężki głaz wojny! Otumanione rządy Molocha!

Moloch którego umysł to doskonała maszyna! Moloch którego krwiobieg to transakcje! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch w którego piersiach pracuje ludożerczy silnik! Moloch którego uszy to dymiące krematoria!

Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien! Moloch którego biurowce zwieszają się nad najdłuższymi ulicami jak powielony w nieskończoność Jahwe! Moloch którego fabryki chrapią przez sen we mgle! Moloch którego kominy i anteny koronują miasta!

Moloch którego miłość to niewyczerpany strumień ropy i kamień! Moloch którego duszą są elektryczność i banki! Widmowy geniusz Molocha to bieda! Moloch którego przeznaczeniem jest bezpłciowy wodór! Moloch którego imię Rozum!

Moloch w którym jestem samotny! Moloch w którym śnię Anioły! Szaleniec w Molochu! Cwel w Molochu! Niedorżnięty i spedalony w Molochu!

Moloch który wdziera się we mnie od zawsze! Moloch w którym jestem bezcielesną świadomością! Moloch któremu się oddaję! Obudzony w Molochu! Światło spływające z nieba!

Moloch! Moloch! Apartamenty dla robotów! niewidzialne przedmieścia! zmurszałe skarby! niewidome stolice! demoniczne fabryki! widmowe narody! niezwyciężone psychiatryki! granitowe fiuty! monstrualne bomby!

Poodgniatali sobie barki dźwigając Molocha w Niebo! Trotuary, drzewa, radioodbiorniki, ciężary! unosząc miasto w Niebo, by na zawsze już trwało nad nami!

Wizje! znaki! halucynacje! cuda! ekstazy! spływające z prądem amerykańskich rzek!

Sny! adoracje! iluminacje! religie! całe parowce wypełnione tym ckliwym gównem!

Wzruszenia! na rzece! przewroty i ukrzyżowania! na fali powodzi! Wzloty! Epifanie! Rozpacze! Dekady zwierzęcego wrzasku i samobójstw! Rozumy! Nowe miłości! Obłąkane pokolenia! na skały Czasu!

I tylko święty rechot wzdłuż rzeki! Ujrzeli! Dzikie oczy! Święty ryk! Przepłacone pożegnania! Skaczą z dachów! w samotność! falując! Niosąc kwiaty! W dół rzeki! Na ulice!


III


Carlu Solomonie! Jestem z tobą w Rockland
      gdzie jesteś bardziej szalony niż ja

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie musisz czuć się tak obco

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie bawisz się w ducha mojej matki

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie zamordowałeś dwanaście osobistych sekretarek

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie śmiejesz się a nikt nie wie dlaczego

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie jesteśmy wielkimi pisarzami tłukącymi w jedną maszynę do pisania z odzysku

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie twój stan się pogarsza o czym mówili w radiu

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie wydział czaszek pożegnał się już z robactwem zmysłów

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie pijesz herbatę z mlekiem z piersi panien z Utica

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie pogrywasz z ciałami pielęgniarek tych harpi z Bronksu

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie szarpiesz się w pasach wrzeszcząc że właśnie przegrałeś partię ping-ponga z drużyną otchłani

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie wybijasz na fortepianie katatoniczną melodię niewinnej i nieśmiertelnej duszy która przetrzyma bezbożny napór uzbrojonego szpitala

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie nawet pięćdziesiąt następnych elektrowstrząsów nie zawróci twej duszy z pielgrzymki do krzyża stojącego na straży pustki

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie rzucasz w twarze swoich lekarzy wszystkie ich grzechy planując wzniecenie żydokomunistycznej rewolucji wymierzonej w faszystowski ład narodowej Golgoty

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie otworzysz niebiosa Long Island by porodzić żyjącego Syna Człowieczego z nadludzkiego łona

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie dwadzieścia pięć tysięcy naszych obłąkanych towarzyszy wyśpiewuje ostatnie zwrotki Międzynarodówki

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie przytulamy i całujemy Stany Zjednoczone w pościeli ze Stanów Zjednoczonych kaszlących całą noc i nie pozwalających nam zmrużyć oka

Jestem z tobą w Rockland
      gdzie naelektryzowani wyjdziemy ze śpiączki w samolotach naszych dusz warczących nad dachami by zrzucać anielskie bomby oświecające szpital     wyobrażone mury runą     O pierzchające wynędzniałe legiony     O gwiaździsty spazmie miłosierdzia nadciągającej wiecznej wojny     O zwycięstwo z gołą dupą jesteśmy wolni

Jestem z tobą w Rockland
       w moich snach płyniesz łzami z dziennika okrętowego wzdłuż amerykańskiej autostrady aż do drzwi mojej chaty zagubionej gdzieś w nocy Zachodu.

 

San Francisco, 1955 – 1956 / Kraków, grudzień 2014 – czerwiec 2017


 

Przypis do Skowytu


Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty!

Święty świat! Święta dusza! Święta skóra! Święty nos! Święty język i fiut i ręka i dziura w dupie!

Wszystko święte! każdy święty! wszędzie święte! codzienność wiecznością! Każdy aniołem!

Pośladki nie mniej święte niż serafiny! szaleniec jest święty jak ty jak moja dusza!

Piszący jest święty wiersz jest święty głos jest święty słuchacze są święci ekstaza jest święta!

Święty Krystian święty Przemek święty Markowski święta Marta święty Góra święty Ryba święty Biedrzycki święty Mateusz święte przypadkowe ruchanie święci cierpiący żebracy święte ohydne ludzkie anioły!

Święta moja matka w zakładzie zamkniętym! Święte kutasy ojców-założycieli z Kansas!

Święty jęk saksofonu! Święta apokalipsa bopu! Święte jazzbandy marihuana hipsterzy pokój peyotl fletnie i bębny!

Święta samotność wieżowców i chodników! Święte kawiarnie gdzie koczują miliony! Święte podziemne rzeki łez drążące pod ulicami!

Święta samotność tirów! Święty tłusty baran klasy średniej! Święci nawiedzeni pasterze rebelii! Kto ryje w Los Angeles JEST z Los Angeles!

Święty Nowy Jork Święte San Francisco Święta Peoria i Seattle Święty Paryż Święty Tangier Święta Moskwa Święty Stambuł!

Święty czas w wieczności święta wieczność w czasie święte zegary przestrzeni święty czwarty wymiar święta piąta Międzynarodówka święty Anioł w Molochu!

Święte morze święta pustynia święte tory kolejowe święta lokomotywa święte wizje święte halucynacje święte cuda święta gałka oczna święta otchłań!

Święte wybaczenie! litość! miłosierdzie! wiara! Święte! Nasze! ciała! cierpiące! wspaniałomyślność!

Święta nadnaturalna wspaniała olśniewająca myśląca życzliwość duszy!


Berkeley 1955 / Kraków czerwiec 2017


piątek, 25 września 2015

Polskie obozy (językowej) zagłady

O tym, o czym chcę tu napisać, prawdopodobnie napisano już wszystko. A jeśli nawet nie, to pewnie napisze się, nim skończę. Trudno, i tak będę pisał. Mam taką siłę fatalną, wierny owemu protoineligenckiemu j'accuse, "oskarżam" Emila Zoli, przeświadczony, że mówić i pisać trzeba, choćby (jak się najpewniej przydarzy) owemu pisaniu pies z kulawą nogą się nie przyjrzał, nawet po to, by podnieść tylną łapę. Bo gdybym nie napisał, to tę tylną łapę mógłbym śmiało podnieść sam na siebie.

Od razu mówię: to, co chcę powiedzieć, wynika z obserwacji jednego tylko miejsca w sieci, ale miejsca szczególnego, czyli Facebooka; tej sieci w miniaturze, w kompakcie, realizującej niemal w pełni już dziś marzenie swego założyciela, Marka Zuckerberga, by nadszedł taki dzień, że fejs zastąpi sieć jako taką, że wszystkie netowe dobrodziejstwa: wiadomości, rozrywkę, muzykę, film, komunikację, pocztę ludzie będą mieli w najlepszej jakości dostępne właśnie tu, na tym li tylko zabawowym ongiś portalu społecznościowym. Tak zatem nie prowadzę monitoringu internetu, ale mam podstawy sądzić, że to, co oferuje mi Facebook, jest próbą dalece bardziej niż reprezentatywną - tak sieciowej treści, jak i formy, jak i (co najważniejsze) pewnego uśrednienia bycia-online.

O czym jednak chcę pisać? Oczywiście: o przybyszach z Afryki i Azji (celowo nie piszę ani o "emigrantach", ani o "uchodźcach", świadom, że te tak obciążone znaczeniami słowa najprędzej zwracają się przeciwko piszącemu). Generalnie wiadomo, o co chodzi: ludek internetowy podzielił się na tych, co są za, i tych, co przeciw. Ci absolutnie "na tak" opowiadają się (sięgając głównie po argumenty natury etycznej i powołując się na konieczność spłaty kolonizacyjno-imperialistycznych win) za bezwarunkowym przyjęciem wszystkich uchodźców - ci całkowicie "na nie" grają na ekonomiczno-kulturowych lękach i żądają całkowitego zamknięcia Europy przed migrantami (uwaga: w powyższym zdaniu słowa "uchodźca" i "migrant" są użyte w pełni świadomie jako sklejone na stałe już to z jednym, już to z drugim dyskursem).



Ani jedni, ani drudzy - jako ekstrema - nie mają racji. Zamknięcie granic Europy przed napływem przybyszów, próba rozciągnięcia jakiejś doskonale szczelnej europejskiej rabbit-proof fence jest niemożliwe z przyczyn choćby tylko praktycznych: skutkowałoby wyłącznie powieleniem tego, co znamy z granicy amerykańsko-meksykańskiej w wersji nieporównanie większej (tak co do ilości, jak i co do jakości). Gęste patrole morskie? Mur i zasieki pod napięciem wzdłuż wszystkich południowych wybrzeży? A co z tymi, którzy będą próbowali wedrzeć się na siłę? Wyłapywać i na siłę deportować? Czy może od razu strzelać? A ci, którzy jednak się przedrą, co z nimi? Znów przymusowe deportacje? Internowanie? Oczywiście, druga strona, miłośnie rozwierająca ramiona i żądająca przyjmowania wszystkich, bez kontroli i stawiania jakichkolwiek warunków, również paskudnie błądzi - taka polityka (a raczej jej brak) doprowadziłaby może nie do katastrofy, ale z całą pewnością do napięć w przestrzeni zatrudnienia, opieki zdrowotnej i socjalnej, demografii i mieszkalnictwa, relacji sąsiedzkich; jej najbardziej prawdopodobnym efektem byłoby wyłącznie powiększanie się gettoidalnych przestrzeni wyuczonej bezradności i społecznej izolacji, naturalnej wylęgarni skrajnych postaw światopoglądowych.

Pomiędzy tymi dwoma biegunami (cynicznym i idealistycznym) rozciąga się oczywiście ogromne spektrum dysputy oferującej mniej lub bardziej skłaniające do refleksji, możliwe do pomyślenia rozwiązania kwestii przybyszów. Pojawia się słuszna krytyka dramatycznie niewydolnej polityki głównych rozgrywających kontynentu i groteskowego niedowładu instytucji unijnych; słychać głosy domagające się realnego przemyślenia idei solidarności europejskiej, by mogła ona służyć efektywnej kontroli napływu mas ludności i sprawiedliwemu obciążeniu państw członkowskich; nie do końca niedorzecznie brzmią wezwania, by Zachód wreszcie zaczął aktywnie przeciwdziałać negatywnym skutkom arabskiej wiosny, tym samym doprowadzając do normalizacji, która mogłaby powstrzymać emigrancką i uchodźczą falę; papież Franciszek domaga się miejsc dla przybywających w parafiach, sanktuariach i klasztorach, co wydaje się rozwiązaniem tyleż idealnym, co nierealizowalnym (z uwagi na opór materii ludzkiej, kulturowej i politycznej): takie rozparcelowanie przybyłych umożliwiłoby najpełniejsze monitorowanie rodzenia się nastrojów fundamentalistycznych w małych i świetnie samorzutnie zorganizowanych społecznościach katolickich; również wznawiana na niektórych europejskich granicach kontrola (byleby przeprowadzana była z poszanowaniem godności osobistej każdej jednostki) nie daje powodów do alarmu, wszak niezbywalnym i zdroworozsądkowym prawem każdego państwa jest posiadanie wiedzy o tym, kto przybywa, czego chce i czego można się po nim spodziewać...



Dlaczego zatem, mając do wyboru tak szerokie pole sugerowanych przez ludek fejsbuczny konceptualizacji, postaw i odpowiedzi, przychylam się jednoznacznie do tych zdecydowanie proimigranckich i prouchodźczych? Przecież nie chodzi tylko o awersję, jaką rodzą we mnie wezwania, by wszyscy ci tchórzliwi arabscy i kurdyjscy faceci, którzy rzekomo uciekają przed wojną, wracali skąd przyszli i z kałaszami w ręku bronili swych racji, ojczyzn i rodzin - co w wersji łagodnej kojarzy mi się z obrazkiem wujka Stalina, przesuwającego, niczym w słynnym songu Jacka Kaczmarskiego, strzałki fajką po mapie, a w wersji ostrej doprowadza do szału, kiedy okraszone jest buńczucznym porównaniem: "niech zrobią tak jak my w 1939", podczas gdy ta arogancka pierwsza osoba liczby mnogiej używana jest w ogromnej większości przez gówniarzerię, która nawet rachityczną opresję systemu w schyłkowym PRL-u zna jedynie z domowych klechd, a wojny uczyła się zwiedzając Muzeum Powstania Warszawskiego i rzucając z zasłoniętym szalikiem pyskiem race na policjantów podczas kibolskich burd. Nie chodzi też nawet o apokaliptyczne wezwania do obrony europejskiej i polskiej, dziewiczej supremacji kulturowej przed gwałtem multikulti, sztukowane pseudouczonymi wywodami na temat fiaska owego multikulti na zachodzie Europy - podczas gdy wystarczy nieco bardziej poszerzona perspektywa historyczna, by dostrzec, że, po pierwsze: Europa jest w najgłębszych swych korzeniach bytem egzemplarycznie multikulturowym (który bez gąbczastej chłonności na inność dawno już by się zdegenerował w monstrum powstałe z chowu wsobnego cywilizacyjnych genów; śmiesznie brzmi lęk przed multikulti zwłaszcza spod klawiatur Polaków, sukcesorów lokalnego mocarstwa, którego przestrzeń w latach największej świetności współtworzyli Polacy, ale też Niemcy, Italczycy, Czesi, Węgrzy, Rusini, potomkowie Bałtów, Ormianie, Żydzi, Wołosi...), po wtóre: że nazywanie polityką multikulturową bezrefleksyjnego przyjmowania taniej siły roboczej w aroganckim przeświadczeniu, że obcy o niczym innym nie marzą jak o padnięciu na twarz przed fallusem naszej pięknej kultury panów, jest co najwyżej śmieszne, po trzecie wreszcie: że to nie multikulti jest fanaberią naszych upadłych czasów, ale raczej właśnie utopia jakiejkolwiek (narodowej, etnicznej, klasowej) homogenii, skrajnie nienaturalna i rzadko osiągana inaczej niż na drodze bezpośredniej policyjno-wojskowej opresji. We wszystkim tym, owszem, dostrzegam nade wszystko źle zamaskowaną, opisaną przez Julię Kriestevą ekonomię konstytuowania innego jako abiektu, wy-miotu bądź po-miotu, silnego w swej tożsamości siłą wstrętu, który budzi, ale wciąż jeszcze to nie o to chodzi... Bo przecież nie mogę też nie dostrzegać drugiej strony - roszczeniowych i wandalskich zachowań dużej części przybyłych, doniesień medialnych cenzurowanych i manipulowanych na użytek emocjonalnej lewackiej (w najgorszym tego słowa znaczeniu) propagitki, zalewu podpisów na petycjach bez pokrycia nakłaniających do działań bez perspektyw i wyobraźni, infiltracji mas imigranckich i uchodźczych przez fundamentalistów planujących prowadzenie dżihadu przy użyciu broni D, niejasnej gry Brukseli rozgrywanej pod pozorami wymuszania na niektórych państwach członkowskich Unii źle rozumianych zachowań solidarnościowych. Pewnie, dużo tych alarmistycznych doniesień to akurat taka sama lipa jak ta po lewo, ale niech czwarta jej część będzie prawdą, to i tak nie można udawać, że problemu nie ma. Bo jest. Wystarczy zresztą minimalna zdroworozsądkowa orientacja w realiach życia w Europie i w sprawach islamskiej filozofii bycia w niemuzułmańskiej cywilizacji, by zdać sobie sprawę, że nie założymy tu wspólnie żadnej nowej Christianii.

O co zatem chodzi? Czemu ja i wielu moich facebookowych kompanów nie ulega apelom, by "włączyć myślenie", by "nie ulegać podporządkowanym syjonistycznej poprawności politycznej reżimowym mediom"? Piszemy posty, zapisujemy się do grup, podpisujemy te bezsensowne petycje, lajkujemy, komentujemy wypowiedzi nie do nas skierowane, dyskutujemy, rezygnujemy ze znajomości, których nagle zaczynamy się wstydzić, linkujemy artykuły, zdradzamy część swoich poglądów: katolicy aprobują poglądy walczących antyklerykałów, radykalni lewicowcy przyklaskują gestom biskupa Rzymu, łapiemy się na lep fotograficznych emocji. Czemu tak?... Bo przecież tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o wyrazy wsparcia i współczucia dla przybyszy... No to czemu, pytam raz jeszcze?



W słynnym reportażu ze strajków w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku Ryszard Kapuściński stawia prowokacyjną tezę: że w tym wielkim, uwieńczonym Solidarnością zrywie, w każdym z dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - od tego najsłynniejszego, o powołaniu niezależnych związków zawodowych, po te zupełnie dziś niezrozumiałe bez ich doraźnego kontekstu, o podniesieniu dodatku za rozłąkę czy o zwiększeniu wymiaru urlopu wypoczynkowego dla robotników pracujących w systemie czterozmianowym - chodziło tylko o jedno, o to, że w Stoczni w tamte gorące dni rozegrała się (również i przede wszystkim) "batalia o język, o nasz język polski, o jego czystość i jasność, o przywrócenie słowom jednoznacznego sensu, o oczyszczenie naszej mowy z frazesów i bredni, o uwolnienie jej z trapiącej plagi - plagi niedomówień". Ilustruje to Kapuściński przykładami, które przytaczam w brzmieniu dosłownym, bo mówią więcej i konkretniej niż jakiekolwiek moje parafrazy: "Przewodniczący MKS: 'Prosimy przedstawiciela rządu, aby ustosunkował się do naszych postulatów'. Przedstawiciel rządu: 'Pozwólcie, że odpowiem na nie ogólnie'. Przewodniczący MKS: 'Nie. Prosimy o odpowiedź konkretną. Punkt po punkcie'. Ich naturalna nieufność do odpowiedzi ogólnych, do języka ogólnego. Ich protest przeciw wszystkiemu, co trąci fałszem, luką, wciskaniem kitu, rozmywaniem, kluczeniem. Występowali przeciw zdaniom zaczynającym się od słów: 'Jak sami wiecie...' (właśnie nie wiemy!), 'Jak sami rozumiecie...' (właśnie nie rozumiemy!)". Tę batalię jeszcze lapidarniej opisał w swoim pięknym wierszu Sierpień '80 (znakomicie później umuzycznionym i wyśpiewanym wespół z Małgorzatą Zwierzchowską przez Olka Grotowskiego) Andrzej Waligórski: "Pamiętajmy więc te noce nieprzespane / I te bramy fabryczne wśród kwiatów / Gdy przestała naraz być sloganem / Dyktatura proletariatu".

Na marginesie: zastanawiam się czasem, jak bardzo oddalamy się od rozumienia fenomenu Solidarności uciekając właśnie w ogólnik, w zaokrąglający wszystkie kanty mit, zmieniając najczystsze piękno zrywu skrzywdzonego przez władzę, surowego robociarskiego rozsądku w fałszywą narodowowyzwoleńczą laurkę... Jest taka scena w Człowieku z żelaza Andrzej Wajdy, filmie, który - tuż obok Etyki solidarności Józefa Tischnera - jest bodaj najbardziej przenikliwą analizą bezprecedensowego zjawiska, jakim była pierwsza, wielka "S": na pytanie granego przez Mariana Opanię dziennikarza o ideały solidarnościowe, Krystyna Janda/Agnieszka odpowiada pytaniem, czy wie, jakie są warunki pracy spawacza w podwójnym dnie statku. Dziennikarz oczywiście się żacha, on - jako rozdarty między pragmatyzmem a fascynacją intelektualista - wie przecież, że to musi być coś więcej, że nie może chodzić o taki banał... Tymczasem Agnieszka uparcie mówi, że chodzi właśnie o to. Że kto tego nie zrozumiał, nic nie zrozumiał.

No dobra, ale o jakiej facebookowej batalii o język mam zamiar tu mówić? To proste: chodzi o sprzeciw wobec niewiarygodnego zdziczenia sposobu traktowania przybyszów w dyskursie forów, mediów społecznościowych, komentarzy pod doniesieniami medialnymi. Wiadomo, o czym mowa, nie ma sensu przytaczać konkretnych przykładów: generalnie mam na myśli wszystko to, co odwołuje się wprost do nazistowskiego korpusu pojęciowego związanego z Zagładą, każdy jeden przykład sprowadzania przybywających do rangi rasowo napiętnowanych podludzi ("czarnuchów"), których - jako że nie przysługuje im pełnia praw ludzkich - należy poddać ostatecznemu rozwiązaniu ("szczuć psami", "wystrzelać", "zagazować", "wysłać do pieców", "zamknąć w obozach koncentracyjnych"). Nie chciałbym tu uprawiać domorosłej psychoanalizy nas wszystkich, ale wydaje mi się, że nie rozminę się zanadto z prawdą, gdy sprawę postawię tak właśnie: na poziomie świadomości różne były racje, które przemawiały w nas raczej (raz bardziej-raczej, raz mniej-raczej) za przyjmowaniem przybyszy z bliskowschodnich kręgów piekielnych, racje ekonomiczne, światopoglądowe, kulturowo-cywilizacyjne, religijne, etyczno-moralne; ale tak naprawdę zza każdej z tych świadomie artykułowanych racji wyzierał ten sam nieświadomy gest najgłębszej odrazy, przeświadczenie dotknięcia czegoś ohydnego. Jak robotników w sierpniowej Stoczni, którym czasem bardziej chodziło o zwolnienie aresztowanych kolegów, a czasem o obniżkę ceny papierosów, ale których zawsze jednoczyła - zdaniem autora Cesarza - niezgoda na załgiwanie rzeczywistości, tak nas: antyklerykałów i czytelników Ojców Kościoła, prolajferów i proczojsowców, cynicznych platformersów i entuzjastycznych zielonych, oburzonych i pokolenie JPII, wszystkich nas zatem złączył gest nienegocjowalnego, zerojedynkowego sprzeciwu wobec tej potwornej językowej ohydy i obrzydlistwa...

Nie bez powodu już po raz wtóry mówię o ohydzie i odrazie - i chciałbym bardzo mocno podkreślić, że osobiście odczuwam ten potworny upadek języka absolutnie fizycznie, tamuje mi on oddech niczym smród ścierwa; czuję się jak bohaterowie Lovecrafta, którzy widząc ową skrajnie nienaturalną, niesamowitą w całkowicie freudowskim sensie, "cyklopową" well-nigh blasphemous architecture wzniesioną przez Great Old Ones, doświadczają gdzieś poza, ponad i popod swoim rozumem najwyższej trwogi i właśnie największego obrzydzenia...

Kiedy przeto myślę o obrzydliwości, to o takiej, która dobrze ponad sto razy pojawia się w Księdze: już to w formie rzeczownikowej, toʽewáh, już to jako czasownik "brzydzić się czegoś", taʽáw. Najczęściej chodzi o kogoś, kto popełnia coś tak niezgodnego z Prawem, że musi zostać wykluczony spośród tych, których Jahwe wyróżnił swoim Przymierzem - i jest to jak najbardziej zgodne z podstawowym, kolokwialnym rozumieniem obrzydliwości: jeśli coś nas brzydzi (dla mnie będą to - sięgam po przykład niestosownie trywialny - flaczki, salceson, żołądki czy rozgotowana brukselka), to tego nie przełkniemy, a jak przełkniemy, to zwrócimy; pamiętam z dzieciństwa, że zamiennikiem słowa "obrzydliwe" było jeszcze bardziej jednoznaczne określenie: "odrzucające"... I dokładnie tak doświadczam języka Zagłady używanego do mówienia o uchodźcach i emigrantach, zwłaszcza w jego wersji najbardziej plugawej, czyli jakoby żartobliwej, powielanej w memach z bramą Auschwitz opatrzoną podpisem "zapraszamy imigrantów" i emotikonowym uśmieszkiem - jako czegoś, co wyklucza używającego z mojej wspólnoty, jako czegoś nieznośnie i niewyobrażalnie przeciwnego najbardziej rudymentarnym wartościom, na których ufundowana jest istotna tożsamość naszego kontynentu.

Z najwyższym niepokojem patrzę też, jak coś, co było do tej pory w sposób milczący postrzegane jako zakazane przez pewien językowy obyczaj, przerywa tamę milczenia i rozlewa się cuchnącym szambem już nie tylko po Facebooku, nie tylko po sieci jako takiej, nie wyłącznie po ekstremistycznych mediach drukowanych, ale też wychodzi na ulice, wyrykuje się pod biało-czerwonymi flagami w czasie różnego rodzaju wieców sprzeciwu... Dla porównania: co roku na 11 listopada, przy okazji tak zwanego Marszu Niepodległości, Polska pogrążała się w scholastycznej dyskusji o ilości diabłów na łebku szpilki: lewicowi aktywiści oskarżali organizatorów manifestacji o faszyzm, ci zaś bronili się, że nacjonalizmowi bliżej do patriotyzmu niż faszyzmu, że brunatna retoryka to wyłącznie sprawa elementu skrajnego, który owszem, na marszu się pojawiał, ale był tam zjawiskiem marginalnym, sztucznie nadmuchiwanym przez niechętne organizatorom zajścia media. I jakkolwiek - najdelikatniej mówiąc - wstrętne są mi poglądy głównych organizatorów marszu (podobnie jak nigdy nie pojmę naiwności tysięcy tych, którzy maszerują twierdząc, że oni tylko "okazują patriotyzm" i nie utożsamiają się z Ruchem Narodowym, a nie widzą, że są przez ten Ruch cynicznie rozgrywani do legitymizowania jego działań), to na poziomie logicznym, prawnym i retorycznym trudno im cokolwiek zarzucić... Oczywiście, nie kieruje nimi bynajmniej awersja do faszyzmu, który przecież tak czy inaczej reaktywują, ale pewna małostkowa i tchórzliwa w istocie rzeczy odmiana wstydu: obawa, że oficjalne sięganie po współczesną odmianę tego, co Victor Klemperer w swym porażającym eseju nazwał LTI, Lingua Tertii Imperi, doprowadzi do społecznej stygmatyzacji, zostanie uznane za toʽewáh, za co karą może być tylko wykluczenie z oficjalnego obiegu, wyrugowanie z akceptowalnego uniwersum politycznego, czyli depolityzacja, czyli usunięcie poza granice polis. Teraz jednak runęły ostatnie tamy przyzwoitości: coś, czego doświadczalnym poligonem był nie tak dawny sieciowy odwet na Ukrainie, gdzie jakoby w imię obrony historycznej prawdy o Wołyniu i Banderze sięgano bez skrupułów po resentymentalny i rewanżystowski język symbolicznej przemocy polskiego "pana" wobec hajdamackiego "chama", dziś już rozrosło się do rozmiarów Blitzkriegu, wojny totalnej i taktyki spalonej ziemi. Ci sami Polacy, którzy gotowi są wypowiadać wojnę Niemcom i Amerykanom za pochopne użycie skrótu myślowego o "polskich obozach zagłady", bez jakiegokolwiek poczucia elementarnej choćby niestosowności przerzucają się doskonalne znanymi z praktyki nazistowskiej pomysłami na Endlösung kwestii uchodźczej i imigranckiej, nie zauważając, że tym samym przywdziewają na siebie mundury Einsatzgruppen.


To musi budzić opór - i budzi: już teraz widać, że nieuchronne będą niezaleczalne pęknięcia, ostateczne zerwania, wykluczanie.
Pierwszy ich wymiar może się wydawać nieistotny i szczeniacko namiastkowy: chodzi o ruch manifestacyjnego usuwania z grona swoich fejsbukowych znajomych osób wygłaszających w wiadomej kwestii poglądy jawnie eksterminacyjne. I nie lekceważyłbym tego: jak bardzo źle się kończy niedocenianie portali społecznościowych, przekonali się nie tak dawno satrapowie rządzący Libią czy Egiptem - to raz; dwa - w wewnętrznym światku Facebooka taki gest ma swoją wagę, wszak tu jedną z podstawowych racji sieciowego bytu zawsze było (mniej lub bardziej rozsądne) mnożenie znajomości, czemu towarzyszyła radykalna demokratyzacja języków, wszyscy chyba jak najszerzej otwierali granice swej tolerancji, akceptując to, że partycypują w nieznającej granic logice wirtualnego Hyde Parku. Tymczasem jednak okazało się, że takie granice istnieją, że są racje, w imię których należy się przeciwstawić podstawowej zmiennej określającej bycie-na-fejsie, że z pewnymi poglądami (a raczej ze sposobem ich artykulacji) - niczym z terrorystami - nie ma negocjowania.
Wymiar drugi okazać się może dalece bardziej brzemienny w skutki: chodzi o wyraźne pęknięcie między chrześcijaństwem odwołującym się do pierwotnego imperatywu absolutnego, absurdalnego miłosierdzia, które musi poprzedzać wszelką debatę i każdą wątpliwość a katolicyzmem plemiennym, oddanym w niewolę wyższej sankcji narodowej, integrystycznym, elitarystycznym i eksterminującym (czyli - etymologicznie - "usuwającym poza swoje najdalsze granice), skrajnie upolitycznionym. Czyli katolicyzmem - powiedzmy to otwarcie - budzącym nie mniejsze doktrynalne i teologiczne wątpliwości, co tak mocno ongiś piętnowana przez Jana Pawła II, lewacka teologia wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej. Temu pierwszemu argumenty daje do ręki nie kto inny, jak sam biskup Rzymu, papież i ziemski namiestnik chrystusowy, Franciszek - a sekunduje mu (wykazując się wcale nie tak oczywistym dla siebie ewangelicznym radykalizmem) polski episkopat, a przynajmniej znakomita jego większość. I ci, którzy mienią się katolikami, a jednocześnie sięgają w stosunku do przybyłych po retorykę narodowosocjalistycznej deprecjacji, są w kropce - bo przecież samo otwarte przeciwstawienie się papieżowi niebezpiecznie blisko sąsiaduje ze schizmą... Cała ta sytuacja potwierdza zresztą rzecz oczywistą, a przez wszystkich traktowaną jako niemożliwa: że dla radykalnego nacjonalizmu nie ma miejsca w przestrzeni fundamentalnych wartości chrześcijańskich, a tym samym - w Kościele Katolickim. Jak bowiem pogodzić z Ewangelią przyzwolenie na przemoc, uznawanie wyższości pierwiastka narodowego bądź etnicznego nad ludzkim, który w chrześcijaństwie zawsze definiuje się jako dążący do zbawienia, redukowanie skrajnie uniwersalistycznego i internacjonalistycznego sensu apostolskiego ("katolicki" znaczy wszak "powszechny") do unarodowionego mesjanizmu drugiej świeżości? Niewykluczone zatem, że konsekwencją tego, jak zareagował na obecny kryzys demograficzny Kościół mówiący głosem swego zwierzchnika (a zatem - przypominam - głosem samego Ducha), będzie konieczność dokonania wyboru - albo faktyczne bycie chrześcijaninem, którego Bóg rozliczy wyłącznie z depozytu nieznających Greka ni Żyda, niewolnika ni wolnego czynów miłości, albo nacjonalizm, który pozbawiony szczudeł tak nienaturalnej dla siebie retoryki chrześcijańskiej, stanie się etycznie jeszcze bardziej podkulawiony, niż jest teraz.

A czemu - prócz obrzydzenia - jeszcze ohyda? Bo to - jak wiadomo, choć wciąż jeszcze wiadomo nie dość - ostatnie słowa Kurtza z Jądra ciemności. To oryginalne angielskie horror bywało tłumaczone jako "ohyda" właśnie, bywa dziś częściej wykładane jako "groza", choć najwłaściwsza byłaby chyba "zgroza", czyli i jedno, i drugie na raz... Z oczywistych, jak sądzę, względów sięgam tu właśnie po "ohydę" - ale to ostatecznie sprawa drugorzędna. Bo najważniejsze jest to, że tym słowem Kurtz (na którego istotę - jak powiada Conrad - "złożyła się cała Europa") sumuje swoje życie, którego największym dziełem miało być stworzenie w głębi kongijskiej dżungli doskonałego państwa - państwa, które okazało się być prototypem lagru. Jeśli więc cały wysiłek cywilizacyjny oświeconego Kurtza skończył się ohydą - to taką samą ohydą jest język, o który (precyzyjniej: przeciwko któremu) batalię tu i gdzie indziej wespół z mymi często anonimowymi brothers in arms toczę: język eksterminacji, którym niektórzy bronić chcą europejskości. Europejskości - w tym języku, przez ten język - obrzydliwej i ohydnej.

Ten właśnie opór - jak i każdy inny - wobec horror toʽewáh będzie narastał: bo mocno wierzę w to, co w jednym z wywiadów zgromadzonych w książce Życie to jednak strata jest Andrzej Stasiuk (ach, znów ten Stasiuk - czy ten blog, o czym pisałem ongiś, nigdy się od jego fatalnego wpływu nie uwolni?) mówi Dorocie Wodeckiej: że Polak jednak jest organicznie niezdolny, emocjonalnie niedojrzały do stworzenia zaplanowanej, postrzeganej w fałszywie nietzscheańskiej optyce odczłowieczonego nadczłowieczeństwa, zbiurokratyzowanej machiny Zagłady na wzór nazistowski. Dlatego dopóki sprzeciw wobec uchodźców i migrantów pozostawał w kagańcu nałożonym przez pewne językowe tabu, dopóty miał siłę przekonywania - teraz jednak wykonał gest samobójczy i przeciwskuteczny: bo coraz więcej Polaków, wstrząśniętych bezprecedensowym zwyrodnieniem dyskursu, będzie przechodziło (z tą tak charakterystyczną dla naszej duszy, skrajnie dwubiegunową labilnością psychiczną - ta diagnoza to znów Stasiuk) na stronę bezwzględnego poparcia dla przybyszów. Nie, nie dlatego, że nagle ktoś przedstawił im jakiś koronny argument "za": ze strachu, że to już zaszło za daleko, że robimy to, co pozostawionym przy życiu żołnierzom Hitlera gotowało żydowskie komando ze znakomitych Bękartów wojny Quentina Tarantino - sami sobie wyrzynamy na czole hakenkrojce, nieusuwalne niczym obrzezanie, to znamię świętej przynależności, znaki najwyższej hańby.

Bo mimo tego mojego - owszem, mocnego, ale też mocno warunkowego - optymizmu, jest się czego bać. Niektórzy z pewnością powiedzą, że przereagowuję, że to wszystko to przecież tylko takie sobie kłapanie, gównoburza liczących naiwnie na anonimowość hejterów. Otóż - niekoniecznie... Hannah Arendt - zarówno w Eichmannie w Jerozolimie, jak i w Korzeniach totalitaryzmu - pokazuje, że do ludobójstwa nie jest potrzebne żadne metafizyczne, demoniczne zło: wystarczy paranaukowa teoria (rasowa, klasowa czy jakakolwiek inna) pozwalająca wykluczyć z pełni praw określoną grupę społeczną i sprawna machina biurokratyczna, która zdejmie z jednostki część indywidualnej etyczno-moralnej odpowiedzialności - i już podrzędny urzędniczyna zamienia się w kata milionów... Z pewnością wielu widziało filmik, na którym sympatyzująca z nacjonalistami węgierska dziennikarka na oczach wielu podkłada nogę przybyszowi biegnącemu z dzieckiem na ręku - a przecież dziecko to najsilniejsze alibi, najmocniejszy argument przeciwko bezpośredniej przemocy: sam, spacerując z synem, zapuszczam się bez lęku w zaułki osiedla, które są samym id tej krainy, w której obcy ginie, bo wiem, że mogę liczyć na chwilową choćby nietykalność (na marginesie: odpowiedź na pytanie, dlaczego jednym z pierwszych wystrzałów w opisywanej tu batalii było słynne już zdjęcie utopionego w czasie próby dostania się do Europy, trzyletniego Aylana Kurdiego, jest właśnie taka - nie chodziło tu o drastyczność samej fotografii, o dzielone z Iwanem Karamazowem przeświadczenie, że cierpienie dziecka nicuje sens wszechświata, o bezsilną bezwzględność wściekłości i rozpaczy wszystkich patrzących na zwłoki malca rodziców; poszło o zgrozę, jaką budził zalew komentujących zdjęcie, egzemplarycznie nazistowskich wynurzeń i szyderstw). Jak zatem się nie bać, skoro już teraz w imię ideologii kobieta rezygnuje z najbardziej oczywistych, najbardziej ludzkich (a nawet zwierzęcych), najbardziej europejskich odruchów? Czy naprawdę tak daleko jesteśmy od zamiany przemocy słowa w przemoc czynu i przemoc instytucji? W świetle rozpoznań Arendt - wcale niedaleko, przerażająco wręcz blisko: pierwszym aktem każdego ludobójstwa jest stygmatyzacja, a ona zaczyna się zawsze w języku...
Julius Streicher był w III Rzeszy redaktorem i wydawcą "Stürmera", tygodnika, którego najgłówniejszym celem było propagowanie (w formie skrajnie zwulgaryzowanej) urzędowego antysemityzmu. A zatem Streicher to wyłącznie wyrobnik słowa - a przecież w Norymberdze zasiadł na jednej ławie oskarżonych z o wiele bardziej jednoznacznymi i oczywistymi architektami i wykonawcami hitlerowskich planów wojennych i eksterminacyjnych, z Göringiem, Kaltenbrunnerem, Ribbentropem... W uzasadnieniu wyroku na Streichera - które cytuję za ohydnym i obrzydliwym, fascynującym Dziennikiem norymberskim G. M. Gilberta - czytamy między innymi: "[...] Wiedząc o eksterminacji Żydów na okupowanych terytoriach wschodnich, Streicher nadal pisał i publikował swoją propagandę śmierci [...] Podżeganie do mordowania i eksterminacji w czasie, gdy Żydzi na Wschodzie byli zabijani w najstraszliwszych warunkach, w sposób oczywisty stanowi prześladowanie na gruncie politycznym i rasowym przez nawiązanie do zbrodni wojennych w sensie zdefiniowanym w Karcie Londyńskiej oraz jest zbrodnią przeciwko ludzkości".
Tak uzasadniony wyrok nie na mordercę, nie na wojskowego rozkazodawcę umundurowanych katów, nawet nie na administracyjnego zarządcę któregoś z trybów nazistowskiej maszynerii unicestwiania, ale na zwykłego pismaka, na urzędowego hejtera Rzeszy - był wyrokiem śmierci. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w swej surowości zrównał słowo nawołujące do mordu, mord uzasadniające, nobilitujące i rozgrzeszające z samym mordem.

Z tym wszystkim związany jest jednak jeszcze jeden mój lęk: lęk przed tym, z jaką łatwością język nienawiści - a wszak Lingua Tertii Imperii to najczystsza emanacja nienawiści; właśnie najczystsza, bo jest to nienawiść wyzbyta indywidualności, emocjonalności i przygodności, podniesiona do rangi moralnego imperatywu, rozmieniona na sumienność urzędniczych zatrudnień, przybrana w maski wzniosłej żołnierskiej powinności - infekuje, jak bardzo jest toksyczna (podobno Julius Streicher, nawet stając już 16 października 1946 roku pod stryczkiem na zapadni szubienicy w norymberskim więzieniu, nie mógł odmówić sobie wzniesienia okrzyku sieg hail!). Sam się o tym przekonałem nader boleśnie, gdy - powodowany wilczymi emocjami - w ferworze fejsbukowej dyskusji stwierdziłem, że być może problem hipotetycznego przeludnienia Europy żywiołem muzułmańskim należy rozwiązać odsyłając do obozów koncentracyjnych tych, którzy sami wzywają do gazowania i palenia. Co prawda myślałem o obozie koncentracyjnym już to w kategoriach metafory nie uśmiercania, ale foucaultowskiego z ducha, radykalnego ekskludowania z przestrzeni ufundowanej na pewnych wartościach elementu wartości te negującego w samych ich rudymentach, już to jako o czymś w rodzaju contrapassio Akwinaty i Florentczyka: jedynego możliwego miejsca kary dla tych, którzy kary takiej chcieliby dla innych... Niemniej jednak rację miał M., który jako pierwszy surowo mnie w tamtej dyskusji napomniał (wdzięczny jestem mu tym bardziej, że ze względu na specyficzną relację byłego nauczyciela i byłego ucznia, jaka nas łączy, napisanie tego, co napisał, z pewnością nie przyszło mu łatwo) - takie słowa nie powinny być przeze mnie użyte, w żadnym sensie i z żadną motywacją.
Co sprawia, że prosiłbym, by to, co powyżej, czytać również jako akt prywatnej mojej ekspiacji.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Too old to rock'n'roll, too young to die (III)

Kończą się wakacje, w czasie których obiecywałem sobie pisać wiele i mądrze... Skończyło się na wysilonym wykończeniu drugiej odsłony moich patriotycznych herezji (i to odsłony - jak się okazało w trakcie pisania - bynajmniej nie ostatniej) i na frustracji, umiarkowanej, ale jednak: że uciekają gdzieś napoczęte rzeczy istotne, że z otchłani twardego dysku można by to czy owo wydobyć i nareszcie upublicznić, że marnują się pomysły niedomyślane. Gdzieś się ten czas stracił, pożarty przez Biuro Literackie, bezmiar absurdalnej szkolnej kwitologii (tak mały kamyczek do ogródka tych wszystkich święcie się oburzających na nauczycielskie lenistwo w czas kanikuły), takoż jednak przez rzeczy przyjemne - jeden, drugi i trzeci wyjazd, nade wszystko zaś przez wielką radość współuczestnictwa w coraz wyrazistszych radościach i smutkach Babu... Aha: Babu to nowe nazwanie Błażeja de Angola, ale o tym to się jeszcze tu niebawem napisze. No, dość. Do rzeczy.

No więc żeby nie było przez te wakacje tak całkiem (nomen omen, choć a contrario) postnie, pomyślało mi się, żeby tak coś lżejszego - a w sumie cięższego, ale w znaczeniu, o którym za parę linijek: dlategom już teraz to "cięższe" wykursywił... Bo ten wakacyjny czas z Babu to było też muzyczne edukowanie roczniaka. Oczywiście rockandrollowe, ciężkie, żeby nie było - ojciec wychowany na bosko-diabelskim łomocie wszystkich tych gibsonów, fenderów i innych hammondów zawczasu dba o to, by dziecię nie zboczyło na papkowate manowce muzycznego gówna. Chyba że to tyleż banalny, co brutalny kryzys wieku mojego średniego - ale, jak to mawiamy wielce żartobliwie z małżonką oblataną w angielszczyznę, nie daję kupy.

Tak czy inaczej, korzystając z dobrodziejstw wszystkich tych przepastnych bibliotek kryjących się po internetach w portalach free-streamingowych z muzyką (legalnych, jakby się kto pytał), przypominałem sobie (i Babu) rzeczy z dawna przeze mnie nie słyszane, skazane na przemiał wraz ze zleżałymi, pirackimi kasetami, docierałem (z Babu) do tego, czego zawsze chciałem posłuchać, ale nie było jak. Na ile taki free-streaming doprowadza do sytuacji, w której dochodzi do specyficznej inflacji słuchania (im więcej słucham, tym mniej zapamiętuję - a kiedyś, w czasach kasetowych, z bidy uczył się człowiek na pamięć każdej nuty solówki Jimmy'ego Page'a w Stairway to Heaven, każdego przejścia w Echoes kamandy Pinka Fłojda, zżywał się na dobre i złe z dźwiękami z takim trudem zdobytymi), to temat na osobną dywagację... A ja tu chciałbym się tylko podzielić kilkoma poczynionymi w czasie mojego wakacyjnego usznego buszowania po sieci odkryciami i perełkami. Czasem z pewnym wstydem, bo są to rzeczy zapewne kanoniczne - ale nic nie poradzę; i chyba radzić nie chcę, bo skoro usłyszałem tu i teraz, to widocznie nie mogło być inaczej. Nie bez powodu największy pan od muzyki w polskim radiu, redaktor nad redaktorami, czyli Piotr Kaczkowski, tak często zwykł powtarzać, że nie ma przypadków...

No dobra, to lecimy: uwaga, fonoamatorzy - kanał lewy, kanał prawy...

The Who, The Ox. Ostatni utwór na debiutanckiej płycie zespołu, My Generation, z 1965 roku - czyli rzecz równo sprzed pół wieku... Płyta - wiadomo - została w powszechnym odbiorze zredukowana do tych trzech minut i osiemnastu sekund, które zajmuje kawałek tytułowy, pierwszy rockandrollowy hymn pokolenia. Niesłusznie - może ten pierwszy krążek nie dościga poziomem późniejszych dokonań kapeli: The Who Sell Out, Who's Next, Quadrophenii, obłędnie rozkręconej koncertowej jazdy z Live at Leeds, ale przecież słychać tu wielki potencjał, świeżość, oczyszczającą gówniarską złość. A ten ostatni utwór najpełniej pokazuje, czym było The Who na początku swej działalności, kiedy chyba tylko Stonesi mogli się z nimi równać na ilość skandali, hałasu i zdemolowanych sal koncertowych.
Sekcja rytmiczna - John Entwisle na basie, Keith Moon na bębnach - zasuwa jednym tylko popierdzielonym rytmem jak z bałkańskich poprawin, zagęszcza to gościnnie tłukący w klawisze Nicky Hopkins. A nad wszystkim tym bluzga, kwiczy, skrzeczy, charczy i pierdzi gitara, nad którą nieludzko znęca się Pete Townshend. Ten Townshend... nie był wirtuozem i nawet nie udawał: nie musiał; jego słynny młynek, naparzanie w przesterowane struny z temperamentem godnym jakiego bądź rębajły, zmuszało instrument do wejścia w rejestry najbardziej brudne, pierwotne, prymitywne. Co zasadniczo wystarcza aż nadto.
A wokalista, Roger Daltrey, do którego rebelianckich póz scenicznych i ryków jakoś nigdy śmiesznie nie pasował mi jego najczystszy brytyjski akcent? Cóż, kawałek instrumentalny, więc frontman zapewne pławi się na zapleczu w kolejnym ale.


Cream, Dance the Night Away. O fenomenie tej przedziwnej grupy napisano i powiedziano już chyba wszystko. Że istnieli tylko niewiele ponad dwa lata. Że wydali zaledwie cztery albumy (choć co to za "ledwie" - cztery znakomite płyty, tak jakby średnio jedna na pół roku istnienia), w tym jeden pośmiertnie. Że byli pierwszą w historii muzyki rockowej supergrupą (śmiem twierdzić, że na długi czas jedyną udaną: inne, jak Blind Faith albo The Nice, były tworami nazbyt sztucznymi, które nie były w stanie dźwignąć ambicji poszczególnych swych muzyków, albo też, jak Emerson, Lake and Palmer, gubiły w technicznej biegłości zadziorność i to minimum choćby naturalności, bez którego nie ma dla mnie rocka), jakiej blask najpełniej jaśniał wyłącznie ze sceny. Że oznaczają ważny moment przejścia rocka z instrumentalnej - jednak - naiwności w czasy wielkich wirtuozów. Co oczywiście nie zmienia faktu, że trio złożone z Erica Claptona, Jake'a Bruce'a i Gingera Bakera do dziś nie przestaje zadziwiać - parafrazując słynne powiedzenie tego starego piernika Churchilla: nigdy muzyka rockowa nie zawdzięczała tak wiele czemuś, co istniało tak krótko, nagrało tak mało i złożone było z trzech tylko muzyków.
Na drugiej płycie Cream, być może najlepszej - Disraeli Gears z późnej jesieni 1967 roku - między wielkimi standardami, takimi jak Strange Brew, Tales of Brave Ulysses, no i oczywiście ten największy z największych, Sunshine of Your Love, jest jedno maleńkie cudeńko: właśnie Dance the Night Away. Tytuł - "przetańcz noc" - pasowałby raczej do czegoś ze złotej ery disco; tekst ten tytułowy taniec umetafizycznia, dodaje mu patosu, czyni z niego miłosną siłę rytualną, przenoszącą w wykreowane przez pląs inne światy. Najważniejsza jednak jest muzyka: hipnotyczna, senna, narkotyczna - gdybym miał wytłumaczyć komuś, czym był rock psychodeliczny, nie wahałbym się ani przez moment nad wyborem egzemplifikacji. Kilka ścieżek gitar nagranych przez Claptona zrazu szemrze i pluska, by potem - wraz z jego niepokojąco statycznym, nieziemskim śpiewem - ruszyć w jakiś transowy ruch, na tle wielkich i ciemnych plam basu Bruce'a oraz natarczywej, niskiej, utykającej się czkawki bębnów Bakera. W pewnym momencie osuwa się to wszystko w nutę wyraźnie orientalną (choć nie tak nachalną jak w White Rabbit Jefferson Airplane czy w The End Doorsów) - i płyniemy wszyscy, oszołomieni, przez ciężką, upalną noc w jakiejś opiumowej dżungli niczym z arabeskowych wizji Gustave'a Moreau...  
 




The Byrds, Eight Miles High. Inaczej niż The Who czy Cream, które w annałach muzyki rockowej i w cokolwiek tylko poszerzonej muzycznej świadomości mają zapewnione miejsce stałe, The Byrds funkcjonuje raczej na obrzeżach, choć krytycy muzyczni dość zgodnie twierdzą, że ich podskórny wpływ trudny jest do przecenienia. Do niedawna znałem - jeśli dobrze liczę - tylko trzy ich utwory: brawurową, przestrzenną i jednocześnie osobliwie klaustrofobiczną przeróbkę Mr. Tambourine Man Boba Dylana, efektownie przeniesioną w elektro-folkową, zwiastującą hipisiarskie psychodelie przestrzeń aranżacyjną balladę Pete'a Seegera Turn! Turn! Turn! (To Everything There Is a Season) z tekstem zapożyczonym z księgi biblijnego Kaznodziei i uroczą, zwiewną, kończącą się tak nieoczekiwanie, współstworzoną z Dylanem Ballad of Easy Rider ze słynnego filmu Dennisa Hoppera. Na tle tych pieśni - frapujących pod względem aranżacji głosów i gitar, ale, umówmy się, szalenie banalnych kompozycyjnie i harmonicznie - Eight Miles High ze znakomitego albumu Fifth Dimension z 1966 roku wyróżnia się absolutną nieprzewidywalnością. Gdyby to jeszcze wszystko kończyło się na niepokojącym rytmie i na znużonych, opadających frazach głosu aż czterech wokalistów (Jima McGuinna, Davida Crosby'ego, Chrisa Hillmana i udzielającego się już tylko gościnnie w nagraniach na tym albumie współtwórcy grupy, Gene'a Clarke'a) - wszystko skończyłoby się jak w innych znanych mi utworach The Byrds - ale jest jeszcze dwunastostrunowa gitara McGuinna i to ona, eksplodująca w najbardziej nieoczekiwanych momentach, lokująca się niemal poza melodią, tnąca po bębenkach, wystylizowana na sitar, stęskniona za jazzową wolnością, rozzsadzająca i wyrywająca się na zewnątrz... ona to zatem nie pozwala słuchać spokojnie.



Jeff Beck, Morning Dew. Na wszystkich tych internetowych listach w typie "the best hard rock/heavy metal/reggae/soul/jazz (niepotrzebne skreślić, a w razie potrzeby - listę gatunków wydłużyć ad infinitum) albums ever" pierwsza, czasem nawet druga dziesiątka są najczęściej i w większości dość przewidywalne... ciekawe rzeczy dzieją się później, kiedy zaczynają pojawiać się rzeczy znikliwe, czasem jednorazowe dokonania dziwnych jakichś składów. No i na jednej z takich list, tej hardrockowej, znalazłem debiutancki, wydany przez Columbię w gorącym 1968 roku krążek solowy Jeffa Becka. Artystę znałem do tej pory tylko z tej przedziwnej, efemerycznej formacji The Yardbirds, która w historii zapisała się głównie jako wylęgarnia przyszłych wielkich gitarzystów - Claptona, Page'a, no i właśnie Becka. O jego późniejszych losach, po odejściu z The Yardbirds, nie wiedziałem nic zgoła. A ta pierwsza jego płyta zaintrygowała mnie już samym składem: pomijając olśniewający zestaw muzyków gościnnych (i wspomniani już tutaj Hopkins i Moon znani z pierwszych nagrań The Who, i połowa późniejszego składu Zeppelinów, czyli Page z Johnem Paulem Jonsem), to również w zasadniczym trzonie znalazło się miejsce dla dwóch nazwisk co najmniej elektryzujących - gitarę basową obsługiwał Ronnie Wood, późniejszy drugi gitarzysta Stonesów, a na wokalu udzielał się nie kto inny, jak skądinąd bardzo już podówczas doświadczony Rod Stewart, dziś kojarzony głównie z efektownego odgrzewania amerykańskich pieśni do-kotleta.
Album godny jest tak wielkich nazwisk: muzycznie lokujący się gdzieś między dojrzałym białym bluesem a bardzo wczesnym hard rockiem, zachwyca przede wszystkim swobodą, lekkością, pozytywną korzenną surowością, totalnym brakiem ściemy; słychać, że grają tu muzycy już znakomici w swoim fachu, ale ciągle jeszcze tacy, którym się po prostu bardzo chce. Wszystkie kawałki brzmią tak, jakby po prostu do studia weszła sobie grupa kumpli i zorganizowała radosne, pospieszne jam session. A w Morning Dew - przeróbce utworu mało dziś znanego kanadyjskiego pieśniarza folkowego, Bonniego Dobsona - wszystko to słychać po prostu najlepiej i najczyściej.

 

John Lee Hooker, Tupelo. My wszyscy, zakochani w świętym/potępieńczym rockowym duchu ciężkości - mniej lub bardziej z niego. Gdyby nie on (i - dodajmy gwoli sprawiedliwości - jeszcze gdyby Columbia nie wydała w 1961 roku na płycie King of the Delta Blues Singers przedwojennych sesji nagraniowych Roberta Johnsona, i gdyby nie było tak smutno dziś zapomnianego Alexisa Kornera), nie byłoby Claptona, Zeppelinów, Stonesów, nie byłoby ani Glorii Vana Morrisona i Them, ani ekstatycznych wrzasków Erica Burdona z The Animals... I choć w późniejszych jego nagraniach (znakomitych!) mniej już było tej doskonałej prostoty znanej z pierwszych, najbardziej znanych utworów, chyba do końca swego długiego życia pozostał sumieniem muzyki popularnej, przypominając o jej najgłębszych, zapuszczonych w żyzną, ale i obolałą ziemię Delty korzeniach.
O tym, dlaczego tak niezwykłym doświadczeniem jest dla mnie słuchanie bluesa, próbowałem już tu kiedyś w sposób dalece niedosłowny napisać (Bartleby de Angola: Muzyka pszczół), a w Tupelo, nagraniu z 1961 roku, jest wszystko to, co w bluesie najważniejsze. Zaczyna się powolnym, niskim, ciężkim pulsem gitary akustycznej, co jakiś czas nonszalancko umykającej w kilkusekundowe, zdecydowane i rozwibrowane, podporządkowane gwałtowniejszej emocji śpiewającego pasaże; dołącza się ta tak charakterystyczna dla najlepszych nagrań Hookera sekcja rytmiczna - czyli podeszwy jego własnych butów; i wreszcie doskonale znany, poharatany i głęboki głos... Tu nie ma śpiewu, jest dramatyczny, żałobny recytatyw snujący opowieść o wielkiej powodzi, która w kwietniu 1936 roku spustoszyła tytułowe miasto: "Czyście czytali o powodzi? To było wiele lat temu w Tupelo, w Missisipi. Pochłonęła tysiące istnień" (zabawne: nim wsłuchałem się w tekst Tupelo, byłem przekonany, że ta melodia i ten śpiew mogą być wyłącznie o czymś upalnym). To nie wiersz (podobno zresztą John Lee Hooker był analfabetą), ale właśnie historia snuta przez barda wyklętego ludu amerykańskiej ziemi, jej czarnej soli... Zaczyna się tak, jak wszystkie wielkie opowieści snute od zarania pochodu naszego gatunku przez Ziemię, rytualną formułą znacie? to posłuchajcie. I znów jesteśmy u początków wszystkiego, u początków opowiadającego, ustanawiającego pamięć i zbiorową tożsamość słowa.
Dławiący, ponury utwór. Wszystko zastyga, leci z rąk, zamienia się w słuchanie. Znacie? To posłuchajcie: dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami przyszła wielka woda na Tupelo...

 

Oliver Nelson, Hoe-Down. Żeby nie było monotonnie (a raczej monofonicznie), na koniec coś mniej ciężkiego, czyli jedyny jazzowy numer w tym zdecydowanie rockowym towarzystwie. Rówieśna Tupelo Hookera płyta saksofonisty altowego i tenorowego Olivera Nelsona pod osobliwym tytułem The Blues and Abstract Truth przez znawców jazzu oceniana jest nader wysoko, a przecież w powszechnej świadomości nie ma tego statusu co Kind of Blue Milesa Davisa, The Köln Concert Keitha Jarreta lub A Love Supreme Johna Coltrane'a, by pozostać przy dokonaniach najbardziej zbrązowiałych w pomniki... Tymczasem Nelson nagrywający swój pierwszy album dla Impulse! miał już na koncie kilka solowych krążków i owocną współpracę z takimi tuzami jak Quincy Jones, Count Basie, a nawet sam Duke Ellington - i wydał płytę rzeczywiście znakomitą, nagraną przez septet, w którego skład weszli między innymi znakomity saksofonista altowy Hank Mobley, wsławiony karierą w pierwszym wielkim sekstecie Milesa pianista Bill Evans czy nierozerwalny duet rytmiczny w osobach Paula Chambersa i Roya Haynesa.
Czemu jednak właśnie Hoe-Down, czemu nie otwierający nagranie, nieśmiertelny evergreen Stolen-Moments? Z powodu niewiarygodnie porywającego otwarcia, które ustawia całe właściwie słuchanie... Zwykło się uważać, że wyraziste riffy to domena muzyki rockowej: Smoke on the Water Deep Purple, Satisfaction Rolling Stonesów, Whole Lotta Love Zeppelinów, rzecz jasna Johnny B. Good Chucka Berry'ego - i oczywiście mnogość tych wszystkich innych, które łączy tylko jedno: że od pierwszej nuty na dowolnym koncercie publiczność wylatuje w kosmos (całkiem niedawno do tych riffowych źródeł rocka próbował powrócić Jack White, głównie w nagraniach z The White Stripes - próbował z powodzeniem, skoro słuchacze w czasie występów duetu wyręczali gitarę Jacka nucąc gromadnie motyw, na którym opierała się Seven Nation Army). No, może jeszcze ewentualnie w bluesie: te cztery nuty zesłane przez Boga Williemu Dixonowi  na użytek Hoochie Coochie Man... Ale jazz wydaje się postronnym nazbyt ambitny, elitarny i skomplikowany - tymczasem i on ma swoje frazy otwarcia, które zapamiętuje się raz na zawsze i oddycha nimi przy każdym odsłuchu, które pozwalają rozpoznać jakiś kawałek w dowolnej, najdzikszej nawet przeróbce. Któż nie potrafi zanucić pięciu dźwięków kontrabasu Chambersa, od których zaczyna się Milesowe So What? Kto nie przyłapał się na mimowiednym poruszaniu palcami powtarzającymi fortepianowe tremolo Evansa z All Blues. A Chuck Mangione i jego przecudny ni to soundtrack, ni to jazzowy album koncepcyjny Children of Sanchez z tym potężnym płomieniem wybuchającym gdzieś w połowie utworu Children of Sanchez Overture, kiedy zawsze gna się do radia, by zgłośnić ile się tylko da?
No i taki właśnie jest Hoe-Doe Nelsona. Tyle i aż tyle. Złośliwie można by dodać, że cała reszta tego nieprzesadnie długiego utworu nie jest warta słuchania, co oczywiście byłoby skandaliczną nieprawdą, ale fakt pozostaje faktem: pamięta się  tych pierwszych czterdzieści parę sekund, kiedy nóżka aż się rwie w tan.