piątek, 25 września 2015

Polskie obozy (językowej) zagłady

O tym, o czym chcę tu napisać, prawdopodobnie napisano już wszystko. A jeśli nawet nie, to pewnie napisze się, nim skończę. Trudno, i tak będę pisał. Mam taką siłę fatalną, wierny owemu protoineligenckiemu j'accuse, "oskarżam" Emila Zoli, przeświadczony, że mówić i pisać trzeba, choćby (jak się najpewniej przydarzy) owemu pisaniu pies z kulawą nogą się nie przyjrzał, nawet po to, by podnieść tylną łapę. Bo gdybym nie napisał, to tę tylną łapę mógłbym śmiało podnieść sam na siebie.

Od razu mówię: to, co chcę powiedzieć, wynika z obserwacji jednego tylko miejsca w sieci, ale miejsca szczególnego, czyli Facebooka; tej sieci w miniaturze, w kompakcie, realizującej niemal w pełni już dziś marzenie swego założyciela, Marka Zuckerberga, by nadszedł taki dzień, że fejs zastąpi sieć jako taką, że wszystkie netowe dobrodziejstwa: wiadomości, rozrywkę, muzykę, film, komunikację, pocztę ludzie będą mieli w najlepszej jakości dostępne właśnie tu, na tym li tylko zabawowym ongiś portalu społecznościowym. Tak zatem nie prowadzę monitoringu internetu, ale mam podstawy sądzić, że to, co oferuje mi Facebook, jest próbą dalece bardziej niż reprezentatywną - tak sieciowej treści, jak i formy, jak i (co najważniejsze) pewnego uśrednienia bycia-online.



O czym jednak chcę pisać? Oczywiście: o przybyszach z Afryki i Azji (celowo nie piszę ani o "emigrantach", ani o "uchodźcach", świadom, że te tak obciążone znaczeniami słowa najprędzej zwracają się przeciwko piszącemu). Generalnie wiadomo, o co chodzi: ludek internetowy podzielił się na tych, co są za, i tych, co przeciw. Ci absolutnie "na tak" opowiadają się (sięgając głównie po argumenty natury etycznej i powołując się na konieczność spłaty kolonizacyjno-imperialistycznych win) za bezwarunkowym przyjęciem wszystkich uchodźców - ci całkowicie "na nie" grają na ekonomiczno-kulturowych lękach i żądają całkowitego zamknięcia Europy przed migrantami (uwaga: w powyższym zdaniu słowa "uchodźca" i "migrant" są użyte w pełni świadomie jako sklejone na stałe już to z jednym, już to z drugim dyskursem).



Ani jedni, ani drudzy - jako ekstrema - nie mają racji. Zamknięcie granic Europy przed napływem przybyszów, próba rozciągnięcia jakiejś doskonale szczelnej europejskiej rabbit-proof fence jest niemożliwe z przyczyn choćby tylko praktycznych: skutkowałoby wyłącznie powieleniem tego, co znamy z granicy amerykańsko-meksykańskiej w wersji nieporównanie większej (tak co do ilości, jak i co do jakości). Gęste patrole morskie? Mur i zasieki pod napięciem wzdłuż wszystkich południowych wybrzeży? A co z tymi, którzy będą próbowali wedrzeć się na siłę? Wyłapywać i na siłę deportować? Czy może od razu strzelać? A ci, którzy jednak się przedrą, co z nimi? Znów przymusowe deportacje? Internowanie? Oczywiście, druga strona, miłośnie rozwierająca ramiona i żądająca przyjmowania wszystkich, bez kontroli i stawiania jakichkolwiek warunków, również paskudnie błądzi - taka polityka (a raczej jej brak) doprowadziłaby może nie do katastrofy, ale z całą pewnością do napięć w przestrzeni zatrudnienia, opieki zdrowotnej i socjalnej, demografii i mieszkalnictwa, relacji sąsiedzkich; jej najbardziej prawdopodobnym efektem byłoby wyłącznie powiększanie się gettoidalnych przestrzeni wyuczonej bezradności i społecznej izolacji, naturalnej wylęgarni skrajnych postaw światopoglądowych.

Pomiędzy tymi dwoma biegunami (cynicznym i idealistycznym) rozciąga się oczywiście ogromne spektrum dysputy oferującej mniej lub bardziej skłaniające do refleksji, możliwe do pomyślenia rozwiązania kwestii przybyszów. Pojawia się słuszna krytyka dramatycznie niewydolnej polityki głównych rozgrywających kontynentu i groteskowego niedowładu instytucji unijnych; słychać głosy domagające się realnego przemyślenia idei solidarności europejskiej, by mogła ona służyć efektywnej kontroli napływu mas ludności i sprawiedliwemu obciążeniu państw członkowskich; nie do końca niedorzecznie brzmią wezwania, by Zachód wreszcie zaczął aktywnie przeciwdziałać negatywnym skutkom arabskiej wiosny, tym samym doprowadzając do normalizacji, która mogłaby powstrzymać emigrancką i uchodźczą falę; papież Franciszek domaga się miejsc dla przybywających w parafiach, sanktuariach i klasztorach, co wydaje się rozwiązaniem tyleż idealnym, co nierealizowalnym (z uwagi na opór materii ludzkiej, kulturowej i politycznej): takie rozparcelowanie przybyłych umożliwiłoby najpełniejsze monitorowanie rodzenia się nastrojów fundamentalistycznych w małych i świetnie samorzutnie zorganizowanych społecznościach katolickich; również wznawiana na niektórych europejskich granicach kontrola (byleby przeprowadzana była z poszanowaniem godności osobistej każdej jednostki) nie daje powodów do alarmu, wszak niezbywalnym i zdroworozsądkowym prawem każdego państwa jest posiadanie wiedzy o tym, kto przybywa, czego chce i czego można się po nim spodziewać...



Dlaczego zatem, mając do wyboru tak szerokie pole sugerowanych przez ludek fejsbuczny konceptualizacji, postaw i odpowiedzi, przychylam się jednoznacznie do tych zdecydowanie proimigranckich i prouchodźczych? Przecież nie chodzi tylko o awersję, jaką rodzą we mnie wezwania, by wszyscy ci tchórzliwi arabscy i kurdyjscy faceci, którzy rzekomo uciekają przed wojną, wracali skąd przyszli i z kałaszami w ręku bronili swych racji, ojczyzn i rodzin - co w wersji łagodnej kojarzy mi się z obrazkiem wujka Stalina, przesuwającego, niczym w słynnym songu Jacka Kaczmarskiego, strzałki fajką po mapie, a w wersji ostrej doprowadza do szału, kiedy okraszone jest buńczucznym porównaniem: "niech zrobią tak jak my w 1939", podczas gdy ta arogancka pierwsza osoba liczby mnogiej używana jest w ogromnej większości przez gówniarzerię, która nawet rachityczną opresję systemu w schyłkowym PRL-u zna jedynie z domowych klechd, a wojny uczyła się zwiedzając Muzeum Powstania Warszawskiego i rzucając z zasłoniętym szalikiem pyskiem race na policjantów podczas kibolskich burd. Nie chodzi też nawet o apokaliptyczne wezwania do obrony europejskiej i polskiej, dziewiczej supremacji kulturowej przed gwałtem multikulti, sztukowane pseudouczonymi wywodami na temat fiaska owego multikulti na zachodzie Europy - podczas gdy wystarczy nieco bardziej poszerzona perspektywa historyczna, by dostrzec, że, po pierwsze: Europa jest w najgłębszych swych korzeniach bytem egzemplarycznie multikulturowym (który bez gąbczastej chłonności na inność dawno już by się zdegenerował w monstrum powstałe z chowu wsobnego cywilizacyjnych genów; śmiesznie brzmi lęk przed multikulti zwłaszcza spod klawiatur Polaków, sukcesorów lokalnego mocarstwa, którego przestrzeń w latach największej świetności współtworzyli Polacy, ale też Niemcy, Italczycy, Czesi, Węgrzy, Rusini, potomkowie Bałtów, Ormianie, Żydzi, Wołosi...), po wtóre: że nazywanie polityką multikulturową bezrefleksyjnego przyjmowania taniej siły roboczej w aroganckim przeświadczeniu, że obcy o niczym innym nie marzą jak o padnięciu na twarz przed fallusem naszej pięknej kultury panów, jest co najwyżej śmieszne, po trzecie wreszcie: że to nie multikulti jest fanaberią naszych upadłych czasów, ale raczej właśnie utopia jakiejkolwiek (narodowej, etnicznej, klasowej) homogenii, skrajnie nienaturalna i rzadko osiągana inaczej niż na drodze bezpośredniej policyjno-wojskowej opresji. We wszystkim tym, owszem, dostrzegam nade wszystko źle zamaskowaną, opisaną przez Julię Kriestevą ekonomię konstytuowania innego jako abiektu, wy-miotu bądź po-miotu, silnego w swej tożsamości siłą wstrętu, który budzi, ale wciąż jeszcze to nie o to chodzi... Bo przecież nie mogę też nie dostrzegać drugiej strony - roszczeniowych i wandalskich zachowań dużej części przybyłych, doniesień medialnych cenzurowanych i manipulowanych na użytek emocjonalnej lewackiej (w najgorszym tego słowa znaczeniu) propagitki, zalewu podpisów na petycjach bez pokrycia nakłaniających do działań bez perspektyw i wyobraźni, infiltracji mas imigranckich i uchodźczych przez fundamentalistów planujących prowadzenie dżihadu przy użyciu broni D, niejasnej gry Brukseli rozgrywanej pod pozorami wymuszania na niektórych państwach członkowskich Unii źle rozumianych zachowań solidarnościowych. Pewnie, dużo tych alarmistycznych doniesień to akurat taka sama lipa jak ta po lewo, ale niech czwarta jej część będzie prawdą, to i tak nie można udawać, że problemu nie ma. Bo jest. Wystarczy zresztą minimalna zdroworozsądkowa orientacja w realiach życia w Europie i w sprawach islamskiej filozofii bycia w niemuzułmańskiej cywilizacji, by zdać sobie sprawę, że nie założymy tu wspólnie żadnej nowej Christianii.

O co zatem chodzi? Czemu ja i wielu moich facebookowych kompanów nie ulega apelom, by "włączyć myślenie", by "nie ulegać podporządkowanym syjonistycznej poprawności politycznej reżimowym mediom"? Piszemy posty, zapisujemy się do grup, podpisujemy te bezsensowne petycje, lajkujemy, komentujemy wypowiedzi nie do nas skierowane, dyskutujemy, rezygnujemy ze znajomości, których nagle zaczynamy się wstydzić, linkujemy artykuły, zdradzamy część swoich poglądów: katolicy aprobują poglądy walczących antyklerykałów, radykalni lewicowcy przyklaskują gestom biskupa Rzymu, łapiemy się na lep fotograficznych emocji. Czemu tak?... Bo przecież tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o wyrazy wsparcia i współczucia dla przybyszy... No to czemu, pytam raz jeszcze?



W słynnym reportażu ze strajków w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku Ryszard Kapuściński stawia prowokacyjną tezę: że w tym wielkim, uwieńczonym Solidarnością zrywie, w każdym z dwudziestu jeden postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - od tego najsłynniejszego, o powołaniu niezależnych związków zawodowych, po te zupełnie dziś niezrozumiałe bez ich doraźnego kontekstu, o podniesieniu dodatku za rozłąkę czy o zwiększeniu wymiaru urlopu wypoczynkowego dla robotników pracujących w systemie czterozmianowym - chodziło tylko o jedno, o to, że w Stoczni w tamte gorące dni rozegrała się (również i przede wszystkim) "batalia o język, o nasz język polski, o jego czystość i jasność, o przywrócenie słowom jednoznacznego sensu, o oczyszczenie naszej mowy z frazesów i bredni, o uwolnienie jej z trapiącej plagi - plagi niedomówień". Ilustruje to Kapuściński przykładami, które przytaczam w brzmieniu dosłownym, bo mówią więcej i konkretniej niż jakiekolwiek moje parafrazy: "Przewodniczący MKS: 'Prosimy przedstawiciela rządu, aby ustosunkował się do naszych postulatów'. Przedstawiciel rządu: 'Pozwólcie, że odpowiem na nie ogólnie'. Przewodniczący MKS: 'Nie. Prosimy o odpowiedź konkretną. Punkt po punkcie'. Ich naturalna nieufność do odpowiedzi ogólnych, do języka ogólnego. Ich protest przeciw wszystkiemu, co trąci fałszem, luką, wciskaniem kitu, rozmywaniem, kluczeniem. Występowali przeciw zdaniom zaczynającym się od słów: 'Jak sami wiecie...' (właśnie nie wiemy!), 'Jak sami rozumiecie...' (właśnie nie rozumiemy!)". Tę batalię jeszcze lapidarniej opisał w swoim pięknym wierszu Sierpień '80 (znakomicie później umuzycznionym i wyśpiewanym wespół z Małgorzatą Zwierzchowską przez Olka Grotowskiego) Andrzej Waligórski: "Pamiętajmy więc te noce nieprzespane / I te bramy fabryczne wśród kwiatów / Gdy przestała naraz być sloganem / Dyktatura proletariatu".

Na marginesie: zastanawiam się czasem, jak bardzo oddalamy się od rozumienia fenomenu Solidarności uciekając właśnie w ogólnik, w zaokrąglający wszystkie kanty mit, zmieniając najczystsze piękno zrywu skrzywdzonego przez władzę, surowego robociarskiego rozsądku w fałszywą narodowowyzwoleńczą laurkę... Jest taka scena w Człowieku z żelaza Andrzej Wajdy, filmie, który - tuż obok Etyki solidarności Józefa Tischnera - jest bodaj najbardziej przenikliwą analizą bezprecedensowego zjawiska, jakim była pierwsza, wielka "S": na pytanie granego przez Mariana Opanię dziennikarza o ideały solidarnościowe, Krystyna Janda/Agnieszka odpowiada pytaniem, czy wie, jakie są warunki pracy spawacza w podwójnym dnie statku. Dziennikarz oczywiście się żacha, on - jako rozdarty między pragmatyzmem a fascynacją intelektualista - wie przecież, że to musi być coś więcej, że nie może chodzić o taki banał... Tymczasem Agnieszka uparcie mówi, że chodzi właśnie o to. Że kto tego nie zrozumiał, nic nie zrozumiał.



No dobra, ale o jakiej facebookowej batalii o język mam zamiar tu mówić? To proste: chodzi o sprzeciw wobec niewiarygodnego zdziczenia sposobu traktowania przybyszów w dyskursie forów, mediów społecznościowych, komentarzy pod doniesieniami medialnymi. Wiadomo, o czym mowa, nie ma sensu przytaczać konkretnych przykładów: generalnie mam na myśli wszystko to, co odwołuje się wprost do nazistowskiego korpusu pojęciowego związanego z Zagładą, każdy jeden przykład sprowadzania przybywających do rangi rasowo napiętnowanych podludzi ("czarnuchów"), których - jako że nie przysługuje im pełnia praw ludzkich - należy poddać ostatecznemu rozwiązaniu ("szczuć psami", "wystrzelać", "zagazować", "wysłać do pieców", "zamknąć w obozach koncentracyjnych"). Nie chciałbym tu uprawiać domorosłej psychoanalizy nas wszystkich, ale wydaje mi się, że nie rozminę się zanadto z prawdą, gdy sprawę postawię tak właśnie: na poziomie świadomości różne były racje, które przemawiały w nas raczej (raz bardziej-raczej, raz mniej-raczej) za przyjmowaniem przybyszy z bliskowschodnich kręgów piekielnych, racje ekonomiczne, światopoglądowe, kulturowo-cywilizacyjne, religijne, etyczno-moralne; ale tak naprawdę zza każdej z tych świadomie artykułowanych racji wyzierał ten sam nieświadomy gest najgłębszej odrazy, przeświadczenie dotknięcia czegoś ohydnego. Jak robotników w sierpniowej Stoczni, którym czasem bardziej chodziło o zwolnienie aresztowanych kolegów, a czasem o obniżkę ceny papierosów, ale których zawsze jednoczyła - zdaniem autora Cesarza - niezgoda na załgiwanie rzeczywistości, tak nas: antyklerykałów i czytelników Ojców Kościoła, prolajferów i proczojsowców, cynicznych platformersów i entuzjastycznych zielonych, oburzonych i pokolenie JPII, wszystkich nas zatem złączył gest nienegocjowalnego, zerojedynkowego sprzeciwu wobec tej potwornej językowej ohydy i obrzydlistwa...

Nie bez powodu już po raz wtóry mówię o ohydzie i odrazie - i chciałbym bardzo mocno podkreślić, że osobiście odczuwam ten potworny upadek języka absolutnie fizycznie, tamuje mi on oddech niczym smród ścierwa; czuję się jak bohaterowie Lovecrafta, którzy widząc ową skrajnie nienaturalną, niesamowitą w całkowicie freudowskim sensie, "cyklopową" well-nigh blasphemous architecture wzniesioną przez Great Old Ones, doświadczają gdzieś poza, ponad i popod swoim rozumem najwyższej trwogi i właśnie największego obrzydzenia...

Kiedy przeto myślę o obrzydliwości, to o takiej, która dobrze ponad sto razy pojawia się w Księdze: już to w formie rzeczownikowej, toʽewáh, już to jako czasownik "brzydzić się czegoś", taʽáw. Najczęściej chodzi o kogoś, kto popełnia coś tak niezgodnego z Prawem, że musi zostać wykluczony spośród tych, których Jahwe wyróżnił swoim Przymierzem - i jest to jak najbardziej zgodne z podstawowym, kolokwialnym rozumieniem obrzydliwości: jeśli coś nas brzydzi (dla mnie będą to - sięgam po przykład niestosownie trywialny - flaczki, salceson, żołądki czy rozgotowana brukselka), to tego nie przełkniemy, a jak przełkniemy, to zwrócimy; pamiętam z dzieciństwa, że zamiennikiem słowa "obrzydliwe" było jeszcze bardziej jednoznaczne określenie: "odrzucające"... I dokładnie tak doświadczam języka Zagłady używanego do mówienia o uchodźcach i emigrantach, zwłaszcza w jego wersji najbardziej plugawej, czyli jakoby żartobliwej, powielanej w memach z bramą Auschwitz opatrzoną podpisem "zapraszamy imigrantów" i emotikonowym uśmieszkiem - jako czegoś, co wyklucza używającego z mojej wspólnoty, jako czegoś nieznośnie i niewyobrażalnie przeciwnego najbardziej rudymentarnym wartościom, na których ufundowana jest istotna tożsamość naszego kontynentu.

Z najwyższym niepokojem patrzę też, jak coś, co było do tej pory w sposób milczący postrzegane jako zakazane przez pewien językowy obyczaj, przerywa tamę milczenia i rozlewa się cuchnącym szambem już nie tylko po Facebooku, nie tylko po sieci jako takiej, nie wyłącznie po ekstremistycznych mediach drukowanych, ale też wychodzi na ulice, wyrykuje się pod biało-czerwonymi flagami w czasie różnego rodzaju wieców sprzeciwu... Dla porównania: co roku na 11 listopada, przy okazji tak zwanego Marszu Niepodległości, Polska pogrążała się w scholastycznej dyskusji o ilości diabłów na łebku szpilki: lewicowi aktywiści oskarżali organizatorów manifestacji o faszyzm, ci zaś bronili się, że nacjonalizmowi bliżej do patriotyzmu niż faszyzmu, że brunatna retoryka to wyłącznie sprawa elementu skrajnego, który owszem, na marszu się pojawiał, ale był tam zjawiskiem marginalnym, sztucznie nadmuchiwanym przez niechętne organizatorom zajścia media. I jakkolwiek - najdelikatniej mówiąc - wstrętne są mi poglądy głównych organizatorów marszu (podobnie jak nigdy nie pojmę naiwności tysięcy tych, którzy maszerują twierdząc, że oni tylko "okazują patriotyzm" i nie utożsamiają się z Ruchem Narodowym, a nie widzą, że są przez ten Ruch cynicznie rozgrywani do legitymizowania jego działań), to na poziomie logicznym, prawnym i retorycznym trudno im cokolwiek zarzucić... Oczywiście, nie kieruje nimi bynajmniej awersja do faszyzmu, który przecież tak czy inaczej reaktywują, ale pewna małostkowa i tchórzliwa w istocie rzeczy odmiana wstydu: obawa, że oficjalne sięganie po współczesną odmianę tego, co Victor Klemperer w swym porażającym eseju nazwał LTI, Lingua Tertii Imperi, doprowadzi do społecznej stygmatyzacji, zostanie uznane za toʽewáh, za co karą może być tylko wykluczenie z oficjalnego obiegu, wyrugowanie z akceptowalnego uniwersum politycznego, czyli depolityzacja, czyli usunięcie poza granice polis. Teraz jednak runęły ostatnie tamy przyzwoitości: coś, czego doświadczalnym poligonem był nie tak dawny sieciowy odwet na Ukrainie, gdzie jakoby w imię obrony historycznej prawdy o Wołyniu i Banderze sięgano bez skrupułów po resentymentalny i rewanżystowski język symbolicznej przemocy polskiego "pana" wobec hajdamackiego "chama", dziś już rozrosło się do rozmiarów Blitzkriegu, wojny totalnej i taktyki spalonej ziemi. Ci sami Polacy, którzy gotowi są wypowiadać wojnę Niemcom i Amerykanom za pochopne użycie skrótu myślowego o "polskich obozach zagłady", bez jakiegokolwiek poczucia elementarnej choćby niestosowności przerzucają się doskonalne znanymi z praktyki nazistowskiej pomysłami na Endlösung kwestii uchodźczej i imigranckiej, nie zauważając, że tym samym przywdziewają na siebie mundury Einsatzgruppen.


To musi budzić opór - i budzi: już teraz widać, że nieuchronne będą niezaleczalne pęknięcia, ostateczne zerwania, wykluczanie.
Pierwszy ich wymiar może się wydawać nieistotny i szczeniacko namiastkowy: chodzi o ruch manifestacyjnego usuwania z grona swoich fejsbukowych znajomych osób wygłaszających w wiadomej kwestii poglądy jawnie eksterminacyjne. I nie lekceważyłbym tego: jak bardzo źle się kończy niedocenianie portali społecznościowych, przekonali się nie tak dawno satrapowie rządzący Libią czy Egiptem - to raz; dwa - w wewnętrznym światku Facebooka taki gest ma swoją wagę, wszak tu jedną z podstawowych racji sieciowego bytu zawsze było (mniej lub bardziej rozsądne) mnożenie znajomości, czemu towarzyszyła radykalna demokratyzacja języków, wszyscy chyba jak najszerzej otwierali granice swej tolerancji, akceptując to, że partycypują w nieznającej granic logice wirtualnego Hyde Parku. Tymczasem jednak okazało się, że takie granice istnieją, że są racje, w imię których należy się przeciwstawić podstawowej zmiennej określającej bycie-na-fejsie, że z pewnymi poglądami (a raczej ze sposobem ich artykulacji) - niczym z terrorystami - nie ma negocjowania.
Wymiar drugi okazać się może dalece bardziej brzemienny w skutki: chodzi o wyraźne pęknięcie między chrześcijaństwem odwołującym się do pierwotnego imperatywu absolutnego, absurdalnego miłosierdzia, które musi poprzedzać wszelką debatę i każdą wątpliwość a katolicyzmem plemiennym, oddanym w niewolę wyższej sankcji narodowej, integrystycznym, elitarystycznym i eksterminującym (czyli - etymologicznie - "usuwającym poza swoje najdalsze granice), skrajnie upolitycznionym. Czyli katolicyzmem - powiedzmy to otwarcie - budzącym nie mniejsze doktrynalne i teologiczne wątpliwości, co tak mocno ongiś piętnowana przez Jana Pawła II, lewacka teologia wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej. Temu pierwszemu argumenty daje do ręki nie kto inny, jak sam biskup Rzymu, papież i ziemski namiestnik chrystusowy, Franciszek - a sekunduje mu (wykazując się wcale nie tak oczywistym dla siebie ewangelicznym radykalizmem) polski episkopat, a przynajmniej znakomita jego większość. I ci, którzy mienią się katolikami, a jednocześnie sięgają w stosunku do przybyłych po retorykę narodowosocjalistycznej deprecjacji, są w kropce - bo przecież samo otwarte przeciwstawienie się papieżowi niebezpiecznie blisko sąsiaduje ze schizmą... Cała ta sytuacja potwierdza zresztą rzecz oczywistą, a przez wszystkich traktowaną jako niemożliwa: że dla radykalnego nacjonalizmu nie ma miejsca w przestrzeni fundamentalnych wartości chrześcijańskich, a tym samym - w Kościele Katolickim. Jak bowiem pogodzić z Ewangelią przyzwolenie na przemoc, uznawanie wyższości pierwiastka narodowego bądź etnicznego nad ludzkim, który w chrześcijaństwie zawsze definiuje się jako dążący do zbawienia, redukowanie skrajnie uniwersalistycznego i internacjonalistycznego sensu apostolskiego ("katolicki" znaczy wszak "powszechny") do unarodowionego mesjanizmu drugiej świeżości? Niewykluczone zatem, że konsekwencją tego, jak zareagował na obecny kryzys demograficzny Kościół mówiący głosem swego zwierzchnika (a zatem - przypominam - głosem samego Ducha), będzie konieczność dokonania wyboru - albo faktyczne bycie chrześcijaninem, którego Bóg rozliczy wyłącznie z depozytu nieznających Greka ni Żyda, niewolnika ni wolnego czynów miłości, albo nacjonalizm, który pozbawiony szczudeł tak nienaturalnej dla siebie retoryki chrześcijańskiej, stanie się etycznie jeszcze bardziej podkulawiony, niż jest teraz.

A czemu - prócz obrzydzenia - jeszcze ohyda? Bo to - jak wiadomo, choć wciąż jeszcze wiadomo nie dość - ostatnie słowa Kurtza z Jądra ciemności. To oryginalne angielskie horror bywało tłumaczone jako "ohyda" właśnie, bywa dziś częściej wykładane jako "groza", choć najwłaściwsza byłaby chyba "zgroza", czyli i jedno, i drugie na raz... Z oczywistych, jak sądzę, względów sięgam tu właśnie po "ohydę" - ale to ostatecznie sprawa drugorzędna. Bo najważniejsze jest to, że tym słowem Kurtz (na którego istotę - jak powiada Conrad - "złożyła się cała Europa") sumuje swoje życie, którego największym dziełem miało być stworzenie w głębi kongijskiej dżungli doskonałego państwa - państwa, które okazało się być prototypem lagru. Jeśli więc cały wysiłek cywilizacyjny oświeconego Kurtza skończył się ohydą - to taką samą ohydą jest język, o który (precyzyjniej: przeciwko któremu) batalię tu i gdzie indziej wespół z mymi często anonimowymi brothers in arms toczę: język eksterminacji, którym niektórzy bronić chcą europejskości. Europejskości - w tym języku, przez ten język - obrzydliwej i ohydnej.



Ten właśnie opór - jak i każdy inny - wobec horror toʽewáh będzie narastał: bo mocno wierzę w to, co w jednym z wywiadów zgromadzonych w książce Życie to jednak strata jest Andrzej Stasiuk (ach, znów ten Stasiuk - czy ten blog, o czym pisałem ongiś, nigdy się od jego fatalnego wpływu nie uwolni?) mówi Dorocie Wodeckiej: że Polak jednak jest organicznie niezdolny, emocjonalnie niedojrzały do stworzenia zaplanowanej, postrzeganej w fałszywie nietzscheańskiej optyce odczłowieczonego nadczłowieczeństwa, zbiurokratyzowanej machiny Zagłady na wzór nazistowski. Dlatego dopóki sprzeciw wobec uchodźców i migrantów pozostawał w kagańcu nałożonym przez pewne językowe tabu, dopóty miał siłę przekonywania - teraz jednak wykonał gest samobójczy i przeciwskuteczny: bo coraz więcej Polaków, wstrząśniętych bezprecedensowym zwyrodnieniem dyskursu, będzie przechodziło (z tą tak charakterystyczną dla naszej duszy, skrajnie dwubiegunową labilnością psychiczną - ta diagnoza to znów Stasiuk) na stronę bezwzględnego poparcia dla przybyszów. Nie, nie dlatego, że nagle ktoś przedstawił im jakiś koronny argument "za": ze strachu, że to już zaszło za daleko, że robimy to, co pozostawionym przy życiu żołnierzom Hitlera gotowało żydowskie komando ze znakomitych Bękartów wojny Quentina Tarantino - sami sobie wyrzynamy na czole hakenkrojce, nieusuwalne niczym obrzezanie, to znamię świętej przynależności, znaki najwyższej hańby.

Bo mimo tego mojego - owszem, mocnego, ale też mocno warunkowego - optymizmu, jest się czego bać. Niektórzy z pewnością powiedzą, że przereagowuję, że to wszystko to przecież tylko takie sobie kłapanie, gównoburza liczących naiwnie na anonimowość hejterów. Otóż - niekoniecznie... Hannah Arendt - zarówno w Eichmannie w Jerozolimie, jak i w Korzeniach totalitaryzmu - pokazuje, że do ludobójstwa nie jest potrzebne żadne metafizyczne, demoniczne zło: wystarczy paranaukowa teoria (rasowa, klasowa czy jakakolwiek inna) pozwalająca wykluczyć z pełni praw określoną grupę społeczną i sprawna machina biurokratyczna, która zdejmie z jednostki część indywidualnej etyczno-moralnej odpowiedzialności - i już podrzędny urzędniczyna zamienia się w kata milionów... Z pewnością wielu widziało filmik, na którym sympatyzująca z nacjonalistami węgierska dziennikarka na oczach wielu podkłada nogę przybyszowi biegnącemu z dzieckiem na ręku - a przecież dziecko to najsilniejsze alibi, najmocniejszy argument przeciwko bezpośredniej przemocy: sam, spacerując z synem, zapuszczam się bez lęku w zaułki osiedla, które są samym id tej krainy, w której obcy ginie, bo wiem, że mogę liczyć na chwilową choćby nietykalność (na marginesie: odpowiedź na pytanie, dlaczego jednym z pierwszych wystrzałów w opisywanej tu batalii było słynne już zdjęcie utopionego w czasie próby dostania się do Europy, trzyletniego Aylana Kurdiego, jest właśnie taka - nie chodziło tu o drastyczność samej fotografii, o dzielone z Iwanem Karamazowem przeświadczenie, że cierpienie dziecka nicuje sens wszechświata, o bezsilną bezwzględność wściekłości i rozpaczy wszystkich patrzących na zwłoki malca rodziców; poszło o zgrozę, jaką budził zalew komentujących zdjęcie, egzemplarycznie nazistowskich wynurzeń i szyderstw). Jak zatem się nie bać, skoro już teraz w imię ideologii kobieta rezygnuje z najbardziej oczywistych, najbardziej ludzkich (a nawet zwierzęcych), najbardziej europejskich odruchów? Czy naprawdę tak daleko jesteśmy od zamiany przemocy słowa w przemoc czynu i przemoc instytucji? W świetle rozpoznań Arendt - wcale niedaleko, przerażająco wręcz blisko: pierwszym aktem każdego ludobójstwa jest stygmatyzacja, a ona zaczyna się zawsze w języku...
Julius Streicher był w III Rzeszy redaktorem i wydawcą "Stürmera", tygodnika, którego najgłówniejszym celem było propagowanie (w formie skrajnie zwulgaryzowanej) urzędowego antysemityzmu. A zatem Streicher to wyłącznie wyrobnik słowa - a przecież w Norymberdze zasiadł na jednej ławie oskarżonych z o wiele bardziej jednoznacznymi i oczywistymi architektami i wykonawcami hitlerowskich planów wojennych i eksterminacyjnych, z Göringiem, Kaltenbrunnerem, Ribbentropem... W uzasadnieniu wyroku na Streichera - które cytuję za ohydnym i obrzydliwym, fascynującym Dziennikiem norymberskim G. M. Gilberta - czytamy między innymi: "[...] Wiedząc o eksterminacji Żydów na okupowanych terytoriach wschodnich, Streicher nadal pisał i publikował swoją propagandę śmierci [...] Podżeganie do mordowania i eksterminacji w czasie, gdy Żydzi na Wschodzie byli zabijani w najstraszliwszych warunkach, w sposób oczywisty stanowi prześladowanie na gruncie politycznym i rasowym przez nawiązanie do zbrodni wojennych w sensie zdefiniowanym w Karcie Londyńskiej oraz jest zbrodnią przeciwko ludzkości".
Tak uzasadniony wyrok nie na mordercę, nie na wojskowego rozkazodawcę umundurowanych katów, nawet nie na administracyjnego zarządcę któregoś z trybów nazistowskiej maszynerii unicestwiania, ale na zwykłego pismaka, na urzędowego hejtera Rzeszy - był wyrokiem śmierci. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w swej surowości zrównał słowo nawołujące do mordu, mord uzasadniające, nobilitujące i rozgrzeszające z samym mordem.

Z tym wszystkim związany jest jednak jeszcze jeden mój lęk: lęk przed tym, z jaką łatwością język nienawiści - a wszak Lingua Tertii Imperii to najczystsza emanacja nienawiści; właśnie najczystsza, bo jest to nienawiść wyzbyta indywidualności, emocjonalności i przygodności, podniesiona do rangi moralnego imperatywu, rozmieniona na sumienność urzędniczych zatrudnień, przybrana w maski wzniosłej żołnierskiej powinności - infekuje, jak bardzo jest toksyczna (podobno Julius Streicher, nawet stając już 16 października 1946 roku pod stryczkiem na zapadni szubienicy w norymberskim więzieniu, nie mógł odmówić sobie wzniesienia okrzyku sieg hail!). Sam się o tym przekonałem nader boleśnie, gdy - powodowany wilczymi emocjami - w ferworze fejsbukowej dyskusji stwierdziłem, że być może problem hipotetycznego przeludnienia Europy żywiołem muzułmańskim należy rozwiązać odsyłając do obozów koncentracyjnych tych, którzy sami wzywają do gazowania i palenia. Co prawda myślałem o obozie koncentracyjnym już to w kategoriach metafory nie uśmiercania, ale foucaultowskiego z ducha, radykalnego ekskludowania z przestrzeni ufundowanej na pewnych wartościach elementu wartości te negującego w samych ich rudymentach, już to jako o czymś w rodzaju contrapassio Akwinaty i Florentczyka: jedynego możliwego miejsca kary dla tych, którzy kary takiej chcieliby dla innych... Niemniej jednak rację miał M., który jako pierwszy surowo mnie w tamtej dyskusji napomniał (wdzięczny jestem mu tym bardziej, że ze względu na specyficzną relację byłego nauczyciela i byłego ucznia, jaka nas łączy, napisanie tego, co napisał, z pewnością nie przyszło mu łatwo) - takie słowa nie powinny być przeze mnie użyte, w żadnym sensie i z żadną motywacją.
Co sprawia, że prosiłbym, by to, co powyżej, czytać również jako akt prywatnej mojej ekspiacji.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Too old to rock'n'roll, too young to die (III)

Kończą się wakacje, w czasie których obiecywałem sobie pisać wiele i mądrze... Skończyło się na wysilonym wykończeniu drugiej odsłony moich patriotycznych herezji (i to odsłony - jak się okazało w trakcie pisania - bynajmniej nie ostatniej) i na frustracji, umiarkowanej, ale jednak: że uciekają gdzieś napoczęte rzeczy istotne, że z otchłani twardego dysku można by to czy owo wydobyć i nareszcie upublicznić, że marnują się pomysły niedomyślane. Gdzieś się ten czas stracił, pożarty przez Biuro Literackie, bezmiar absurdalnej szkolnej kwitologii (tak mały kamyczek do ogródka tych wszystkich święcie się oburzających na nauczycielskie lenistwo w czas kanikuły), takoż jednak przez rzeczy przyjemne - jeden, drugi i trzeci wyjazd, nade wszystko zaś przez wielką radość współuczestnictwa w coraz wyrazistszych radościach i smutkach Babu... Aha: Babu to nowe nazwanie Błażeja de Angola, ale o tym to się jeszcze tu niebawem napisze. No, dość. Do rzeczy.

No więc żeby nie było przez te wakacje tak całkiem (nomen omen, choć a contrario) postnie, pomyślało mi się, żeby tak coś lżejszego - a w sumie cięższego, ale w znaczeniu, o którym za parę linijek: dlategom już teraz to "cięższe" wykursywił... Bo ten wakacyjny czas z Babu to było też muzyczne edukowanie roczniaka. Oczywiście rockandrollowe, ciężkie, żeby nie było - ojciec wychowany na bosko-diabelskim łomocie wszystkich tych gibsonów, fenderów i innych hammondów zawczasu dba o to, by dziecię nie zboczyło na papkowate manowce muzycznego gówna. Chyba że to tyleż banalny, co brutalny kryzys wieku mojego średniego - ale, jak to mawiamy wielce żartobliwie z małżonką oblataną w angielszczyznę, nie daję kupy.

Tak czy inaczej, korzystając z dobrodziejstw wszystkich tych przepastnych bibliotek kryjących się po internetach w portalach free-streamingowych z muzyką (legalnych, jakby się kto pytał), przypominałem sobie (i Babu) rzeczy z dawna przeze mnie nie słyszane, skazane na przemiał wraz ze zleżałymi, pirackimi kasetami, docierałem (z Babu) do tego, czego zawsze chciałem posłuchać, ale nie było jak. Na ile taki free-streaming doprowadza do sytuacji, w której dochodzi do specyficznej inflacji słuchania (im więcej słucham, tym mniej zapamiętuję - a kiedyś, w czasach kasetowych, z bidy uczył się człowiek na pamięć każdej nuty solówki Jimmy'ego Page'a w Stairway to Heaven, każdego przejścia w Echoes kamandy Pinka Fłojda, zżywał się na dobre i złe z dźwiękami z takim trudem zdobytymi), to temat na osobną dywagację... A ja tu chciałbym się tylko podzielić kilkoma poczynionymi w czasie mojego wakacyjnego usznego buszowania po sieci odkryciami i perełkami. Czasem z pewnym wstydem, bo są to rzeczy zapewne kanoniczne - ale nic nie poradzę; i chyba radzić nie chcę, bo skoro usłyszałem tu i teraz, to widocznie nie mogło być inaczej. Nie bez powodu największy pan od muzyki w polskim radiu, redaktor nad redaktorami, czyli Piotr Kaczkowski, tak często zwykł powtarzać, że nie ma przypadków...

No dobra, to lecimy: uwaga, fonoamatorzy - kanał lewy, kanał prawy...

The Who, The Ox. Ostatni utwór na debiutanckiej płycie zespołu, My Generation, z 1965 roku - czyli rzecz równo sprzed pół wieku... Płyta - wiadomo - została w powszechnym odbiorze zredukowana do tych trzech minut i osiemnastu sekund, które zajmuje kawałek tytułowy, pierwszy rockandrollowy hymn pokolenia. Niesłusznie - może ten pierwszy krążek nie dościga poziomem późniejszych dokonań kapeli: The Who Sell Out, Who's Next, Quadrophenii, obłędnie rozkręconej koncertowej jazdy z Live at Leeds, ale przecież słychać tu wielki potencjał, świeżość, oczyszczającą gówniarską złość. A ten ostatni utwór najpełniej pokazuje, czym było The Who na początku swej działalności, kiedy chyba tylko Stonesi mogli się z nimi równać na ilość skandali, hałasu i zdemolowanych sal koncertowych.
Sekcja rytmiczna - John Entwisle na basie, Keith Moon na bębnach - zasuwa jednym tylko popierdzielonym rytmem jak z bałkańskich poprawin, zagęszcza to gościnnie tłukący w klawisze Nicky Hopkins. A nad wszystkim tym bluzga, kwiczy, skrzeczy, charczy i pierdzi gitara, nad którą nieludzko znęca się Pete Townshend. Ten Townshend... nie był wirtuozem i nawet nie udawał: nie musiał; jego słynny młynek, naparzanie w przesterowane struny z temperamentem godnym jakiego bądź rębajły, zmuszało instrument do wejścia w rejestry najbardziej brudne, pierwotne, prymitywne. Co zasadniczo wystarcza aż nadto.
A wokalista, Roger Daltrey, do którego rebelianckich póz scenicznych i ryków jakoś nigdy śmiesznie nie pasował mi jego najczystszy brytyjski akcent? Cóż, kawałek instrumentalny, więc frontman zapewne pławi się na zapleczu w kolejnym ale.


Cream, Dance the Night Away. O fenomenie tej przedziwnej grupy napisano i powiedziano już chyba wszystko. Że istnieli tylko niewiele ponad dwa lata. Że wydali zaledwie cztery albumy (choć co to za "ledwie" - cztery znakomite płyty, tak jakby średnio jedna na pół roku istnienia), w tym jeden pośmiertnie. Że byli pierwszą w historii muzyki rockowej supergrupą (śmiem twierdzić, że na długi czas jedyną udaną: inne, jak Blind Faith albo The Nice, były tworami nazbyt sztucznymi, które nie były w stanie dźwignąć ambicji poszczególnych swych muzyków, albo też, jak Emerson, Lake and Palmer, gubiły w technicznej biegłości zadziorność i to minimum choćby naturalności, bez którego nie ma dla mnie rocka), jakiej blask najpełniej jaśniał wyłącznie ze sceny. Że oznaczają ważny moment przejścia rocka z instrumentalnej - jednak - naiwności w czasy wielkich wirtuozów. Co oczywiście nie zmienia faktu, że trio złożone z Erica Claptona, Jake'a Bruce'a i Gingera Bakera do dziś nie przestaje zadziwiać - parafrazując słynne powiedzenie tego starego piernika Churchilla: nigdy muzyka rockowa nie zawdzięczała tak wiele czemuś, co istniało tak krótko, nagrało tak mało i złożone było z trzech tylko muzyków.
Na drugiej płycie Cream, być może najlepszej - Disraeli Gears z późnej jesieni 1967 roku - między wielkimi standardami, takimi jak Strange Brew, Tales of Brave Ulysses, no i oczywiście ten największy z największych, Sunshine of Your Love, jest jedno maleńkie cudeńko: właśnie Dance the Night Away. Tytuł - "przetańcz noc" - pasowałby raczej do czegoś ze złotej ery disco; tekst ten tytułowy taniec umetafizycznia, dodaje mu patosu, czyni z niego miłosną siłę rytualną, przenoszącą w wykreowane przez pląs inne światy. Najważniejsza jednak jest muzyka: hipnotyczna, senna, narkotyczna - gdybym miał wytłumaczyć komuś, czym był rock psychodeliczny, nie wahałbym się ani przez moment nad wyborem egzemplifikacji. Kilka ścieżek gitar nagranych przez Claptona zrazu szemrze i pluska, by potem - wraz z jego niepokojąco statycznym, nieziemskim śpiewem - ruszyć w jakiś transowy ruch, na tle wielkich i ciemnych plam basu Bruce'a oraz natarczywej, niskiej, utykającej się czkawki bębnów Bakera. W pewnym momencie osuwa się to wszystko w nutę wyraźnie orientalną (choć nie tak nachalną jak w White Rabbit Jefferson Airplane czy w The End Doorsów) - i płyniemy wszyscy, oszołomieni, przez ciężką, upalną noc w jakiejś opiumowej dżungli niczym z arabeskowych wizji Gustave'a Moreau...  
 


The Byrds, Eight Miles High. Inaczej niż The Who czy Cream, które w annałach muzyki rockowej i w cokolwiek tylko poszerzonej muzycznej świadomości mają zapewnione miejsce stałe, The Byrds funkcjonuje raczej na obrzeżach, choć krytycy muzyczni dość zgodnie twierdzą, że ich podskórny wpływ trudny jest do przecenienia. Do niedawna znałem - jeśli dobrze liczę - tylko trzy ich utwory: brawurową, przestrzenną i jednocześnie osobliwie klaustrofobiczną przeróbkę Mr. Tambourine Man Boba Dylana, efektownie przeniesioną w elektro-folkową, zwiastującą hipisiarskie psychodelie przestrzeń aranżacyjną balladę Pete'a Seegera Turn! Turn! Turn! (To Everything There Is a Season) z tekstem zapożyczonym z księgi biblijnego Kaznodziei i uroczą, zwiewną, kończącą się tak nieoczekiwanie, współstworzoną z Dylanem Ballad of Easy Rider ze słynnego filmu Dennisa Hoppera. Na tle tych pieśni - frapujących pod względem aranżacji głosów i gitar, ale, umówmy się, szalenie banalnych kompozycyjnie i harmonicznie - Eight Miles High ze znakomitego albumu Fifth Dimension z 1966 roku wyróżnia się absolutną nieprzewidywalnością. Gdyby to jeszcze wszystko kończyło się na niepokojącym rytmie i na znużonych, opadających frazach głosu aż czterech wokalistów (Jima McGuinna, Davida Crosby'ego, Chrisa Hillmana i udzielającego się już tylko gościnnie w nagraniach na tym albumie współtwórcy grupy, Gene'a Clarke'a) - wszystko skończyłoby się jak w innych znanych mi utworach The Byrds - ale jest jeszcze dwunastostrunowa gitara McGuinna i to ona, eksplodująca w najbardziej nieoczekiwanych momentach, lokująca się niemal poza melodią, tnąca po bębenkach, wystylizowana na sitar, stęskniona za jazzową wolnością, rozzsadzająca i wyrywająca się na zewnątrz... ona to zatem nie pozwala słuchać spokojnie.



Jeff Beck, Morning Dew. Na wszystkich tych internetowych listach w typie "the best hard rock/heavy metal/reggae/soul/jazz (niepotrzebne skreślić, a w razie potrzeby - listę gatunków wydłużyć ad infinitum) albums ever" pierwsza, czasem nawet druga dziesiątka są najczęściej i w większości dość przewidywalne... ciekawe rzeczy dzieją się później, kiedy zaczynają pojawiać się rzeczy znikliwe, czasem jednorazowe dokonania dziwnych jakichś składów. No i na jednej z takich list, tej hardrockowej, znalazłem debiutancki, wydany przez Columbię w gorącym 1968 roku krążek solowy Jeffa Becka. Artystę znałem do tej pory tylko z tej przedziwnej, efemerycznej formacji The Yardbirds, która w historii zapisała się głównie jako wylęgarnia przyszłych wielkich gitarzystów - Claptona, Page'a, no i właśnie Becka. O jego późniejszych losach, po odejściu z The Yardbirds, nie wiedziałem nic zgoła. A ta pierwsza jego płyta zaintrygowała mnie już samym składem: pomijając olśniewający zestaw muzyków gościnnych (i wspomniani już tutaj Hopkins i Moon znani z pierwszych nagrań The Who, i połowa późniejszego składu Zeppelinów, czyli Page z Johnem Paulem Jonsem), to również w zasadniczym trzonie znalazło się miejsce dla dwóch nazwisk co najmniej elektryzujących - gitarę basową obsługiwał Ronnie Wood, późniejszy drugi gitarzysta Stonesów, a na wokalu udzielał się nie kto inny, jak skądinąd bardzo już podówczas doświadczony Rod Stewart, dziś kojarzony głównie z efektownego odgrzewania amerykańskich pieśni do-kotleta.
Album godny jest tak wielkich nazwisk: muzycznie lokujący się gdzieś między dojrzałym białym bluesem a bardzo wczesnym hard rockiem, zachwyca przede wszystkim swobodą, lekkością, pozytywną korzenną surowością, totalnym brakiem ściemy; słychać, że grają tu muzycy już znakomici w swoim fachu, ale ciągle jeszcze tacy, którym się po prostu bardzo chce. Wszystkie kawałki brzmią tak, jakby po prostu do studia weszła sobie grupa kumpli i zorganizowała radosne, pospieszne jam session. A w Morning Dew - przeróbce utworu mało dziś znanego kanadyjskiego pieśniarza folkowego, Bonniego Dobsona - wszystko to słychać po prostu najlepiej i najczyściej.

 

John Lee Hooker, Tupelo. My wszyscy, zakochani w świętym/potępieńczym rockowym duchu ciężkości - mniej lub bardziej z niego. Gdyby nie on (i - dodajmy gwoli sprawiedliwości - jeszcze gdyby Columbia nie wydała w 1961 roku na płycie King of the Delta Blues Singers przedwojennych sesji nagraniowych Roberta Johnsona, i gdyby nie było tak smutno dziś zapomnianego Alexisa Kornera), nie byłoby Claptona, Zeppelinów, Stonesów, nie byłoby ani Glorii Vana Morrisona i Them, ani ekstatycznych wrzasków Erica Burdona z The Animals... I choć w późniejszych jego nagraniach (znakomitych!) mniej już było tej doskonałej prostoty znanej z pierwszych, najbardziej znanych utworów, chyba do końca swego długiego życia pozostał sumieniem muzyki popularnej, przypominając o jej najgłębszych, zapuszczonych w żyzną, ale i obolałą ziemię Delty korzeniach.
O tym, dlaczego tak niezwykłym doświadczeniem jest dla mnie słuchanie bluesa, próbowałem już tu kiedyś w sposób dalece niedosłowny napisać (Bartleby de Angola: Muzyka pszczół), a w Tupelo, nagraniu z 1961 roku, jest wszystko to, co w bluesie najważniejsze. Zaczyna się powolnym, niskim, ciężkim pulsem gitary akustycznej, co jakiś czas nonszalancko umykającej w kilkusekundowe, zdecydowane i rozwibrowane, podporządkowane gwałtowniejszej emocji śpiewającego pasaże; dołącza się ta tak charakterystyczna dla najlepszych nagrań Hookera sekcja rytmiczna - czyli podeszwy jego własnych butów; i wreszcie doskonale znany, poharatany i głęboki głos... Tu nie ma śpiewu, jest dramatyczny, żałobny recytatyw snujący opowieść o wielkiej powodzi, która w kwietniu 1936 roku spustoszyła tytułowe miasto: "Czyście czytali o powodzi? To było wiele lat temu w Tupelo, w Missisipi. Pochłonęła tysiące istnień" (zabawne: nim wsłuchałem się w tekst Tupelo, byłem przekonany, że ta melodia i ten śpiew mogą być wyłącznie o czymś upalnym). To nie wiersz (podobno zresztą John Lee Hooker był analfabetą), ale właśnie historia snuta przez barda wyklętego ludu amerykańskiej ziemi, jej czarnej soli... Zaczyna się tak, jak wszystkie wielkie opowieści snute od zarania pochodu naszego gatunku przez Ziemię, rytualną formułą znacie? to posłuchajcie. I znów jesteśmy u początków wszystkiego, u początków opowiadającego, ustanawiającego pamięć i zbiorową tożsamość słowa.
Dławiący, ponury utwór. Wszystko zastyga, leci z rąk, zamienia się w słuchanie. Znacie? To posłuchajcie: dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami przyszła wielka woda na Tupelo...

 

Oliver Nelson, Hoe-Down. Żeby nie było monotonnie (a raczej monofonicznie), na koniec coś mniej ciężkiego, czyli jedyny jazzowy numer w tym zdecydowanie rockowym towarzystwie. Rówieśna Tupelo Hookera płyta saksofonisty altowego i tenorowego Olivera Nelsona pod osobliwym tytułem The Blues and Abstract Truth przez znawców jazzu oceniana jest nader wysoko, a przecież w powszechnej świadomości nie ma tego statusu co Kind of Blue Milesa Davisa, The Köln Concert Keitha Jarreta lub A Love Supreme Johna Coltrane'a, by pozostać przy dokonaniach najbardziej zbrązowiałych w pomniki... Tymczasem Nelson nagrywający swój pierwszy album dla Impulse! miał już na koncie kilka solowych krążków i owocną współpracę z takimi tuzami jak Quincy Jones, Count Basie, a nawet sam Duke Ellington - i wydał płytę rzeczywiście znakomitą, nagraną przez septet, w którego skład weszli między innymi znakomity saksofonista altowy Hank Mobley, wsławiony karierą w pierwszym wielkim sekstecie Milesa pianista Bill Evans czy nierozerwalny duet rytmiczny w osobach Paula Chambersa i Roya Haynesa.
Czemu jednak właśnie Hoe-Down, czemu nie otwierający nagranie, nieśmiertelny evergreen Stolen-Moments? Z powodu niewiarygodnie porywającego otwarcia, które ustawia całe właściwie słuchanie... Zwykło się uważać, że wyraziste riffy to domena muzyki rockowej: Smoke on the Water Deep Purple, Satisfaction Rolling Stonesów, Whole Lotta Love Zeppelinów, rzecz jasna Johnny B. Good Chucka Berry'ego - i oczywiście mnogość tych wszystkich innych, które łączy tylko jedno: że od pierwszej nuty na dowolnym koncercie publiczność wylatuje w kosmos (całkiem niedawno do tych riffowych źródeł rocka próbował powrócić Jack White, głównie w nagraniach z The White Stripes - próbował z powodzeniem, skoro słuchacze w czasie występów duetu wyręczali gitarę Jacka nucąc gromadnie motyw, na którym opierała się Seven Nation Army). No, może jeszcze ewentualnie w bluesie: te cztery nuty zesłane przez Boga Williemu Dixonowi  na użytek Hoochie Coochie Man... Ale jazz wydaje się postronnym nazbyt ambitny, elitarny i skomplikowany - tymczasem i on ma swoje frazy otwarcia, które zapamiętuje się raz na zawsze i oddycha nimi przy każdym odsłuchu, które pozwalają rozpoznać jakiś kawałek w dowolnej, najdzikszej nawet przeróbce. Któż nie potrafi zanucić pięciu dźwięków kontrabasu Chambersa, od których zaczyna się Milesowe So What? Kto nie przyłapał się na mimowiednym poruszaniu palcami powtarzającymi fortepianowe tremolo Evansa z All Blues. A Chuck Mangione i jego przecudny ni to soundtrack, ni to jazzowy album koncepcyjny Children of Sanchez z tym potężnym płomieniem wybuchającym gdzieś w połowie utworu Children of Sanchez Overture, kiedy zawsze gna się do radia, by zgłośnić ile się tylko da?
No i taki właśnie jest Hoe-Doe Nelsona. Tyle i aż tyle. Złośliwie można by dodać, że cała reszta tego nieprzesadnie długiego utworu nie jest warta słuchania, co oczywiście byłoby skandaliczną nieprawdą, ale fakt pozostaje faktem: pamięta się  tych pierwszych czterdzieści parę sekund, kiedy nóżka aż się rwie w tan.

  

środa, 12 sierpnia 2015

Herezje na tematy patriotyczne (II)

***

Skończyłem jakiś czas temu czytać Pochłaniacz Katarzyny Bondy. Może trochę przesady z tym namaszczaniem jej na królową polskiego kryminału - książka owszem, niezła, sprawnie zakomponowana, wciąga i budzi ochotę na pozostałe trzy części tetralogii o profilerce Saszy Załuskiej, ale sporo tu niepotrzebnych zamotań, dialogów grzęznących i gubiących sens w jałowej grypserce, ciut za dużo fabularnych łatwizn; poza wszystkim - stanowczo za długie. Zamyśliłem się jednakowoż nad jednym: nad wątkiem (bardzo sugestywnym) przenoszącym czytelnika w początek lat dziewięćdziesiątych, do czasów kształtowania się polskiej przestępczości zorganizowanej.
Polska wychodziła właśnie z peerelowskiego zamordyzmu - rozprzęgający się porządek rzeczywistości otwierał rozziewy prawne, gospodarczo-ekonomiczne i społeczne, w których lokowali się oni: prymitywy z tombakową biżuterią na kosmatych klatach i paluchach, spod paznokci których nie zdążyli jeszcze usunąć proletariackiego brudu, z kupowaną na ruskich targach bądź od negatywnie zweryfikowanych esbeków bronią chowaną za paski mieniących się tęczowo dresów. Specjaliści od detalicznych złodziejek, włamów i rozbojów, cinkciarze, alfonsi, drobni przemytnicy, nieformalni królowie nielegalnej bazarowej tandety, dostarczyciele kompotu - pokumali się z szemranymi i spragnionymi szybkiego pieniądza biznesmenami, z bezrobotnymi sierotami po polskich i sowieckich tajnych służbach, z cynicznymi i domorosłymi politykami przyzwyczajonymi, że jedyną metodą sprawowania władzy jest korumpowanie, poczuli swoją siłę, niedowładowi pączkującej suwerennej państwowości byli zdolni przeciwstawić spontaniczną zdolność do samoorganizacji; to oni zafundowali nam rzeczywistość rodem z amerykańskich filmów z brudnym inspektorem Harrym... Niczym w słynnym wierszu ...ska Marcina Świetlickiego: nasz "niepokój", niepomny, że są to "małe wyrazy", powtarzał jednym półgębkiem "niepodległość, wolność, równość, braterstwo, Polska od morza do morza, bezrobocie, podatki, «Gazeta Wyborcza»" (a także: NATO, denominacja, Unia Europejska, Wałęsa, Kwaśniewski...), podczas gdy drugim wszyscy szeptali: Pershing, Dziad, Kiełbasa, Malizna, Masa, Pruszków, Wołomin. Te hasła z jednej strony przerażały, objawiając najciemniejsze strony wolności, z drugiej - przyznajmy - w jakiś ponury sposób fascynowały.
Nie, nie żal mi ich: nie współczuję ani Dziadowi, który dokonał życia w celi, ani odstrzelonemu przez konkurencję Pershingowi. Nie mam złudzeń: byli to bezwzględni bandyci, utaplani w krwi, odpalający cygara studolarówkami splamionymi okrutną krzywdą ludzi, którym skradziono samochody, dzieciaków wciągniętych w prochy, zmuszanych do płacenia haraczy przedsiębiorców, podstępnie zwabianych i więzionych w burdelach Ukrainek i Bułgarek. Nie mam dla nich litości, nie daję się wciągnąć w sentymentalny rechot polskich komedyjek sensacyjnych, na których zostali oni przedstawieni jako dobrodusznie fajtłapowaci rozbójnicy - powtórzę raz jeszcze: to były krwawe skurwysyny, które siały wiatr. A kto sieje wiatr - zbiera burzę.  
I tu docieramy do sedna sprawy: polska zorganizowana gangsterka tamtych w pewnym groteskowym sensie heroicznych lat miała swój etos, choć niewiele w nim tego cukierkowo-rycerskiego patosu znanego choćby z filmu Sergio Leone Dawno temu w Ameryce. Chodzi po prostu o to, że oni byli źli - i nikt nie miał co do tego wątpliwości, na czele (tak przynajmniej myślę) z nimi samymi. I nie, nie chodzi mi o żadną wielką samoświadomość moralnej niegodziwości - ale o coś bardzo brutalnego, prymitywnego: o życie w strachu, że jak się do kogoś wysłało wymachującego bejsbolem Wanię, to można się spodziewać z rewizytą Igora w skórzanej kurtce wypełnionej pod pachą spluwą. W ostateczności - zamiast Igora - do drzwi o czwartej rano w sposób mało delikatny mogą zastukać funkcjonariusze państwowi w uniformach jak raz przywodzących na myśl wdzianko Dartha Vadera; bo państwo można dymać, ale się je dyma, a od tego jednak to i owo boli. A po przekroczeniu krytycznej masy tego bólu - nie ma uproś. Siejemy wiatr - zbieramy burzę.
Bo to, czy zło (tak samo jako dobro) istnieje w postaci absolutnej, jako immanentna właściwość charakteru lub duszy, jako hipostaza czy abstrakcja - to jest temat dobry na elegancką filozoficzną dysputę. Dla konstytucji społeczeństwa ważne jest, by oba te fundamentalne etyczne pojęcia istniały w postaci relacyjnej: złe jest to, za co się karze. Dobre - to, za co się nagradza (nawet jeśli jest to nagroda w minimalistycznej postaci braku represji aparatu policyjnego i sądowego).
Zanik tej skrajnie uproszczonej formy czegoś, co Ruth Benedict nazwała ongiś "kulturą winy" - to jest właśnie coś, co kole mnie najbardziej, gdy myślę o współczesnej formie przestępczości zorganizowanej: nieskończenie doskonalszej, bliskiej perfekcji. Rady nadzorcze. Parabanki. Piramidy finansowe. Bytujące poza jakąkolwiek konstytucyjną kontrolą instytucje. Globalne korporacje. Oczywiście - nie wszystkie, może nawet nie większość, ale nie oszukujmy się: każdy jeden prawdziwy capo di tutti capi naszych czasów żyje w słodkim błogostanie rozkosznej bezkarności, może mieć de facto na sumieniu dziesiątki sprzeniewierzonych emerytur drobnych ciułaczy, ale skoro de iure nie obciąża go ani jedno podpalenie konkurencyjnego straganu z podrabianą markową odzieżą, to o co chodzi? Nie boi się Igora z gnatem, bo nigdy w życiu do nikogo nie wysłał Wani z bejsbolem - choć na ultima thule jego imperium 3,4-Metylenodioksymetamfetamina zmienia mózgi dzieciaków z wiejskiej dyskoteki w zleżałą gąbkę. Jakaś staruszka przekręci się w oczekiwaniu na wyznaczoną za trzy lata wizytę w darmowej poradni specjalistycznej - ale jego podatki są bezpieczne w fiskalnym raju jednej z bananowych republik. 
To właśnie budzi moje największe obrzydzenie: nie absolutne, metafizyczne zło tego wszystkiego, ale prosta, banalna bezkarność jego donatorów i beneficjentów, ich bytowanie w przestrzeni jakiegoś pokracznego, karłowatego, obleśnie pragmatycznego jenseits von Gut und Böse. Sianie burzy bez nijakiej obawy o niechciany wietrzny plon.

***

Kiedy w pierwszej części tych moich patriotycznych herezji pisałem o tym, co mam za złe PeeRel-owi, zapomniała mi się jedna bardzo ważna niechęć: otóż bardzo mnie boli to, co tak zwana komuna zrobiła z etosem lewicy. Jeszcze dziś, po ćwierćwieczu, przyznać się do bycia lewicowcem to dać sobie napluć w pysk: zaraz będzie się miało wypalone etykiety zdrajcy, lewaka, postkomunisty, bolszewika, resortowego dziecka, beneficjenta układu... Ktoś może powiedzieć, że w ramach realizacji swego lewicowego temperamentu ma się jeszcze przecież - oprócz perspektywy bycia sierotą po Polsce Ludowej - opcję upominania się o prawa wykluczonych, o zabezpieczenia socjalne, o tolerancję dla wszelkiej mniejszości, o faktyczną neutralność światopoglądową państwa, o poszanowanie kobiety, pełnienie funkcji krytycznej wobec instytucji demokratycznych... Niby tak, tylko że w wersji alla polacca już nie wiadomo, co gorsze: to, co kiedyś udało się z gigantycznym wysiłkiem wywalczyć środowiskom skupionym wokół "Krytyki Politycznej", rozmieniono na doszczętnie zdewaluowaną drobnicę doraźnej Realpolitik bądź na gówniarskie, snobistyczne, bananowo-hipsterskie happenerstwo. Ta pierwsza kompromitacja - w obszarze reprezentacji politycznej - to coś, o czym także pisałem już poprzednio, czyli przejęcie praktycznego monopolu na nowy dyskurs lewicowy przez arcycyniczne ugrupowania skupione wokół Janusza Palikota. Najbardziej żałosnym przejawem drugiej kompromitacji był pamiętny marsz przeciwników krzyża smoleńskiego pod Pałacem Prezydenckim, który skończył się groteskową przepychanką z tegoż krzyża broniącymi środowiskami prawicowo-konserwatywnymi. Wśród - z jednej strony - głosów emocjonalnego i w swej argumentacji dość niesmacznego oburzenia, z drugiej: prężących wątlutkie intelektualne muskuły analityków dopatrujących się w tamtej zdumiewającej konfrontacji wielkiego przebudzenia Polski oświeconej, laickiej, prawdziwie otwartej, jedna wypowiedź zabrzmiała mocnym, oskarżycielskim rozsądkiem. Andrzej Stasiuk - którego trudno podejrzewać o sympatię dla katolandu i ciemnogrodu - wywalił prosto z mostu, że lewica, która swoje posłannictwo rozumie jako podśmiechujki z klepiących zdrowaśki babin, to nie jest żadna lewica; że prawdziwa lewica dołożyłaby wysiłku, aby tym nieszczęsnym ludziom nikt nie mącił w głowach.
No, ale ten paraliż lewicy w Polsce - że albo postkomuna, albo akces do wydmuszkowatych pajaców - w dużej części zawdzięczamy właśnie temu, że powojenny polski socjalizm zawłaszczył sobie w sposób nieprawny etos lewicowy (o tym, że było to zawłaszczenie nieprawne, przekonywał z właściwą sobie dezynwolturą i przenikliwością w jednym ze swych esejów Leszek Kołakowski, gdy wywodził, że ustrój Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - jak każdy system polityczny stojący na straży nienaruszalności zastanego porządku społecznego - musi być z definicji reakcyjny). A przecież przedwojenna polska lewica to nie tylko żądający zmiany naszego kraju w kolejną związkową republikę radziecką komuniści z KPP - to także ludzie wielkiej odwagi i szlachetności, to Stanisław Brzozowski, to Żeromski i Nałkowska. Zresztą - powiedzmy to sobie otwarcie - również po wojnie wielu było takich, kontestatorów ewidentnie niewydolnego porządku przedwojennej Polski, zdruzgotanych wojenną hekatombą, którzy wspierali nową władzę nie z oportunizmu bądź kunktatorstwa, ale dlatego, że wierzyli w (niewolną od ofiar) możliwość stworzenia autentycznie nowej, sprawiedliwszej i rozumniejszej jakości. Tacy byli architekci pierwszych nowohuckich osiedli, takie były rzesze anonimowych lekarzy i nauczycieli walczących z analfabetyzmem i sięgającymi dziewiętnastowiecznych realiów warunkami sanitarno-higienicznymi polskiej wsi. I również ich szczery entuzjazm posłużył decydentom do legitymizowania nowego polskiego pejzażu politycznego...
Czy dziś - kiedy przystrojony w lewackie maski Palikot nieuchronnie pogrąża się w niebyt, a SLD musi walczyć już tylko o zachowanie resztek stanu posiadania - dyskurs lewicowy ma w Polsce jakiekolwiek szanse odrodzenia? Paradoksalnie - tak. Na uniwersyteckich wydziałach nauk humanistycznych i społecznych młodzi badacze bez niepotrzebnego historycznego obciążenia, bez wstydu i z jak najlepszym intelektualnym efektem posługują się marksistowskim aparatem pojęciowym i nie stanowią już obiektu żartów bądź ostracyzmu geriatrycznej profesorskiej kadry; ruchy miejskie (ze szczególnym uwzględnieniem spektakularnej inicjatywy Kraków Przeciwko Igrzyskom) rosną w siłę i wymuszają na zgangsteryzowanych sitwach rządzących polskimi samorządami konkretne działania o charakterze socjalnym i prospołecznym; efektowność (i chyba też efektywność) działań Roberta Biedronia jako prezydenta Słupska budzi respekt; jeśli wklikuję hasło "partia", to nowa lewicowa inicjatywa, czyli Razem, pojawia się w moim komputerze na pierwszym miejscu podpowiedzi wyszukiwarki Google; lewicowe portale opinii są coraz liczniejsze i redagowane na coraz wyższym poziomie. No i jest jeszcze ten całkiem świeży twór renegatów z Sojuszu i Twojego Ruchu, czyli Biało-Czerwoni Andrzeja Rozenka i Grzegorza Napieralskiego, który nie dysponuje co prawda szczególnie silną legitymacją oddolną i jest dość typowym, obliczonym na szybki ratunek efektem wewnętrznego trzeszczenia tych dwóch idących na dno Titaników (można zresztą być bardziej brutalnym i pociągnąć tę marynistyczną metaforę w kierunku szczurów opuszczających tonący statek), ale ma za to kapitał w postaci dość silnej bazy materialnej i struktur terenowych. Czy dadzą radę idącemu z ludu fermentowi? Zobaczymy; z pewnością jednak lewica w Polsce będzie jeszcze miała coś do powiedzenia... 
A zresztą... Czy dziś napinanie się na jakąkolwiek polityczną ortodoksję ma jeszcze jakikolwiek sens? Czy faktycznie musimy definiować się w leciwych binarnych kategoriach: prawica-lewica, socjalizm-nacjonalizm, konserwatyzm-liberalizm? Sam nie odczuwam takiej potrzeby... Kiedy wygłaszam sąd, że fundamentem porządku społecznego jest rodzina, gadam jak konserwatysta; kiedy dopowiem, że rodzina powinna być w miarę możliwości wolna od opresji (również fiskalnej) państwa, brzmię jak liberał. Ale jeśli do tego dopowiem, że rolą państwa w stosunku do rodziny jest doprowadzić do tego, by głodząca swoje dzieci matka bała się pediatry, by bijący te same dzieci ojciec bał się psychologa szkolnego, a dręczący swoją żonę, wiecznie pijany mąż bał się prokuratora - to to już jest, zdaniem poniektórych, skrajna bolszewia. Tymczasem - jakkolwiek nie czuję szczególnego pociągu do posiłkowania się złotymi myślami różnych mędrców - lubię sobie czasem powtarzać to, co kiedyś powiedział Bob Dylan: "Nie uznaję podziałów na białych i czarnych, prawicę i lewicę. Jest tylko dół, a dół jest bardzo nisko. Chcę iść do góry, nie przejmując się czymś tak trywialnym jak polityka". Przy całym moim uważaniu dla Boba Dylana: polityka nie wydaje mi się niczym trywialnym, ale owszem, pociąga mnie definiowanie jej w kategoriach góry i dołu, znacznie bardziej uniwersalnych (by nie rzec metafizycznych) niż mało operacyjne opozycje prawa i lewa. I tak, staram się wybierać górę - bo dół to może być albo aresztancki dołek, albo Malebolge, "złe doły", położone niebezpiecznie blisko dna Inferna pewnego Florentczyka...

***

I jeszcze jedno post scriptum do herezji sprzed ponad roku: sprawa polskiej kultury pracy... Tak sobie myślę, że to jest kwestia również tego, o czym też już poprzednio pisałem - przerostu ściemnianego etosu rycerskiego nad kulturą mieszczańską. Właśnie mieszczańską, bo chłopstwo - przez wieki miażdżąca większość polskiego społeczeństwa - to jednak inna sprawa. Polski chłop, jak sądzę, pracę traktował już to bezrefleksyjnie (pracował, bo musiał, bo od tego zależała jego biologiczna egzystencja), już to miał ją obudowaną zakorzenioną w katolicyzmie mitologią negatywną: praca to dopust boży, kara za grzech pierwszych rodziców i takie tam... Do tego jeszcze nie wolno zapominać (choć bardzo by się chciało), że chłopi polscy lwią część swojej pracy wykonywali w systemie praktycznego półniewolnictwa, zwanego pańszczyzną, której wymiar w schyłkowym okresie wyjątkowo już zrakowaciałej I Rzeczpospolitej sięgał wyżyn absurdu, opiewając na... dziesięć dni w tygodniu! To skądinąd też przyczynek do dalszej refleksji na temat skali dzisiejszej kultury bylejakości i pozoranctwa, paraliżujących polski etos pracy: czyżbyśmy dziedziczyli po naszych pańszczyźnianych przodkach geny awersji do pracowania jako do czegoś, z czego korzyści czerpał będzie jakiś wielki inny?... Tak czy inaczej: rzekoma świętość (i odświętność) chłopskiej pracy to, jak sądzę, mit - w którego współtworzeniu walną rolę odegrała polityka historyczna PRL-u, na gwałt poszukującej jakiegoś pozytywnego związku naszej zbiorowej tożsamości z momentem klasowego uświadomienia, a ponieważ nawet najbardziej twórczy politrucy nie byli w stanie wykazać dominującej w dziejach Polski roli proletariatu, pozostawał chłop, oczywiście dialektycznie zbuntowany wobec pana... No a szlachta - wiadomo: praca była pohańbieniem stanu, pracować mogli ci wywodzący się z krwi Chama bądź Sema, ale nie potomkowie ukochanego syna Noego, Jafeta... Polak "nie lubi tworzyć, lecz zdobywać", jak błyskotliwie puentował w swej znakomitej pieśni Według Gombrowicza narodu obrażanie Jacek Kaczmarski.
Krótko mówiąc: etos pracy - jako konieczności uświadomionej, a więc obudowanej własną etyką i moralnością, jako wartości obwarowanej cnotami takimi jak zaradność, oszczędność, uczciwość, skromność, jako elementu współtworzącego dobro wspólne, wreszcie sakralna nobilitacja dostatku jako bożego błogosławieństwa, wszystko to mogło się wykształcić wyłącznie w środowisku rozwiniętej burżuazji, czyli z pewnością nie u nas, gdzie mieszczaństwo przez wieki całe było (jako bezpośrednia konkurencja) flekowane na polu gospodarczym przez herbowych, mających do tego flekowania niebywale mocne, prawnie gwarantowane narzędzia, a do tego jeszcze odciskających się na polskiej kulturze przemożnym stygmatem symbolicznego gwałtu.
A skoro burżuazja - to również protestantyzm, chrześcijaństwo urobione na obraz i podobieństwo rodzącego się kapitalizmu. Katolicyzm do spraw świata tego podchodził z niechętnym dystansem - nadmierne bogactwo kłóciło się z duchem chrystusowego ubóstwa (inna rzecz, że osobliwie rozumianego), a do tego mogło jeszcze pchnąć w otchłań kilku co najmniej grzechów głównych, z pychą i obżarstwem na czele; nawet bankierstwo - czyli zalegalizowana lichwa - uważane było za niegodne chrześcijanina zarabianie na czasie, rzeczy boskiej (nie bez powodu wielkie fortuny bankowe najpiękniej rozwinęły się wśród starozakonnych, których zakaz pożyczania na procent obowiązywał tylko wobec Ludu Przymierza, nie w stosunku do gojów). Protestantyzm - ze szczególnym uwzględnieniem kalwinizmu - podchodził do tych spraw ze znacznie większą wyrozumiałością, ale też jego skala na zachodzie Europy, w wielkich handlowo-wytwórczych metropoliach, była nieporównywalna z folwarczną Polską, gdzie pozostał chwilową i ekscentryczną fanaberią.
Byłem kiedyś na fascynującym wykładzie o społeczeństwach Bliskiego Wschodu - a to przecież tam, wobec praktycznej, z geografii i klimatu wynikłej niemożności powstawania wielkich latyfundiów rolniczych, podstawą gospodarki było już to koczownicze pasterstwo, już to wytwórczość i (nade wszystko) handel, skupiony w wielkich miastach, najstarszych na świecie - takich jak Ur, Jerycho, Niniwa, Babilon czy Damaszek. I podobno do dziś tak jest, że wśród najlepiej sytuowanych grup społecznych w dobrym tonie jest utrzymywać na targowisku własny bazar - i po całym dniu pracy, po zrzuceniu garnituru jakiś tam pan dyrektor czegoś przebiera się w chałat (czy jak to tam się nazywa) i przez godzinkę lub dwie targuje się w najlepsze z kupcami. A u nas? Pierwszą rzeczą, jaką nowobogacki robi po dojściu do naprawdę dużych pieniędzy, jest akces do koła łowieckiego, by oddawać się tej rozrywce nie dość, że perwersyjnej, to jeszcze od zawsze stanowiącej najbardziej może wyrazisty przywilej arystokratycznej ekskluzywności...

***

Ostatnie wybory prezydenckie zweryfikowały też nieco to, co pisałem przed rokiem jeśli chodzi o przygarść refleksji na temat aktualnego rozkładu ról w polskiej polityce.
Pewne rzeczy się nie zmieniły - przede wszystkim dobijająca hegemonia PO-PiS-u, choć teraz szala wychyliła się na stronę partii Jarosława Kaczyńskiego (będę się jednak nadal upierał, że to żadna realna zmiana; upewnia mnie w tym niemrawość kampanii Komorowskiego i Dudy, zwłaszcza zaś niewiarygodna niezdolność do cienia autorefleksji tego pierwszego). Upadek Palikota nastąpił za to szybciej, niż się spodziewałem - wcale jednak nie byłbym pewny, czy to kompromitacja ostateczna: w logice cynizmu leży niezwykła żywotność, zdolność do odradzania się; oczywiście w innym (nawet radykalnie innym) przebraniu, ale z tym samym celem głównym, czyli z imperatywem utrzymania się za wszelką cenę w głównym nurcie politycznej gry. Macierewicz został - jak najsłuszniej ze strategicznego punktu widzenia - usunięty na czas kampanii na zaplecze (zapewne na stanowcze żądanie Beaty Szydło - jedynej prawdziwie wygranej tej elekcji). Teraz zapewne nie ma co się spodziewać jego powrotu - odpowiedź na pytanie o jego faktyczny status w Prawie i Sprawiedliwości dziś, dadzą dopiero wybory parlamentarne i to, w jakim kierunku zorientuje swoją partię po prawie pewnej wygranej jej przewodniczący: jeśli faktycznie pozwoli duetowi prezydencko-premierowskiemu (in spe) Duda-Szydło na minimum samodzielności, to czasy pana Antoniego w tej partii będą czasem przeszłym dokonanym... Co oczywiście nie oznacza końca aktywności Macierewicza; zapewne oddryfuje on w kierunku jakiegoś kanapowego ugrupowania o charakterze katolicko-tradycjonalistyczno-konserwatywno-radykalnym. Jeśli jednak Kaczyńskiemu marzy się podobny numer jak w wypadku przed-poprzedniego PiS-owskiego gabinetu, tego zawiadywanego przez Kazimierza Marcinkiewicza, który został utrącony w tym samym momencie, w którym zachciało mu się jakiejkolwiek samodzielności, to nie ma uproś, wrócimy do strasznych gadek o agenturach i zamachach... Inna rzecz, że Duda i Szydło to politycy nieporównywanie większego formatu niż żałośnie błazeński Marcinkiewicz, którzy teraz mają prawo poczuć swoją siłę i stworzyć polityczny tandem (zwłaszcza że ostatnia kampania z pewnością ich zbliżyła i dotarła ewentualne różnice między nimi), który może po raz pierwszy w historii PiS-u pokusić się o udaną próbę wyrugowania Jarosława Kaczyńskiego na - z pewnością honorową - polityczną emeryturę.
Ciekawsze rzeczy działy się wśród politycznej drobnicy. SLD, które od czasu tryumfalnego powrotu do roli przewodniczącego Leszka Millera w sposób bezdyskusyjny zmieniło się w ugrupowanie parapartyjne, którego jedyną rolą nie jest realny wpływ na politykę krajową, a reprezentowanie i ochrona partykularnych interesów grup, które ćwierć wieku temu omownie nazywano uwłaszczoną nomenklaturą, zaliczyło widowiskowy nokaut. Wbrew pozorom, nie poszło o odwróconą proporcję urody i kompetencji Magdaleny Ogórek (stanowczo nadmiernie skarykaturowaną przez chamski, seksistowski internetowy hejt), ale o nazbyt czytelny gest poprawnościowy, który zdegenerował się w oczywistą dwuznaczność: oto kandydatką partii rzekomo lewicowej zostaje bliżej nikomu nieznana super-laska, a partia ta jest zawiadywana przez faceta, którego znakiem firmowym stały się starczo obleśne, maczystowskie bon-moty... Radykalnej prawicy z kolei (nie tej narodowej, tylko konserwatywno-liberalnej) zaszkodziło to, co zwykle, czyli nieobliczalny Janusz Korwin-Mikke, który w przeddzień kampanii wywinął ludziom, których udało mu się wokół siebie zgromadzić, wyjątkowo paskudny numer. I okazała się rzecz smutna: że Kongres Nowej Prawicy, partia, która wydawała się autentycznym ruchem ufundowanym wokół pewnej nowej jakości i organizującym nabrzmiewający od wielu lat potencjał ideowo szalenie wyrazistego politycznego sprzeciwu, uzależniona jest od dwuznacznej charyzmy pierwszego histriona III Rzeczpospolitej. Korwinowi udały się na raz dwie rzeczy: rozproszył siły intelektualnej prawicy i pociągnął obu zbliżonych światopoglądowo kandydatów (w tym siebie) na wyborcze dno. Absurdalna decyzja KNP o wystawieniu do elekcji dramatycznie niewyrazistego i nikomu bliżej nieznanego Jacka Wilka (czemu nie wcale sympatycznego i doświadczonego walką o fotel prezydenta Krakowa Konrada Berkowicza?; czemu nie powalczono o utrzymanie w partii Przemysława Wiplera, polityka - przy wszystkich możliwych związanych z nim kontrowersjach - twardego, doświadczonego i wyrazistego?) tylko potwierdza sąd, że KNP podzieli los wielu innych meteorów polskiej polityki ostatnich dekad. Ale za to rzecz sympatyczna zdarzyła się prawicy nacjonalistycznej: bo oto człowiek znikąd, Marian Kowalski, wbrew większości oczekiwań nie poszedł w swych wypowiedziach odrażającą neofaszystowską drogą wszystkich tych Winnickich czy innych Zawiszów... Gość, który samym swym życiorysem zdawał się pasować do stereotypu brutalnego brunatnego fightera, dobrze wymodulowanym i spokojnym głosem mówił rzeczy nawiązujące nawet nie do etosu endeckiego, ale gdzieś raczej do poczciwego, prostolinijnego i sielskiego ducha pobłażliwej sarmackiej ksenofobijki i megalomaństewka... Pewnie, że po przyciśnięciu wyłaził z tego cały prymitywizm i kompletna niedzisiejszość dyskursu nacjonalistycznego, ale pierwszy efekt - ten dość często najważniejszy, na którym przed pierwszym swym zwycięstwem zbudował swoją pozycję Aleksander Kwaśniewski - był co najmniej zaskakujący. Znacząca była rozmowa, jaką z Kowalskim przeprowadziła w porannej audycji Zapraszamy do Trójki Beata Michniewicz, dziennikarka, co by o niej nie mówić, intelektualnie ponadprzeciętnie sprawna. Podeszła do Kowalskiego chyba właśnie w sposób stereotypowy: że oto będzie łatwa beka z faszystowskiego prymitywa. No i muszę przyznać, że chyba padł wtedy rekord w długości wymykania się pułapkowym pytaniom Michniewicz, która przez dłuższy czas - aż do, mam wrażenie, granicy dziennikarskiej paniki - nie mogła sobie poradzić z opanowaniem i niekwestionowalną na pozór zdroworozsądkowością sądów Kowalskiego, wygłaszanych lekko zasmuconym i zawstydzonym tonem starszego belfra przymuszonego do wykładania prawd oczywistych...
No, ale wszystko to nic w porównaniu z największym fenomenem nie tylko tych wyborów, ale też - być może - całej polskiej polityki ostatniej dekady. A imię (i nazwisko) tego fenomenu - oczywiście - Paweł Kukiz.
Szczerze się przyznam, że bardzo długo mu kibicowałem, nawet chciałem postawić na niego kreskę - i pewnie gdyby wszedł (wszystko jedno, czy z Dudą, czy z Komorowskim) drugiej tury, miałby wtedy mój głos. Zreflektowałem się w ostatniej chwili, na jakiś tydzień przed wyborami - raz dlatego, że główny postulat Pawła Kukiza, czyli zradykalizowanie narzędzi polskiej demokracji, był co prawda (i nadal jest) bardzo mi bliski, ale jednak dobrze by było, gdyby został on wprzęgnięty jako logiczny element w jakąś większą spójną całość, czego ostatecznie Kukiz zaniechał (i którego to zaniechania wciąż się kurczowo trzyma, z jak najgorszym dla siebie skutkiem). Dwa, bo coś, co stanowiło zrazu wielką siłę Pawła Kukiza, czyli jego sytuowanie się w ostrej kontrze do wszelkich zastanych nurtów polskiej polityki, zmieniło się w chaotyczne i neurotyczne cokolwiek kokietowanie różnych mniej lub bardziej istotnych graczy - ze szczególnym uwzględnieniem radykalnej prawicy (i tej konserwatywno-liberalnej, i tej nacjonalistycznej), a że prędzej ręka mi uschnie, niż kiedykolwiek przyczynię się do wzrostu znaczenia kogokolwiek z tej sitwy, więc sprawa stała się z grubsza jasna... A że mimo to głosowałbym na niego w drugiej turze? Cóż, dopóki Polską rządził będzie w całkowicie marksistowskim sensie wyalienowany aparat PO-PiS-owski, dopóty będzie to, co będzie - licząc zatem (naiwnie, jak dziś to widzę) na jakieś ucywilizowanie się Pawła Kukiza, dołożyłbym się (nie bez wielkich wewnętrznych zgrzytów) do dzieła niszczenia, które - jak wiadomo ze słów wieszcza - w świętej sprawie jest święte jak dzieło tworzenia.
No dobra, ale wybory już bardzo za nami, Andrzej Duda zaprzysiężony, Kukiz ostatecznie mojej kreski nie dostał - a skoro emocje opadły, więc spróbuję zastanowić się nad fenomenem Pawła Kukiza: faceta znikąd, tracącego na znaczeniu rockandrollowca, obśmiewanego przez nieżyczliwych jako niezrównoważony ćpun i alkoholik, który bez kasy, bez bazy organizacyjnej przekonał do siebie bez mała jedną czwartą wyborców... Co uczyniło z niego tego, kim się stał?
Po pierwsze: bezwzględna szczerość. Wielu ludziom - tak z mojego pokolenia, jak i nieco starszym - Kukiz kojarzy się z bezkompromisowym kontestatorem, muzykiem, który zawsze szedł na udry z systemem. Jego najważniejsze projekty muzyczne były czymś, co zawsze robiło zadymę; Aya RL rozpoznawana jest głównie za sprawą ckliwego przeboju Skóra, a przecież debiutowała znakomitym, trudnym i mrocznym "czerwonym" albumem, znakomicie oddającym klaustrofobiczny, beznadziejny klimat społeczny Polski tuż po stanie wojennym; początki Piersi toną w pomroce legendy, niemniej jednak już ich bardziej oficjalny byt muzyczny z początku lat 90. XX wieku stanowił nową jakość: porywający, prześmiewczy, pastiszowo-parodystyczny projekt muzyczno-tekstowy (dziś pewnie zakwalifikowano by go jako "crossoverowy") miał w sobie coś z ducha anarchistycznego, każdemu wsadzającego palec w oko rockowego teatru Franka Zappy. A potworne zamieszanie z utworem ZCHN zbliża się urosło do rangi symbolu, stało się pierwszym poważnym starciem rockowego buntu z nową polską rzeczywistością polityczną - obskurancką, oszołomską, fundamentalistyczną, a przecież niemile jakoś przymierzającą szatki pozostałe po PRL-owskich architektach dusz i sumień... Tak czy inaczej, kiedy Paweł Kukiz kilka lat temu zaczął coraz intensywniej angażować się w politykę, nikt z ludzi cokolwiek go rozpoznających nie miał wątpliwości, że to nie parcie na szkło, nie koniunkturalna wolta - z tą samą siłą, z jaką dwie dekady wcześniej punktował komunę i pajacującą na demokratów postkomunę, ciemnogrodzkich katoprawicowców i zachłyśniętych zachodem, bulimicznych konsumentów nowego, zamuloną disco-polo wiochę i burackich wielkomiejskich nuworyszy, z tą samą zatem siłą zaczął teraz z wiecowych trybun głosić potrzebę radykalnej przebudowy polskiej rzeczywistości. Nie miał w sobie nic z dwuznacznego czaru muzyków snobujących się na politykę w salonowych periodykach, nie łasił się do żadnej partii, by móc łaskawie zagrać koncert na jakimś prowincjonalnym konwencie - on, jak zawsze zresztą, robił to po swojemu, pierdolnięciem z glana. Nie można mu było nie wierzyć.
Po drugie: prostota. Pawłowi Kukizowi żaden specjalista od kreacji wizerunku osobistego nie musi doradzać, ile razy ma podwinąć rękawy koszuli, by na zdjęciu wyjść na swojaka, który nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by natychmiast wziąć się do roboty - wystarczy raz spojrzeć na tę złachaną gębę, by nie mieć wątpliwości, że to ktoś, kto wyrósł z naszych frustracji, lęków i bólów, z wszystkiego tego, co nas w Polsce uwiera. A gniew ludu nie zna subtelności teorii politycznych od prawa do lewa, nic mu po Miltonie Friedmanie i Slavoju Žižku - gniew ludu przemawia językiem mniej lub bardziej symbolicznej gilotyny. Można więc śmiać się z Kukiza, że na każdy problem społeczny miał tylko jedną odpowiedź: wprowadźmy jednomandatowe okręgi wyborcze (ciekawe zresztą, że najwięksi naturalni wrogowie Kukiza - czyli ci, którym najdroższe jest zachowanie politycznego status quo - okazali się być światłymi znawcami zawiłej problematyki różnych modeli ordynacji wyborczej dopiero wtedy, gdy poczuli na plecach palący oddech tego, którego do tej pory z charakterystyczną dla siebie wielkopańskością lekceważyli), ale to właśnie było to, o co chodziło. Akces do sympatyków Kukiza był równie prosty co przejście na islam: wystarczyło świadomie, pewnie, szczerze, prawdziwie, z miłością i pokorą powtórzyć po trzykroć szahadę, że nie ma innego rozwiązania wszystkich polskich problemów niż JOW-y, a Paweł Kukiz jest ich prorokiem, by świat stał się - niczym na początku słynnej książki Stefana Themersona - prosty i nieskomplikowany. A siła kogoś, kto umiejętnie potrafi sprowadzić całą rzeczywistość do jednej przyczyny, kto sugestywnie wskaże jednego tylko diabła do egzorcyzmowania - i wszystko jedno, czy diabłem tym będzie ucisk fiskalny, spisek międzynarodowej żydowskiej finansjery, rosyjska agentura, globalne ocieplenie lub korporacje farmaceutyczne - bywa, zwłaszcza przy odpowiednim stopniu natężenia społecznego niezadowolenia, niepowstrzymana. Wtedy, zaiste, za całą resztę w zupełności wystarcza walenie na odlew, bez ładu i składu.
I po trzecie wreszcie: Paweł Kukiz, unikając zrazu jakichkolwiek bardziej wyrazistych politycznych aliansów i identyfikacji, w sposób bardzo sprytny potrafił wykorzystać dwie namiętności, którym ogromne rzesze Polaków w sposób mniej lub bardziej świadomy w życiu publicznym ulegają: do poczucia socjalnego bezpieczeństwa (ewentualnie do jego negatywu: do poczucia ekonomicznego wykorzystania) i do tego naszego tak specyficznego konserwatyzmu: ociupinę ksenofobicznego, troszkę nacjonalistycznego, cokolwiek kościółkowatego, ździebko antysemickiego, tak jakby seksistowskiego, a w gruncie rzeczy - cholernie nużącego; takiego, który sprawia, że nie mając praktycznie wcale wielkiej tradycji teologicznej, jednocześnie jesteśmy w swej masie rzeszą praktykujących-nie-wierzących. Bo gdybyż to był jeszcze jakiś konserwatyzm mocny, autorefleksyjny i przepracowany - ale nie, to raczej zamieniona na filozofię zbiorowego trwania gnuśność, inercja, nasza mała intelektualna stabilizacja trwania przy prowadzących przez życie stereotypach. Bo Polak to nie nacjonalista, nie dewot - to organiczny konserwatysta z tęsknotą do państwa jak najszerszych socjalnych uprzywilejowań. To, że przydarzają nam się niemożliwe, nieobliczalne i absurdalne momenty bezprecedensowego w skali całego kontynentu, świetnie zorganizowanego oporu wobec zewnętrznej opresji, że potrafimy wszystko rzucać na jedną kartę w czasie wszystkich tych powstań warszawskich czy innych Solidarności - to temat na zupełnie inną opowieść; wiadomo, że najgroźniejsze bywa właśnie to, co gnuśne, choćby dlatego, że uderza mimo tego, że nie powinno (Andrzej Bursa swoją makabryczną miniaturę pod wszystko mówiącym tytułem Ze sposobów znęcania się nad gośćmi niskiego wzrostu kończy w sposób, który właśnie jak raz powinien być przestrogą dla wszystkich nadmiernie rozzuchwalonych polską gnuśnością: "Podobnie jak z kurduplami można postępować z garbusami. Tylko wtedy trzeba postępować ostrożnie. Taki w krytycznej chwili potrafi zabić"). Paweł Kukiz z jednej strony potrafi zyskać sympatię cokolwiek bardziej powściągliwych nacjonalistów - takich, którzy niechętnie patrzą na geja, ale do gazu by go jednak nie posłali - z drugiej, świetnie sprawdza się na wiecach związkowych, gdzie entuzjastycznie fetują go wszyscy zagrożeni rzeczywistą lub domniemaną pauperyzacją. Społeczna wrażliwość plus uderzanie w cymbały narodowej dumy i przywiązania do rzekomej polskiej arcynormalności - wielu usiłowało zagrać naraz na obu tych strunach (próbuje to robić PiS, ale brakuje mu tego kapitału Pawła Kukiza, o którym pisałem uprzednio: szczerości i prostoty), udało się tylko jemu.

***

Myślałem, że te moje wyrosłe z naprawdę najgłębszej troski o mój dziwny kraj herezje skończą się na części drugiej, ale nie da rady, mnożą się i plenią tak, że trzeba będzie do nich wracać, może raz, może więcej... A co na tymczasowy koniec? Mała antologia wierszy przemyśliwających polskość, które mnie jakoś ostatnio powierciły w mózg. Na początek Julia Szychowiak z ostatniego swojego tomu, zatytułowanego Intro. Krótko, gorzko i na temat:

Zwracam honor,
Boga
I Ojczyznę.

Krzysztof Jaworski - z trochę innego, bardziej sprywatyzowanego punktu widzenia, ale też poniekąd w temacie. Również z ostatniej napisanej przez poetę książki, zatytułowanej .byłem, wiersz Jesień stulecia:

Błogosławieni, którym Fredric
Jameson, myli się z Jenną
Jameson, w Auschwitz
przerabiali ludzi na
masło, a Herbert Grudziński
przemierzył szlak bojowy
z Armią Andersena.


Albowiem oni posiądą Królestwo Niebieskie.

I raz jeszcze Jaworski, z tej samej książki - wiersz Słodkie lata 90 ze swoją mistrzowską puentą:

Żyliśmy jak zwierzęta.
Bez iPadów, LTE i Internetu.
Dziewczyny bobry miały zarośnięte.
Rzadko goliły nogi.
Nic nie było wyjebane w kosmos.
Nic nie było zapisane na pendrivach.
Wszystko było zapisane w gwiazdach.


A na sam koniec tego tymczasowego końca - dwa fragmenty Świetnych sów Filipa Zawady, absolutnie przepiękne. Wiersz pierwszy -

Czy w Polsce jest coś yin i yang?
W Polsce jest biały i czerwony prostokąt.
Biały symbolizuje prześcieradło,
czerwony symbolizuje krew.
Prostokąt symbolizuje historię.


Dwa równoległe odcinki, które nie przecinają się w nieskończoności.

- i drugi:

Wszyscy zmarli są cudzoziemcami.
Przynajmniej przez jakiś czas.
Przynajmniej w niektórych religiach.

Cudzoziemcy są obcojęzyczni.

PO po chińsku znaczy przyszłość.
LAND po angielsku znaczy ziemia.

POL po angielsku znaczy biegun.
AND po angielsku znaczy i.

DNA prawie w każdym języku oznacza skrót DNA.
LOP po angielsku oznacza poobcinać.

niedziela, 28 grudnia 2014

O pewnej nieoczekiwanie miłej w skutkach błędnej opinii Tadeusza Soplicy

[KOMENTARZ. Niniejszy tekst jest wykładem, jaki miałem przyjemność wygłosić 5 kwietnia 2014 roku podczas organizowanego w mojej szkole - w ramach jej Dni Otwartych - Festiwalu Nauki. Zależało mi, żeby opublikować go tu właśnie teraz, między 24 a 31 grudnia tegoż samego roku... Bo tak - obchodzimy właśnie okrągłą, sto osiemdziesiątą rocznicę wydania Pana Tadeusza. A jego autor, Adam Mickiewicz, 24 grudnia 1834 roku skończył był trzydzieści sześć lat - czyli właśnie wtedy, między wigilią a sylwestrem, liczył sobie dokładnie tyle wiosen, ile teraz ma piszący te słowa. Przypadek? Pewnie tak, ale moja wiara w przypadki jest mocno ograniczona...
Pozwalam sobie dedykować ten tekst Bogusławowi Kiercowi, którego pisanie (również o tym, co przezeń przeczytane, a w czym słowa wieszczów zajmują miejsce nader niepoślednie) wyrasta z podobnego jak niniejszy wykład imperatywu poszukiwania najbardziej ekstatycznej, miłosnej i - tym samym - nie wprost wyrażonej, religijnej strony bycia.]

I.

Powiedzmy to sobie otwarcie: ta książka nie powinna była powstać – z której strony by na to nie popatrzeć, Pan Tadeusz jest wydarzeniem absurdalnym, skandalicznym, aberracyjnym. Niby wszystko o nim wiemy, przez tych równych sto osiemdziesiąt lat, jakie dzieli nas od jego pierwszego wydania, został przez literaturoznawców rozebrany do poziomu poszczególnych liter przechowywanego we wrocławskim Ossolineum w drogocennej szkatule z mahoniu i kości słoniowej rękopisu, a każde z jego kilkuset wydań – zaczytane przez kolejne pokolenia dobrowolnych i wymuszonych czytelników. A przecież wciąż jeszcze nie przestaje prowokować, intrygować, niepokoić – czegokolwiek byśmy nie powiedzieli o tej bezprecedensowej w historii polskiej kultury książce (jedna Trylogia Henryka Sienkiewicza może próbować się z nim równać pod względem siły oddziaływania na naszą zbiorową tożsamość), zawsze możemy powiedzieć coś innego. Pan Tadeusz zastygł w stereotypy i historycznoliterackie klisze, z których po minimalnym choćby namyśle niewiele pozostaje. Epopeja? Oczywiście tak, ale przecież wcale nie – bo i gawęda szlachecka, i oświeceniowy poemat heroikomiczny, i najeżony kryptocytatami z Sofiówki Stanisława Trembeckiego poemat opisowy, i powieść historyczna w stylu Waltera Scotta, i zapatrzona w renesansowy etos ziemiański Kochanowskiego i Reja oleodrukowa sielanka. Narodowa – no jasne, ale już sama definicja tego, jak Mickiewicz na użytek swego opus magnum reinterpretował nowe w romantyzmie pojęcia narodu, to temat na osobną, historyczno-socjologiczną rozprawę. A przecież nad ostatnim wielkim dziełem literackim Adama Mickiewicza znaleźliby coś do zrobienia również antropolodzy, religioznawcy, filozofowie, wszelkiego autoramentu specjaliści od flory, fauny, heraldyki, gastronomii... zaiste, badacze literatury mają czasem kłopot, by w tym tłumie dorwać się do głosu...
A przecież nie od razu tak było – gdy w roku 1834 w Paryżu wychodziły nakładem Aleksandra Jełowieckiego dwa tomy pierwszego wydania Pana Tadeusza, reakcje czytelników świadczyły jeśli już nie o jakimś piramidalnym nieporozumieniu i niedoczytaniu, to w każdym razie o sąsiadującym ze zdurnieniem niedowierzaniu. Pierwszorzędne czytające umysły polskiej emigracji – na czele choćby z Cyprianem Kamilem Norwidem, który przecież w momencie ukazywania się Pana Tadeusza był niewiele ponad dziesięcioletnim chłopcem, a w swoim czasie objawił się jako do dziś niezrównany interpretator Balladyny Juliusza Słowackiego – jeszcze wiele lat po tamtym pierwszym wydaniu dawały w listach, rozmowach i artykułach wyraz swemu zaskoczeniu, może nawet zniesmaczeniu... Bo pomyślmy: Adam Mickiewicz od mniej więcej dwóch lat chodzi w aureoli wieszcza, proroka, wizjonera – a dzieje się tak za sprawą napisania i wydania ostatniej, trzeciej części arcydramatu, którym bezsprzecznie są Dziady, a także Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, dalece bardziej niż osobliwego post scriptum do myśli mesjanistycznej, łączącego w sobie cechy traktatu historiozoficznego, broszury politycznej i apokryfu biblijnego. Nic więc dziwnego, że czytelnicy mistrza Adama (którzy z wolna zmieniają się w jego wyznawców) czekają, aż ten – niczym pewien dość popularny dziś samozwańczy sieciowy autorytet od wszystkiego – powie, jak jest... I doczekują się właśnie Pana Tadeusza, dzieła, w którym zamiast kolejnej wieszczej wizji zrozumiałej jedynie dla nielicznych wybrańców, adeptów najwyższego ducha, dostajemy... no właśnie, co? Wspomniany wcześniej Norwid, skądinąd doceniający arcydzielne walory malarskie utworu autora Grażyny, jeszcze w 1866 roku, czyli w ponad trzydzieści lat po wydaniu poematu (i w więcej niż dekadę po przedwczesnej śmierci samego Mickiewicza) tak oto pisał w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Pan Tadeusz: ulubiony i słynny poemat narodowy polski, w którym jedyną poważną i serio figurą jest kto?... Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę... Kobiet w tym arcytworze narodowym dwie: jedna-metresa petersburska, druga panienka pensjonarka, i wyrostek bez profilu wyrobionego”.
Opinia Norwida – jakkolwiek ostra – nie była bynajmniej, o czym wspominałem powyżej, odosobniona. Ale okazało się – i to kolejny paradoks Pana Tadeusza – że czytający lud okazał się mądrzejszy niż arystokraci czytania; i to właśnie ten niekłamany entuzjazm „spod strzech” (o którym marzył sam wieszcz) zdecydował o wywindowaniu spisanej w dziesięciu tysiącach wersów polskim aleksandrynem opowieści o ostatnim zajeździe na Litwie na tak szczególnie uprzywilejowane miejsce w dziejach naszego pisarstwa. Bodaj najlepszą parabolą takiego działania Pana Tadeusza wydaje mi się doskonale znana nowela Henryka Sienkiewicza Latarnik – powstała pod wpływem amerykańskich przeżyć autora Potopu, opublikowana po raz pierwszy w warszawskim dwutygodniku „Niwa” w 1881 roku. Utwór ten czytany jest najczęściej w kontekście patriotyczno-nostalgicznym – dla mnie jednak pozostaje on w pierwszym rzędzie niezwykle wnikliwą parabolą działania literatury; właśnie „działania”, bo Pan Tadeusz jest tekstem, by tak rzec, performatywnym, odsłaniającym się w interferencji, w jaką wchodzi ze świadomością czytającego. Mniej zatem interesuje mnie to, że dla tytułowego bohatera Latarnika, Polaka wiecznego tułacza Sawickiego, pod wpływem lektury zmartwychwstaje na chwilę fantazmatyczna, pragnieniowa Polska – ważniejszy wydaje mi się obraz tego, z jak przemożną siłą literatura może unieważniać życie, destabilizować egzystencję. I taki właśnie jest Pan Tadeusz: omija świadome pokłady czytelniczej percepcji, by wwiercić się w najgłębiej skryte, archetypalne głębiny doświadczania tekstu.

II.

Jedną z najpowszechniej powtarzanych legend związanych z ostatnim wielkim dziełem pierwszego z wieszczów jest ta, wedle której każdy czytający ma jakiś swój ulubiony fragment historii szlacheckiej. Wiadomo, jak to jest z legendami: trochę prawdy, sporo zmyślenia, ale owszem – ja przynajmniej takowy ulubiony passus mam i zawsze chętnie się nim dzielę. I pewnie nie będę szczególnie oryginalny, gdy wyznam, że jest nim urywek z Księgi III, dotyczący lasów i nieba. A że zakochanie ma swoje prawa, więc nie odmówię sobie przyjemności zacytowania odpowiednich wersów. Na początek moment, w którym narrator komentuje rozmowę Telimeny i Hrabiego, gdzie oboje przesądzają z kosmopolitycznym poczuciem lepszości o wyższości pejzażu włoskiego nad litewskim:

A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy
Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy!
Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,
Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,
Leszczyna jak menada z zielonymi berły,
Ubranymi jak w grona, w orzechowe perły;
A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,
Ożyna czarne usta tuląca do malin.
Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,
Jak do tańca stające panny i młodzieńce
Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona
Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona
Wysmukłością kibici i barwy powabem:
Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki
Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki,
Tam matrony topole i mchami brodaty
Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,
Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,

Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.

W sukurs narratorowi przychodzi ten trzeci – czyli Tadeusz, który chwilę później uzupełni powyższy obraz piękna przypisanego żywiołowi ziemi (nie zapominajmy, że Pan Tadeusz zakorzeniony jest w uniwersum najbardziej elementarnych wyobrażeń mitycznych) przejmującą apoteozą tego, co skojarzone jest z pierwiastkiem powietrza:

[...] To państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem,
Błękitne, czyste: wszak to jak zamarzła woda;
Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?
U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo każda chmura inna: na przykład jesienna
Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,
I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,
Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;
Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci,
Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,
Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,
Patrzcie państwo, te białe chmurki, jak odmienne!
Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi:
Ściskają się, grubieją, rosną – nowe dziwy!
Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie
Przelatują jak tabun rumaków po stepie:
Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... nagle
Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,
Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie
Cicho, z wolna po niebios błękitnej równinie!


Zacznę od dygresji naukowo mało może pożywnej, ale jednak jakoś tam nieodzownej: jakkolwiek nie uważam wcale, by do rozumienia literatury konieczne było przeżywanie tego, co doświadcza bohater (bo wówczas musielibyśmy wszyscy w trosce o samych siebie wyrzec się nadziei rozumienia choćby Procesu, Zbrodni i kary, Imienia róży czy Solaris), to nie będę też ukrywał, że w mojej miłości do tych akurat fragmentów Pana Tadeusza walnie ugruntowała mnie możność zobaczenia na własne oczy, jak zachowuje się niebo właśnie tam, czyli nad Litwą, Łotwą bądź Estonią – latem zmierzch nadchodzi tam dopiero wcale późną nocą, a wcześniej oglądanie nieboskłonu starcza za najwymyślniejszą nawet rozrywkę: wydmuchany wiatrami znad Bałtyku, nieskończenie odległy, zatłoczony kilkunastoma warstwami chmur posplatanych w zupełnie niewiarygodne kształty, wyostrzający kontury horyzontu niczym w tandetnym programie do obróbki zdjęć, przybierający kolory nie dające się opisać na żadnej palecie... Gdybym był Tadeuszem Soplicą, leżenie na trawie i niekończące się obserwowanie nieba byłoby moim głównym zajęciem w tej i tak (jeśli wierzyć przywoływanej wcześniej opinii Norwida) niegodziwie rozleniwionej rzeczywistości poematu Mickiewicza.
Dość jednak prywaty i niestosownych zachwytów: w temacie niniejszego wykładu stoi przecie – prowokacyjna nieco – teza, że opinia dwugłosu narrator/Tadeusz o lasach i niebie jest błędna. Czemu tak?
Z punktu widzenia najmocniej chyba utrwalonego w kulturze europejskiej od czasów przynajmniej renesansu etosu artysty jako kreatora światów, rację w tym fundamentalnym sporze estetycznym trzeba oddać oczywiście Hrabiemu. Jego zamiłowanie do włoskiej nieskazitelności jest w istocie rzeczy wywyższeniem władzy twórcy nad tworzywem. Artysta dąży – znów: wedle pewnej ściśle określonej, ale jednak ważnej autokreacyjnej mitologii – do tego, by móc w sposób nieograniczony powoływać do istnienia suwerenne światy. Od starożytności znana jest legenda o pojedynku między dwoma wielkimi, jak najbardziej historycznie istniejącymi malarzami z klasycznej epoki sztuki ateńskiej – Zeuksisem z Heraklei i Parrasjosem: obaj stanęli w szranki z zasłoniętymi płótnem obrazami; gdy Zeuksis odsłonił swoje dzieło, ukazały się na nim winogrona odtworzone z tak niezwykłą biegłością, że do obrazu zleciały się ptaki i zaczęły dziobać nieistniejące owoce. Dumny Zeuksis zaczął domagać się, by również Parrasjos zdjął zasłonę ze swego malunku – i w tym momencie musiał uznać wyższość przeciwnika, bo to zasłona była właśnie tym, co namalował Parrasjos. Ta sugestywna anegdota przedstawia, jak mi się zdaje, dokładnie to, co jest pragnieniem Hrabiego: tworzyć tak, by sprawować pełną kontrolę nad przedstawianym światem, by biegłość techniczna stawała się siłą magiczną porównywalną z boskim logos spermatikos Justyna Męczennika, słowem zapładniającym, zdolnym wydobywać z nicości światy doskonalsze niż ten, który nas otacza. Tadeusz, by opisać kawałek litewskiego nieba, musi się natrudzić co niemiara, a efekt jest – po prawdzie – żaden. Wszystko okazuje się nie tym, czym być miało: banalne chmury mogą wydać się pędzonym przez sokoła stadem gęsi, balonem, żółwiem, rozpuszczonymi warkoczami, przebiegającym po stepie stadem rumaków... wszystkim, tylko nie tym, czym naprawdę są. Tak samo zresztą narrator (a warto zwrócić uwagę, że Tadeusz brzmi jak jego echo, także w tym sensie, że wydaje się wyznawać podobną – podobnie chybioną – filozofię opisywania natury): również tutaj przez porównywanie drzew do menad, pasterek, dzieci, matron, wcale nie przybliżamy się do wiedzy o tym, czym jest drzewo jako – by nadużyć terminologii Immanuela Kanta – Ding an sich, „rzecz sama w sobie”... Sprawy najprostsze: mieszany bór litewski, pochmurne niebo – wymykają się nazwaniu, podczas gdy Hrabia i Telimena, zwolennicy prawdziwego, boskiego piękna, nie mają z tym problemów – Mickiewicz może poświęcić ich zachwytom niepomiernie mniej miejsca niż enuncjacjom Tadeusza: wystarczy kilka dość oczywistych elementów pejzażu włoskiego (znanych każdemu czytelnikowi bedekerów, ówczesnych przewodników) opatrzonych doskonale rozpoznawalnymi epitetami (wymienia je owa, jak ją mało grzecznie określił Norwid, „metresa petersburska”) oraz parę bardziej niż celnych określeń: „niebios błękity, morskie szumy i wiatry wonne, i skał szczyty” – i idealny pejzaż włoski jest kompletny. Doskonałość, nienaruszalność, idealność w prawdziwie platońskim sensie – doprawdy, miejsce wymarzone dla każdego, kto chce swą sztuką stwarzać złudzenie tak doskonałe, że aż doskonalsze niż niepoddający się jakiemukolwiek opisaniu świat rzeczywisty (jeden z największych myślicieli końca XX wieku, Jean Baudrillard, skonstatował ongiś, że nasza hiperrealna, nieskończenie wirtualna i medialna ponowoczesność jest światem symulakrów: kopii bez oryginałów, fikcji doskonalszych niż realność – Hrabia wydaje mi się czasem kimś, kto myśl Baudrillarda na ponad wiek przed nim całkiem adekwatnie opisał). Zresztą ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli) wyraźnie protekcjonalnym tonem pouczy kilka wersów dalej Tadeusza, że jego dzikie wyobraźniowe brewerie na temat drzew i nieba nijak się mają do tego, co stanowi istotę sztuki, a czym jest „wzlecenie w sfery ideału”; ideału – dodajmy – do którego trzeba (co Hrabia wymienia z godną prawdziwego mistrza precyzją i chłodem profesjonalisty) „punktów widzenia, grupy, ansamblu i nieba, nieba włoskiego”. I żeby już całą rzecz, niesmaczną w gruncie rzeczy i śmiesznie nieistotną, zakończyć w sposób niepodlegający dyskusji, Hrabia wyraźnie wskazuje młodemu Soplicy, że jego pomysły są właśnie błędem, skutkiem niedouczenia – mówi wszak wprost: „dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie”.
No tak – nie dajmy się jednak zwariować: najbardziej nawet bylejakiemu czytelnikowi Pana Tadeusza nie ujdzie uwagi, że to właśnie Tadzio Soplica jest tym, ku któremu skłania się sympatia narratora i autora, takoż wodzonemu przez nich ustawicznie na pokuszenie odbiorcy. Ale – jak to zwykle w przypadku tego utworu bywa – sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Przyjrzyjmy się temu, co ma do powiedzenia tytułowy bohater historii szlacheckiej tuż po tym, jak Horeszko skończy opiewać italską florę:

Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie,
Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie
I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
Któreż równać się może z drzewami naszemi?
Czy aloes z długimi jak konduktor pałki?
Czy cytryna, karlica z złocistymi gałki,
Z liściem lakierowanym, krótka i pękata,
Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?
Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy,
Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?
Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie;
Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,
Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,
Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić.


Pomińmy początkowe szyderstwa Tadeusza: porównywanie aloesu do konduktora i kompletnie już niestosowne (zwłaszcza w przytomności Telimeny), balansujące na krawędzi zwykłego chamstwa opisywanie cytryny jako brzydkiej starej panny, której jedynym atutem w grze o miłość pozostaje posag... niewykluczone, że Mickiewicz uderza w takie właśnie niezbyt grzeczne tony po to, by uspójnić ten akurat rys osobowości młodego Soplicy, który podkreśla parę wersów wcześniej: że choć bohater ten „umiał czuć wdzięk przyrodzenia”, to jednak pozostawał „prostakiem”... Bardziej przykuwa moją uwagę fragment o cyprysie: bo oto tutaj Tadeusz bezbłędnie wychwytuje, że ideał piękna według Hrabiego jest naznaczony śmiercią. Nieruchomość, oczywistość, przewidywalność – owszem, wszystko to są cechy przynależne pewnemu wyobrażeniu o tym, co prawdziwie piękne – ale też wszystko to są właściwości tego, co umarłe. I gorzej nawet – bo przecież sam cyprys nie jest umarły, on tylko pogrążony jest w żałobie, ale co to za żałoba! „Dworska” – czyli sztuczna, wymuszona, narzucona, niechciana. Spętana etykietą, tkwiąca w nakazanym bezruchu – czyli taka, która, choć niby jeszcze żywa, dubluje jednak grozę pozbawionego życia ciała. Dalsza część wypowiedzi Tadeusza – gdzie ze średnio wyszukanego żartownisia i szydercy zamienia się on w znakomitego poetę (który skądinąd – co jest jeszcze jednym argumentem za nieoczywistością rozwiązań formalnych zaproponowanych przez Mickiewicza – dziwnym jakimś trafem podejmuje dopiero co przerwaną kwestię narratora, stając się tym samym poniekąd echem głosu autora) jest logicznym przeciwstawieniem się temu, z czym kojarzy się znudzony, wampiryczny, za życia umarły cyprys:

Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,
Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,
Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy
Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!
Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,
Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?
Prawdziwie, będą z pana żartować sąsiedzi,
Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,
Malujesz tylko jakieś skały i pustynie.


Pięć pierwszych wersów podejmuje wątek śmierci, lamentacji – ale z jakże odmiennej perspektywy! Owa brzoza, jakby to ujęła psychoanaliza, przepracowuje stratę – już to syna, już to męża – wnosząc tym samym w świat umierania tętniące autentycznym bólem życie. Współcześnie zbyt rzadko pamięta się o tym (a Hrabia wydaje mi się tej niedobrej niepamięci mimowiednym antenatem), że żałoba w wywodzącym się z judaizmu (czyli również chrześcijańskim) świecie wrażliwości okołoreligijnej nie jest po to, by zasklepiać się w bólu – ona ma przywracać cierpiącego życiu. Dla ludu Pierwszego Przymierza specjalny strój i zachowanie żałobnika nie są stygmatem nietykalności, wręcz przeciwnie: nakładają one na siostry i braci w wierze obowiązek pocieszania. Ba! nawet kadisz, modlitwę za zmarłych (która skądinąd jest wielkim, wypełnionym radością i mesjańską nadzieją hymnem na cześć Jahwe) Żyd może odmawiać jedynie w zgromadzeniu zwanym minjan, które będzie towarzyszyć mu w drodze z rozpaczy i pustki do niegasnącego światła. I taki rytuał żałobny wydaje mi się odprawiać brzoza z przywoływanego uprzednio fragmentu Pana Tadeusza – jej ekstrawertyczne cierpienie włącza nas we wspólnotę współczucia, pozwala przewalczyć nieprzewalczoną jakoby śmierć. A końcówka wypowiedzi Tadeusza? „Żyzna litewska równina” przeciwstawiona została „skałom i pustyniom” – czyli mamy do czynienia z tą samą logiką: żyzność, nieokiełznana płodność, życie samo w sobie staje naprzeciwko jałowości pustyni, gdzie żyć mogą (o czym wiadomo już od czasów pierwszych chrześcijańskich pustelników) wyłącznie demony. Znakomicie koresponduje to zresztą z miejscem, gdzie Tadeusz mógł zobaczyć owe „sławione drzewa” – z ogrodem botanicznym w Wilnie, gdzie romantyczna natura (czyli coś posiadającego swą własną, sympatyczną człowiekowi egzystencję) zmienia się w przyrodę, w preparat bytujący w sposób pozorowany i (przepraszam za wyrażenie, ale okaże się ono w dalszym ciągu tego wykładu jednak uzasadnione) wykastrowany.
Wnioski? Żyje tylko to, co jest skażone błędem – Tadeusz w swoich sądach o pięknie błądzi w sposób skandaliczny i właśnie dlatego staje po stronie największego skandalu, jakim jest życie: zawsze kapryśne, wiecznie nieoczekiwane, niepoddające się planowaniu i upraszczającym osądom, którego najlepszą definicją jest przecież beznadziejne i cudowne zabłąkanie. Jego (jak również te odnarratorskie) opisy, tak bezcelowo na pozór wikłające się w coraz dalej umykające od swego przedmiotu enumeracje porównań, odtwarzają ekonomię bycia, które zawsze jest czymś innym niż to, czym wydaje się, że jest. Potęga wyobraźni przemyca wielbiciela prawdziwie żyjącej natury nie w sferę ideału, ale w dominium tej tak wysoko cenionej przez romantyków wzniosłości – czyli czegoś, co łączy w sobie grozę i zachwyt, co jest za każdym razem nowe, a tym samym nieśmiertelne. A z drugiej strony – to właśnie postrzeganie tętniącego życiem świata przez Tadeusza Soplicę wpisuje się harmonijnie w mityczną logikę sarmackiej arkadii Soplicowa i okolic. Pan Tadeusz skonstruowany jest jak fraktal – figura matematyczna, której każda część jest identyczna z całością. Cały poemat jest jednym wielkim peanem na cześć nostalgicznie chylącego się do kresu etosu ziemiaństwa I Rzeczpospolitej – i podobnie wszystkie jego części, nawet te najdrobniejsze: opisy matecznika i nieba gwiaździstego, grzybów i sadu wraz z ogrodem, zastawy stołowej i obyczaju parzenia kawy, koncerty Wojskiego, Jankiela i stawów o zmierzchu... wszędzie odnajdziemy okruchy tego samego porządku uniwersum. Nie inaczej zhierarchizowane są lasy i feerie na pochmurnym litewskim nieboskłonie: również one zdają się mówić, że to, czym żyje Soplicowo, jest najlepsze z najlepszych. Tak zatem – rozpasanie wyobraźni i odwieczny ład lechickiej ojczyzny: dwie strony życia, które czuje Tadeusz, a wobec których Italia Hrabiego zawsze pozostanie czymś nieważkim, cudacznym, obcym, obojętnym i po części przynajmniej budzącym wstręt.

III

Czas na wielki finał: wiemy już, dlaczego Tadeusz, by mieć rację w przestrzeni wiecznie i samoistnie odradzającego się, uzasadnionego w samym sobie życia, musiał zbłądzić i opuścić łudzącą swym idealnym spokojem – przysługującym zmarłym – sferę przeteoretyzowanego piękna, którego wyznawcą jest ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli). Dlaczego jednak ta błędna opinia miałaby być – jak zapowiada tytuł niniejszego wystąpienia – nieoczekiwanie przyjemna w skutkach? Jeszcze jeden fragment III Księgi poematu nad poematami:

[…] Wtem przykry dla uszu
Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu
Cichego pełno było krzyku i hałasu.

Hrabia, kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem:
„Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem!...
Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,
Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,
Wylania się serc czułych: gdy spiż z dala ryknie,
Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!”
Tu, obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie,
„Cóż zostaje?” A ona mu rzekła: „Wspomnienie!”
I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,
Podała mu urwany kwiatek niezabudek.
Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał;
Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,
Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija
Coś białego: była to rączka jak lilija;
Pochwycił ją, całował i usty po cichu
Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu.
Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały
Papier w trąbkę zwiniony; był to listek mały.
Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy,
Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.


Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, to początek tego fragmentu winien ostatecznie je rozwiać: Hrabia jest człowiekiem nieco nazbyt zafascynowanym śmiercią, pozostającym – mimo swych ewidentnie komicznych rysów, nadanych mu przez Mickiewicza – w jej niebezpiecznym, chorobliwym cieniu. Dzwon – jeśli rzeczywiście brzmi, jak chce tego autor, „przykro” – to wyłącznie dla uszu Horeszki; dla reszty towarzystwa bawiącego na grzybobraniu jest on po prostu wezwaniem na z całą pewnością krzepiący i życiodajny posiłek, jedynie Hrabiego prowokuje on do niedorzecznego w kontekście całej sytuacji, napuszonego przemówienia głoszącego nieważność i iluzoryczność wszystkiego, co istnieje. Ale nie wolno nam zapominać, że tytuł całej III Księgi brzmi Umizgi – i oto Telimena rozstrzyga teraz spór o jej względy, bo przecież również tym była dyskusja między dwoma samcami. Hrabia dostaje – całkowicie jawnie, manifestacyjnie wręcz – niezabudkę (znaną lepiej jako niezapominajka), kwiat symbolizujący pamięć: słychać to wyraźnie w obu jego, nader wdzięcznych i dźwięcznych nazwach. Przyznajmy: piękny to prezent, dowód pamięci od adorowanej kobiety, który ma jednakowoż jedną poważną wadę – niczego nie obiecuje na przyszłość, zamyka się w jałowym wspominaniu przeszłego. Nie sposób nie dostrzec w tym głębokiej mądrości Telimeny: Hrabia, jak każdy zainfekowany śmiercią człowiek, bez reszty zwrócony jest melancholijnie w to, co minione, a przed sobą ma wyłącznie – jak to w niewiele ponad dwadzieścia lat po Panu Tadeuszu powie o duchowej kondycji Emmy Bovary narrator wielkiej powieści Gustave’a Flauberta – „czarny korytarz z głucho zamkniętymi drzwiami na końcu”. Czyli dostaje to, czego pragnie i na co zasługuje... Ale – jak to często bywa – najciekawsze rzeczy dzieją się w ukryciu. Bo oto Tadeusz dostrzega wabiącą go skrycie, drugą dłoń Telimeny – moment, w którym przypada do niej z namiętnym pocałunkiem („jak pszczoła w liliji kielichu”... ach, ten Tadeusz! nawet w takim momencie nie zapomina o pulsującym życiem porównaniu) i o mało co nie wybija sobie zębów o klucz, cudownie psuje dwuznaczny erotyczny patos całej sceny – przypomina się Werter, który z właściwą sobie egzaltacją wspomina, jak to musiał prosić Lotę, by nie posypywała wysyłanych mu listów osuszającym atrament piaskiem, bo ten po zachłannym zacałowaniu kartki zgrzyta mu w ustach... Zresztą – zauważmy zupełnie na marginesie – niejedyny to moment, kiedy Mickiewicz w Panu Tadeuszu mniej lub bardziej świadomie kpi ze „zbójeckiej książki” swej młodości: wszak pierwsze spotkanie Hrabiego z Zosią dokarmiającą drób jest bardziej niż ewidentną parodią zachwytów, jakie w bohaterze powieści Goethego budzi widok narzeczonej Alberta dzielącej chleb między dzieci... Ale dość o tym: wróćmy do klucza. I do tajemniczego liściku, będącego tegoż klucza instrukcją obsługi. Wskazania tej instrukcji pozostaną dla nas niestety tajemnicą... Czyżby? Pamiętajmy, że Pana Tadeusza – jak każde dzieło wielkie – trzeba umieć czytać między wierszami. Następna księga arcypoematu przynosi nam – jak być może pamiętamy – opis wielkich łowów, na które Tadeuszowi Soplicy sromotnie się zaspało. I oto Mickiewicz opisuje nam jego niewczesne przebudzenie:

On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy
Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy
Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło.
On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,
Chroniąc się blasku. Nagle usłyszał stuknienie,
Przebudził się: wesołe było przebudzenie.
Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,
Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał:
Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdarzyło,
Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.


Już samo to, że pierwszy promień budzącego Tadeusza słońca wpada do pokoju przez świetlik w okiennicy wycięty akurat w kształt serca, wydaje się aż nieznośnie dosłowną w swej kiczowatości sugestią – bo owszem, Pan Tadeusz bywa utworem do przesady drobiazgowym jeśli chodzi o detale opisowe, ale nigdy nie jest to drobiazgowość nieuzasadniona... Ale gdyby ktoś jeszcze się wahał, to zwracam uwagę na bardziej niż dobre samopoczucie młodego Soplicy – nigdy nie zdarzyło mi się zaspać na polowanie (choćby z tego powodu, że łowiectwo uważam za dość kiepsko kamuflowane barbarzyństwo i nigdy w żadnym takim groteskowym rytuale udziału nie brałem i brać nie zamierzam), ale coś mi się wydaje, że raczej nie czułbym się z tym szczególnie radośnie. A poza tym – czemuż to naszemu Tadziowi na myśl o kończącej się właśnie nocy krew żywiej krąży, oddech przyspiesza, tętno się podwyższa?... Obstawiam, że nie z powodu źle wywietrzonego pokoju – i tak mi się coś widzi, że to w ogóle był pokój, który dało się otworzyć wyłącznie tamtym, otrzymanym w Świątyni dumania kluczem.
Nie ma wątpliwości: tej nocy Tadeusz Soplica, wielki poeta życia, zabłądził raz jeszcze – ale tym razem do miejsca, gdzie życie odsłoniło mu się w tym, co ma w sobie najbardziej ekstatycznego. A Hrabia? Cóż, z całą pewnością czerpał ogromną radość z kontemplowania niedosiężnych pragnień ucieleśnionych w kształt coraz bardziej z chwili na chwilę więdnącej niezabudki.