niedziela, 19 grudnia 2021

Zapiski z martwego domu (1). Jak złodziej

Umiłowane Siostry i umiłowani Bracia w Chrystusie!

Do Was piszę - wierzących, że przynależycie do Kościoła Katolickiego, choć coś mi się widzi, że trochę zapomnieliście, co znaczy "katolicki". To może przypomnę od razu: greckie słowo katholikos na samym początku oznaczało "powszechny" - czyli taki, który obejmuje cały świat, wszystkich ludzi, taki, w którym (jak pisał Apostoł) nie ma już Greka ni Żyda, niewolnika i jego pana. A Wy byście chcieli, żeby on był taki może mniej powszechny, żeby może bardziej narodowy. Dla wszystkich - ale jednak dla nas bardziej niż dla innych.

Nic z tego, niestety.

Wiecie, nie jestem teologiem ani biblistą, choć Pismo znam - tak sądzę - niezgorzej. A Ewangelie to nawet przeczytałem kilka razy i chyba dokładnie. I mam nadzieję, że w czasie tej lektury Duch nade mną czuwał i użyczał mi swego światła. I coś mi się mocno nie zgadza. 

No bo jak się Was, Siostry i Bracia, czyta, to wychodzi mi coś takiego, że Nauczyciel bronił tradycyjnych wartości, głosił pochwałę rodziny, był zagorzałym patriotą, jako święte traktował to, co ma się na prywatną własność. Naprawdę - może grzeszę złą wolą i może nie czytam Was tak dokładnie, jak byście chcieli, ale tak właśnie mi się jawicie, tak jakoś widzę Wasze chrześcijaństwo. Ma być tak, jak drzewiej bywało - bo Jezus. Rodzina jest święta i nierozerwalna - bo Jezus. Polskę trzeba kochać, honorowym trzeba być i w razie potrzeby ofiarę z życia w wojennej potrzebie złożyć - bo Jezus. Co moje, to moje i kraść tego nie wolno - bo Jezus.

E, gdzie tam.

Z rodziną to faktycznie, tu się możemy zgodzić - powiada Nauczyciel, że rozwodnik i rozwódka w ponownych związkach cudzołożą. A nawet - że jak się pożądliwie gapisz na żonę bliźniego swego, to już jest tak, jakbyś w myśli swojej dopuszczał się z nią cudzołóstwa. Tylko, wiecie - w tamtych czasach i w tamtej kulturze takie gadki to wcale nie była obrona tego, co etykietujecie jako tradycyjny model rodziny; bo wtedy to akurat tradycja była zupełnie inna i Jezus średnio miło trwanie przy tej tradycji nazywa, mówiąc, że to prawo wynikające z "zatwardziałości serc waszych". A ta jego wizja rodziny to naprawdę był trochę protofeminizm - bo wedle prawa "zatwardziałego serca" facet mógł się puszczać, a kobieta oddalona jako cudzołożna mogła skończyć marnie. Więc zakaz rozwodów niejedną nieszczęśnicę mógł ocalić przed kamienowaniem - że już o (nie obraźcie się, Siostry i Bracia, za słowo, od którego dostajecie czasem wysypki) równościowym potencjale takiego rozumienia świętości rodziny nie wspomnę.

Ale z całą resztą to naprawdę marnie to, Siostry i Bracia, wygląda.

No bo jakieś takie dziwnie nie pasujące do Waszego rozumienia chrześcijaństwa rzeczy mówił Nauczyciel. I w ogóle zachowywał się skandalicznie, nie jestem pewien, czy jakoś bardzo by Wam dziś do gustu przypadło to jego cudakowanie. Czas był napięty, Rzym trzymał Jerozolimę za twarz, proroków czytało się jak jakieś rewolucyjne broszury - i czekało się na tego Pomazańca, co to zstąpi w potędze i chwale, pogańskich najeźdźców i żydowskich zdrajców spopieli ogniem niebieskim i sprawi, że Góra Świątyni wystrzeli ponad pagórki i że popłyną do niej mnogie narody, by dać się olśnić blaskiem przywróconego, przemożnego królestwa Izraela. Fajna perspektywa, nie ma co udawać, że nie - tyle tylko, że ten zabawny facet z Galilei pogan, jak już ogłosił się Mesjaszem (chyba bez szczególnego parcia na szkło, skoro co i rusz nakazywał swym uczniom, żeby zatrzymali tę rewelację dla siebie), to zachowywał się tak, jakby wziął sobie na ambit, żeby wszystko to, co obiecywali prorocy, poszło nie tak.

Włóczył się w tak szemranym towarzystwie, że aż wstyd - dziwki, łapownicy, kolaboranci, jakieś kaleki, jacyś żebracy. Przepisy dotyczące już to czystości rytualnej, już to świętości obyczaju (a dla prawowiernego Żyda było to kwintesencją tożsamości jednocześnie religijnej i narodowej) traktował, ot - tak sobie; i jeszcze miał czelność pouczać, że nic, co człowieka z zewnątrz otacza, nijak go nie kala, bo tylko z wnętrza pochodzi to, co złe i nieczyste. Otaczających go ludzi aż łapy świerzbiły, żeby spuścić łomot wrogom - a ten nawet w najbardziej krytycznym momencie rugał najbliższego sobie ucznia, że to nie czas, by wymachiwać zaostrzonym żelastwem. Kraść - owszem, nie pozwalał, nie dajmy się zwariować - ale już coś, co dziś nazwałoby się sprawiedliwą redystrybucją dóbr, zdecydowanie chodziło mu po głowie, powiedział wszak, że zasługuje robotnik na zapłatę swoją i że prędzej wielbłąd wykombinuje, jak przecisnąć się jedną z najwęższych jerozolimskich bram, niż bogaty osiągnie niebo (a jeśli historia z wdowim groszem to nie było całkiem niegłupie wprowadzenie do koncepcji wartości dodatkowej niejakiego Karola Marksa, to ja już chyba nie wiem, czym jest wartość dodatkowa). Handlarzy ze świątyni wyniósł na kopach - i w ogóle jakoś się z tą świątynią (i wszystkim, co ona sobą reprezentowała) nie za bardzo raczej lubił, skoro zapowiadał dzień, w którym prawdziwie wierzący będą mogli spotkać się z Bogiem gdziekolwiek bądź, byle podchodzili do sprawy w duchu i prawdzie. A jednemu z tych, którzy chcieli pójść za nim, ale dopiero po tym, jak pochowa swojego ojca, nakazał, by umarłym zostawił grzebanie umarłych: straszne, okrutne słowa - ale takie, które najdobitniej może pokazują, że Nauczyciel na obrońcę tradycji nadaje się, najoględniej rzecz ujmując, słabo.

Wy tymczasem, Siostry i Bracia, uparcie kreujecie sobie Jezusa-tradycjonalistę, Jezusa-konserwatystę, Jezusa-patriotę, Jezusa (wybaczcie żargon) reakcyjnego. I zawsze, ilekroć sobie tego Waszego Jezusa próbuję postawić przed oczy, słyszę Was przemawiających nostalgicznymi słowami uczniów uchodzących do Emaus: a myśmy się spodziewali... No właśnie: stworzyliście sobie Jezusa na swój obraz i podobieństwo swoje, spodziewaliście się kogoś, kto Wam powie to, co chcieliście usłyszeć, zaspokoi Wasze pragnienia.

I w ogóle - nie obraźcie się, Siostry i Bracia - Wasze chrześcijaństwo wydaje mi się takie bardziej od Barabasza.

Jakże to, zapytacie, co ma chrześcijaństwo wspólnego z Barabaszem? Wbrew pozorom - ma całkiem sporo.

Bycie chrześcijaninem oznacza wiarę w osobowe uobecnienie się starotestamentalnych obietnic mesjańskich - wszak greckie słowo "christos" i jego hebrajski synonim, "maszijah", oznacza kogoś namaszczonego na bycie królem. Owszem, nam, chrześcijanom, chodzi o bardzo konkretnego pomazańca - myśmy uwierzyli, że Tym-Który-Miał-Nadejść, był Joshua z Nazaretu, ale przecież Żydzi też wtedy, dwa tysiące lat temu, na niego czekali, spodziewali się go: miał zstąpić z mocą, stanąć na czele swego ludu, zwyciężyć Rzymian i rzucić wszystkie narody ziemi u stóp odnowionego tronu Dawida i Salomona. Czy Barabasz uważał się za pomazańca - nie wiemy, ale pewne sformułowania z Ewangelii pozwalają sądzić, że nie był pospolitym bandziorem, lecz politycznym buntownikiem, rebeliantem, ważną figurą w jakimś powstańczym tumulcie; że, krótko mówiąc, wychodził naprzeciw żydowskiemu oczekiwaniu na mesjańskiego wyzwoliciela. Nie dość na tym jednak - niektórzy wcale poważni bibliści sugerują, że żadnego Barabasza nie było, że przed Piłatem stał tylko Jezus, a ten drugi pojawił się jakoś tak w międzyczasie, jako pochodna kolejnych redakcji korpusu ewangelicznego! Idąc tym tropem, kardynał Joseph Ratzinger (tak, właśnie on, emerytowany papież!) stawia hipotezę, że Żydzi domagający się uwolnienia syna Abbasa po prostu dokonali wyboru między różnymi wizjami dopełnienia obietnic mesjańskich.

I opowiedzieli się po stronie takiego Mesjasza, który i Wam, Siostry i Bracia, chyba bardziej by odpowiadał: Mesjasza-wojownika, Mesjasza-patrioty, Mesjasza-powstańca, Mesjasza narodowego. Tamten drugi był dla nich - i dla Was może byłby - nazbyt nie z tego świata.

 

 

No dobra, przechodzę do rzeczy. Bo to powyżej to był taki wstęp.

Ważne miejsce w Waszym chrześcijaństwie, Siostry i Bracia (chrześcijaństwie na barabaszowe podobieństwo uczynionym) zajmuje oczekiwanie na czas próby. 

To jest w ogóle sprawa złożona i rozległa, niesłychanie istotny rys naszego zbiorowego temperamentu, sama kwintesencja polskiej duszy anielskiej w rubasznym czerepie więzionej - nie czas i miejsce tutaj na dogłębną analizę zjawiska. Krótko mówiąc: będąc peryferią kultury zachodniej (a jak się jest peryferią, to działa tu prawo kamienia rzuconego do wody - kręgi na tafli tym są słabsze, tym bardziej rozmyte i tym bardziej spóźnione, im dalej od centrum) i mając ukryty kompleks owej peryferyjności, przez wieki wykoncypowaliśmy sobie wielce krzepiącą mitologię, że naszym dziejowym posłannictwem jest już to obrona rubieży zachodniego świata, już to przechowywanie w formie jak najczystszej wartości, które ongiś świat ów ukonstytuowały, a dziś uległy dekadencji i nihilistycznej degeneracji. Stąd barokowe wizje antemurale christianitatis, stąd podkreślanie wyjątkowości w skali kontynentu Konstytucji 3 Maja, stąd kult bitwy warszawskiej jako czegoś, co powstrzymało bolszewizację Europy, stąd ciągłe podkreślanie, że gdyby nie Jan Paweł II i Solidarność, to nie runąłby mur berliński. I tak dalej, i tak dalej - długo by wymieniać te argumenty o nieodzowności Polski dla świata zachodniego. 

I to się oczywiście pięknie spaja z tym Waszym, Siostry i Bracia w Chrystusie, barabaszowym chrześcijaństwem. Lubicie nadawać tej rzekomo przyrodzonej nam konieczności dziejowego bycia rysy mesjańskie, zbawcze. Trzecią część Dziadów znacie, pozwolę sobie mniemać, tak bardziej mgliście i pobieżnie, ale wizję ks. Piotra Polski jako Chrystusa narodów wytatuowaliście sobie na zbiorowym narodowym serduszku naprawdę grubym rylcem. No i tak trwacie w tej swojej gotowości, szukacie okazji, spinacie się na każdy odgłos fantazmatycznej złotej surmy, pławicie się w makabrycznych sentymentach za czasami powstańczych rzezi, czekacie na moment, gdy będzie można instaurować boże królestwo na ziemi, tej ziemi.

I tak się do tej swojej wizji nadchodzącego czasu próby przywiązaliście, tak mocno się (na wzór tamtych dwóch z traktu do Emaus) spodziewaliście, że to będzie dokładnie to, o co Wam chodzi, tak się zafiksowaliście na swoich uwodzicielskich, krzepiących fantazjach - że coś chyba przegapiacie. A przecież Pan nasz ostrzegał, że dzień pański przyjdzie, gdy się tego najmniej będziecie spodziewać. Że dopadnie Was znienacka, jak złodziej.

A Wyście nie słuchali. Barabasz darł się głośniej, jego chcieliście mieć za mesjasza, widzieliście się się wśród bohaterów religijno-narodowego wzmożenia, które on Wam obiecywał.

Popatrzcie na wschód, Siostry i Bracia. Ex oriente lux, stamtąd, ze wschodu pojawia się światło. Tak oślepiające, że wolicie oczy zamknąć i udawać, że nic nie widzicie. Ciemność wybieracie.

To nie jest bardzo daleki wschód - to nasza polska granica, ta z Białorusią.

Tam są oni, ci, których Pan nasz nakazał przyodziać, nakarmić i napoić, pocieszyć i w dom przyjąć.

I nic nie było w nauczaniu Pana naszego o tym, żeby przed przyodzianiem sprawdzić metkę posiadanego przez przybysza ubrania, czy aby nie jest to jakiś ciuch podejrzanie markowy. Ani o tym, że jak się przybysz sam wpakował w miejsce, gdzie nie ma nic do jedzenia i picia, to niech się sam o siebie martwi. Że ich los nie jest naszym losem, więc nie ma co pocieszać. Że przyjęcie do domu się nie należy, bo za tym jednym przyjdzie dziesięciu innych i kto za to będzie płacił, a poza tym jak ktoś chce do tego naszego wspólnego polskiego i europejskiego domu, to niech się zapowie z wizytą w miejscu do tego przeznaczonym.

Nic z tych rzeczy, same rozkaźniki, które swoją katechizmową powagą potwierdza Magisterium Kościoła: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać. Proste słowa, tak - tak, nie - nie. Bo co ponad to, od złego pochodzi.

A co do tego ostatniego uczynku miłosierdzia względem ciała, tego o grzebaniu umarłych, to najbliżej nauk Panachrystusowych jest naszym braciom muzułmanom z mizaru w Bohonikach, oni zalecenie Isy spełnili co do joty i co do kreski.

Rozumiem wszystkie pytania, do jakich prowokuje konfrontacja takiego ewangelicznego rygoryzmu z Realpolitik, naprawdę rozumiem. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ruch ludzi przez granicę trzeba kontrolować. Boimy się, że wśród tych, którzy chcą dostać się do Polski i Europy, będą ludzie źli. Widzimy, że za tym wszystkim stoją interesy rosyjskiego cara i bojara zarządzającego jego białoruską gubernią - a ustępowanie im byłoby i niebezpieczne, i niegodziwe. Podejrzewamy, że wśród tysięcy nieszczęśników uwięzionych na zamarzających poleskich bagnach mogą być grupy wyszkolone przez carski i bojarski reżim do prowokowania i eskalowania przemocy. Ważymy ekonomiczne, społeczne i polityczne koszta napływu uchodźczych i imigranckich mas.

To są pytania, na które trzeba będzie sobie odpowiadać. Być może - bo wcale nie mam pewności, ile z nich jest naprawdę zasadnych, ale ile wynika z interesu propagandowego, obliczonego na doraźny wzrost sondażowego poparcia dla władzy. A ta władza z kłamstwa uczyniła swój znak firmowy - więc nie znajduję w sobie dających się logicznie obronić powodów, bym nagle miał zacząć jej wierzyć; a na każdy serwowany przez ośrodki władzy materiał przedstawiający (na przykład) szkolenie przez białoruskich funkcjonariuszy migrantów do ataku na polską granicę, dostaję film od aktywistów, ukazujący, że całe to szkolenie to po prostu przerażająco brutalny terror. I wierzę raczej bohaterskim aktywistom niż PiS-owskim politrukom. 

No ale załóżmy jednak, że te ważkie pytania nie są jednak tak całkiem niedorzeczne, że trzeba będzie je postawić. Jeśli nawet tak - to nie teraz. Bo teraz trzeba zapobiec temu, by tam nie umierali ludzie. Bo umarłym nie da się już postawić żadnych pytań. Bo umarli nie wybaczają, umarłych o wybaczenie nie da się prosić. S,. która jest w kontakcie z wieloma Kurdami (również tymi z granicy), napisała mi i moim przyjaciołom z pewnej zamkniętej grupy dyskusyjnej, że dostała pełną wściekłej goryczy wiadomość od kogoś, kto jest jeszcze u siebie, ale kto patrząc na los swoich uciekających na zachód ziomków napisał jej, że żałuje, że Hitler nie wymordował wszystkich Polaków. Ten ktoś, Kurd, potem się zmitygował i przeprosił, ale rozumiem jego obrzydliwie niesprawiedliwą gorycz. Rozumiem, że ludzie tygodniami przepychani pod ogrodzeniem z drutu żyletkowego na jedną bądź drugą stronę granicy, są doprowadzeni do ostateczności. Rozumiem, że po tak wielu nocach spędzonych w zimnie i wilgoci w prowizorycznym obozowisku łatwo jest rzucić kamieniem w policjanta albo ruszyć z łopatą na zaporę graniczną. Rozumiem, że nie rokujące szans na rychłe zwolnienie przetrzymywanie w przypominającym więzienie ośrodku (gdzie dzienna racja dla osadzonego ma zamknąć się w głodowej kwocie dziewięciu złotych) musi w końcu zrodzić bunt.

A zresztą - nie o geopolityce tu mówimy. Bo to w ogóle są dwa oddzielne porządki - geopolityka i miłosierdzie. No i w sumie to Jezus w geopolityce był słaby (może wyjąwszy ten kawałek o denarze, który - jako cesarski - winien wrócić do cezara), specjalizował się zdecydowanie w miłosierdziu.

Bo, rozumiecie, geopolityka jest stanowczo za bardzo z tego świata. I nieuchronnie ma w sobie coś cynicznego, coś makiawelicznego, darwinistycznego nawet. Waży argumenty, dzieli to, co najbardziej niepodzielne - czyli zło - na mniejsze i większe, na zimno kalkuluje niezbędne ofiary, uznaje konieczność poświęcenia ludzkiego życia, stara się przydać sobie siły, bo działa w obrębie logiki prawa silniejszego. Dobra, niech jej (geopolityce) będzie: świat mamy, jaki mamy - i lepszy może nie będzie, więc co z tego świata pochodzi, do niego przynależy. Ale nie udawajmy, że ma to cokolwiek wspólnego z chrześcijaństwem, bo nie ma.  

Siostry i Bracia, Pan Nasz - powtarzam - nie był reakcjonistą: kiedy rękę do pługa przykładał, wstecz się nie oglądał. Był radykałem - radykałem miłosierdzia.

I miłosierdzie jego - jak każda rzecz prawdziwie radykalna - nie z tego świata pochodzi; nie próbuje - w przeciwieństwie do geopolityki - światu temu dotrzymać kroku. Pewnie dlatego tak trudno mu, miłosierdziu, sprostać.

I to jest być może właśnie ta próba, której tak bardzo oczekiwaliście, że nawet nie zauważyliście, kiedy te Wasze oczekiwania zaczęły nabierać kształtu konkretnego wyobrażenia, jak próba owa będzie wyglądała - wyobrażenia wywiedzionego wprost z barabaszowej karykatury chrześcijaństwa.

Kto wie, może to właśnie jest znak czasu, zapowiedź nadejścia owego dnia, o którym nikt nie wie, nawet Syn, tylko Ojciec i ten, komu Ojciec zechce to wyjawić? Czyż nie powiedział Nauczyciel, że dzień ów przyjdzie wtedy, gdy się najmniej spodziewać będziecie? Że włamie się do naszych oczekiwań, wyobrażeń i pragnień jak złodziej?

Wyście się spodziewali, że surma anielska wezwie Was do świętej wojny w imię chrześcijańskiego imperium - a ona nakazuje nakarmić głodnych, napoić spragnionych i przyodziać nagich. Bez weryfikowania, czy owi głodni, spragnieni i nadzy pasują do naszej definicji głodu, pragnienia i nagości.

Wyście się spodziewali splendorów zstępującego z wyżyn Jeruzalem Niebieskiego i widzieliście się w roli budowniczych nieprzebytych, gwarantujących wiekuiste bezpieczeństwo murów owego Jeruzalem - tymczasem trzeba się wyrzec już nawet nie murów, ale umownej kreski oddzielającej na mapie Polskę i Białoruś. Bo za sprawą tej kreski przybysz staje się bezdomnym, a tutaj przybyszów trzeba w dom przyjąć.

Wyście się spodziewali chwały, zaszczytów i wybraństwa, a dostajecie wezwanie do chwalebnej pokory i zaszczytnej otwartości, wybrano Was do nie liczącego się z niczym, nie budującego hierarchii, nie sprawdzającego dokumentów, absurdalnego miłosierdzia.

Więc w sumie to nawet Wam się tak po ludzku nie dziwię, kiedy w Waszych barabaszowych pohukiwaniach słyszę echa słów wielkiego inkwizytora z ponurego "poematu" Iwana Fiodorowicza Karamazowa. Stajecie oto - tak jak on, niby groźny w swym starczym majestacie, a przecież ulepiony z samych lęków kardynał wielki inkwizytor - wobec powracającego Zbawiciela i pytacie: po coś przyszedł? czemu niszczysz nasze wyobrażenia o sobie samym? czemu chcesz nas wyzwolić z naszych geopolitycznych strachów? czemu psujesz nam plany bycia twoimi wybrańcami ukształtowanymi na obraz i podobieństwo naszych dumnych marzeń? czemu nie chcesz, byśmy byli rycerzami kolejnej krucjaty? Nie takiego ciebie się spodziewaliśmy. Nie chcemy cię. Wracaj, skąd przyszedłeś, do tego twojego królestwa nie z tej ziemi. My zostajemy i dalej będziemy czekać, aż wystawisz nas na taką próbę, której będzie nam się chciało sprostać.

A tymczasem próba właśnie się zaczęła, trwa i urąga Waszym, Siostry i Bracia, wyobrażeniom.

Trwa na granicy, gdzie objawia się, rozmnożony na rzesze głodnych, spragnionych, umierających z zimna braci swoich najmniejszych - Jezus. 

Tych, którzy tam czekają na Wasze chrześcijańskie miłosierdzie, lubicie postrzegać jak złodziei - swojej kultury, swojego bezpieczeństwa, swoich podatków. I to się wszystko zgadza: zapowiadał Zbawiciel, że dzień pański przyjdzie jak złodziej, czy nie zapowiadał? Zapowiadał. I przyszedł.

Kładzie przed nami wybór: albo on, złodziej, albo uzurpator Barabasz, który obiecuje Wam, że każdego potrzebującego będziecie mogli nazwać złodziejem i Wasze poczucie przynależności do Chrystusa nie tylko na tym nie ucierpi, ale nawet się wzmocni.

Wybierajcie, Siostry i Bracia. Wybierajcie.

[do tekstu został dołączony obraz Borysa Fiodorowicza Zona]