niedziela, 28 grudnia 2014

O pewnej nieoczekiwanie miłej w skutkach błędnej opinii Tadeusza Soplicy

[KOMENTARZ. Niniejszy tekst jest wykładem, jaki miałem przyjemność wygłosić 5 kwietnia 2014 roku podczas organizowanego w mojej szkole - w ramach jej Dni Otwartych - Festiwalu Nauki. Zależało mi, żeby opublikować go tu właśnie teraz, między 24 a 31 grudnia tegoż samego roku... Bo tak - obchodzimy właśnie okrągłą, sto osiemdziesiątą rocznicę wydania Pana Tadeusza. A jego autor, Adam Mickiewicz, 24 grudnia 1834 roku skończył był trzydzieści sześć lat - czyli właśnie wtedy, między wigilią a sylwestrem, liczył sobie dokładnie tyle wiosen, ile teraz ma piszący te słowa. Przypadek? Pewnie tak, ale moja wiara w przypadki jest mocno ograniczona...
Pozwalam sobie dedykować ten tekst Bogusławowi Kiercowi, którego pisanie (również o tym, co przezeń przeczytane, a w czym słowa wieszczów zajmują miejsce nader niepoślednie) wyrasta z podobnego jak niniejszy wykład imperatywu poszukiwania najbardziej ekstatycznej, miłosnej i - tym samym - nie wprost wyrażonej, religijnej strony bycia.]

I.

Powiedzmy to sobie otwarcie: ta książka nie powinna była powstać – z której strony by na to nie popatrzeć, Pan Tadeusz jest wydarzeniem absurdalnym, skandalicznym, aberracyjnym. Niby wszystko o nim wiemy, przez tych równych sto osiemdziesiąt lat, jakie dzieli nas od jego pierwszego wydania, został przez literaturoznawców rozebrany do poziomu poszczególnych liter przechowywanego we wrocławskim Ossolineum w drogocennej szkatule z mahoniu i kości słoniowej rękopisu, a każde z jego kilkuset wydań – zaczytane przez kolejne pokolenia dobrowolnych i wymuszonych czytelników. A przecież wciąż jeszcze nie przestaje prowokować, intrygować, niepokoić – czegokolwiek byśmy nie powiedzieli o tej bezprecedensowej w historii polskiej kultury książce (jedna Trylogia Henryka Sienkiewicza może próbować się z nim równać pod względem siły oddziaływania na naszą zbiorową tożsamość), zawsze możemy powiedzieć coś innego. Pan Tadeusz zastygł w stereotypy i historycznoliterackie klisze, z których po minimalnym choćby namyśle niewiele pozostaje. Epopeja? Oczywiście tak, ale przecież wcale nie – bo i gawęda szlachecka, i oświeceniowy poemat heroikomiczny, i najeżony kryptocytatami z Sofiówki Stanisława Trembeckiego poemat opisowy, i powieść historyczna w stylu Waltera Scotta, i zapatrzona w renesansowy etos ziemiański Kochanowskiego i Reja oleodrukowa sielanka. Narodowa – no jasne, ale już sama definicja tego, jak Mickiewicz na użytek swego opus magnum reinterpretował nowe w romantyzmie pojęcia narodu, to temat na osobną, historyczno-socjologiczną rozprawę. A przecież nad ostatnim wielkim dziełem literackim Adama Mickiewicza znaleźliby coś do zrobienia również antropolodzy, religioznawcy, filozofowie, wszelkiego autoramentu specjaliści od flory, fauny, heraldyki, gastronomii... zaiste, badacze literatury mają czasem kłopot, by w tym tłumie dorwać się do głosu...
A przecież nie od razu tak było – gdy w roku 1834 w Paryżu wychodziły nakładem Aleksandra Jełowieckiego dwa tomy pierwszego wydania Pana Tadeusza, reakcje czytelników świadczyły jeśli już nie o jakimś piramidalnym nieporozumieniu i niedoczytaniu, to w każdym razie o sąsiadującym ze zdurnieniem niedowierzaniu. Pierwszorzędne czytające umysły polskiej emigracji – na czele choćby z Cyprianem Kamilem Norwidem, który przecież w momencie ukazywania się Pana Tadeusza był niewiele ponad dziesięcioletnim chłopcem, a w swoim czasie objawił się jako do dziś niezrównany interpretator Balladyny Juliusza Słowackiego – jeszcze wiele lat po tamtym pierwszym wydaniu dawały w listach, rozmowach i artykułach wyraz swemu zaskoczeniu, może nawet zniesmaczeniu... Bo pomyślmy: Adam Mickiewicz od mniej więcej dwóch lat chodzi w aureoli wieszcza, proroka, wizjonera – a dzieje się tak za sprawą napisania i wydania ostatniej, trzeciej części arcydramatu, którym bezsprzecznie są Dziady, a także Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, dalece bardziej niż osobliwego post scriptum do myśli mesjanistycznej, łączącego w sobie cechy traktatu historiozoficznego, broszury politycznej i apokryfu biblijnego. Nic więc dziwnego, że czytelnicy mistrza Adama (którzy z wolna zmieniają się w jego wyznawców) czekają, aż ten – niczym pewien dość popularny dziś samozwańczy sieciowy autorytet od wszystkiego – powie, jak jest... I doczekują się właśnie Pana Tadeusza, dzieła, w którym zamiast kolejnej wieszczej wizji zrozumiałej jedynie dla nielicznych wybrańców, adeptów najwyższego ducha, dostajemy... no właśnie, co? Wspomniany wcześniej Norwid, skądinąd doceniający arcydzielne walory malarskie utworu autora Grażyny, jeszcze w 1866 roku, czyli w ponad trzydzieści lat po wydaniu poematu (i w więcej niż dekadę po przedwczesnej śmierci samego Mickiewicza) tak oto pisał w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Pan Tadeusz: ulubiony i słynny poemat narodowy polski, w którym jedyną poważną i serio figurą jest kto?... Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę... Kobiet w tym arcytworze narodowym dwie: jedna-metresa petersburska, druga panienka pensjonarka, i wyrostek bez profilu wyrobionego”.
Opinia Norwida – jakkolwiek ostra – nie była bynajmniej, o czym wspominałem powyżej, odosobniona. Ale okazało się – i to kolejny paradoks Pana Tadeusza – że czytający lud okazał się mądrzejszy niż arystokraci czytania; i to właśnie ten niekłamany entuzjazm „spod strzech” (o którym marzył sam wieszcz) zdecydował o wywindowaniu spisanej w dziesięciu tysiącach wersów polskim aleksandrynem opowieści o ostatnim zajeździe na Litwie na tak szczególnie uprzywilejowane miejsce w dziejach naszego pisarstwa. Bodaj najlepszą parabolą takiego działania Pana Tadeusza wydaje mi się doskonale znana nowela Henryka Sienkiewicza Latarnik – powstała pod wpływem amerykańskich przeżyć autora Potopu, opublikowana po raz pierwszy w warszawskim dwutygodniku „Niwa” w 1881 roku. Utwór ten czytany jest najczęściej w kontekście patriotyczno-nostalgicznym – dla mnie jednak pozostaje on w pierwszym rzędzie niezwykle wnikliwą parabolą działania literatury; właśnie „działania”, bo Pan Tadeusz jest tekstem, by tak rzec, performatywnym, odsłaniającym się w interferencji, w jaką wchodzi ze świadomością czytającego. Mniej zatem interesuje mnie to, że dla tytułowego bohatera Latarnika, Polaka wiecznego tułacza Sawickiego, pod wpływem lektury zmartwychwstaje na chwilę fantazmatyczna, pragnieniowa Polska – ważniejszy wydaje mi się obraz tego, z jak przemożną siłą literatura może unieważniać życie, destabilizować egzystencję. I taki właśnie jest Pan Tadeusz: omija świadome pokłady czytelniczej percepcji, by wwiercić się w najgłębiej skryte, archetypalne głębiny doświadczania tekstu.

II.

Jedną z najpowszechniej powtarzanych legend związanych z ostatnim wielkim dziełem pierwszego z wieszczów jest ta, wedle której każdy czytający ma jakiś swój ulubiony fragment historii szlacheckiej. Wiadomo, jak to jest z legendami: trochę prawdy, sporo zmyślenia, ale owszem – ja przynajmniej takowy ulubiony passus mam i zawsze chętnie się nim dzielę. I pewnie nie będę szczególnie oryginalny, gdy wyznam, że jest nim urywek z Księgi III, dotyczący lasów i nieba. A że zakochanie ma swoje prawa, więc nie odmówię sobie przyjemności zacytowania odpowiednich wersów. Na początek moment, w którym narrator komentuje rozmowę Telimeny i Hrabiego, gdzie oboje przesądzają z kosmopolitycznym poczuciem lepszości o wyższości pejzażu włoskiego nad litewskim:

A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy
Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy!
Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,
Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,
Leszczyna jak menada z zielonymi berły,
Ubranymi jak w grona, w orzechowe perły;
A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,
Ożyna czarne usta tuląca do malin.
Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,
Jak do tańca stające panny i młodzieńce
Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona
Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona
Wysmukłością kibici i barwy powabem:
Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki
Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki,
Tam matrony topole i mchami brodaty
Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,
Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,

Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.

W sukurs narratorowi przychodzi ten trzeci – czyli Tadeusz, który chwilę później uzupełni powyższy obraz piękna przypisanego żywiołowi ziemi (nie zapominajmy, że Pan Tadeusz zakorzeniony jest w uniwersum najbardziej elementarnych wyobrażeń mitycznych) przejmującą apoteozą tego, co skojarzone jest z pierwiastkiem powietrza:

[...] To państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem,
Błękitne, czyste: wszak to jak zamarzła woda;
Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?
U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo każda chmura inna: na przykład jesienna
Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,
I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,
Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;
Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci,
Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,
Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,
Patrzcie państwo, te białe chmurki, jak odmienne!
Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi:
Ściskają się, grubieją, rosną – nowe dziwy!
Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie
Przelatują jak tabun rumaków po stepie:
Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... nagle
Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,
Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie
Cicho, z wolna po niebios błękitnej równinie!


Zacznę od dygresji naukowo mało może pożywnej, ale jednak jakoś tam nieodzownej: jakkolwiek nie uważam wcale, by do rozumienia literatury konieczne było przeżywanie tego, co doświadcza bohater (bo wówczas musielibyśmy wszyscy w trosce o samych siebie wyrzec się nadziei rozumienia choćby Procesu, Zbrodni i kary, Imienia róży czy Solaris), to nie będę też ukrywał, że w mojej miłości do tych akurat fragmentów Pana Tadeusza walnie ugruntowała mnie możność zobaczenia na własne oczy, jak zachowuje się niebo właśnie tam, czyli nad Litwą, Łotwą bądź Estonią – latem zmierzch nadchodzi tam dopiero wcale późną nocą, a wcześniej oglądanie nieboskłonu starcza za najwymyślniejszą nawet rozrywkę: wydmuchany wiatrami znad Bałtyku, nieskończenie odległy, zatłoczony kilkunastoma warstwami chmur posplatanych w zupełnie niewiarygodne kształty, wyostrzający kontury horyzontu niczym w tandetnym programie do obróbki zdjęć, przybierający kolory nie dające się opisać na żadnej palecie... Gdybym był Tadeuszem Soplicą, leżenie na trawie i niekończące się obserwowanie nieba byłoby moim głównym zajęciem w tej i tak (jeśli wierzyć przywoływanej wcześniej opinii Norwida) niegodziwie rozleniwionej rzeczywistości poematu Mickiewicza.
Dość jednak prywaty i niestosownych zachwytów: w temacie niniejszego wykładu stoi przecie – prowokacyjna nieco – teza, że opinia dwugłosu narrator/Tadeusz o lasach i niebie jest błędna. Czemu tak?
Z punktu widzenia najmocniej chyba utrwalonego w kulturze europejskiej od czasów przynajmniej renesansu etosu artysty jako kreatora światów, rację w tym fundamentalnym sporze estetycznym trzeba oddać oczywiście Hrabiemu. Jego zamiłowanie do włoskiej nieskazitelności jest w istocie rzeczy wywyższeniem władzy twórcy nad tworzywem. Artysta dąży – znów: wedle pewnej ściśle określonej, ale jednak ważnej autokreacyjnej mitologii – do tego, by móc w sposób nieograniczony powoływać do istnienia suwerenne światy. Od starożytności znana jest legenda o pojedynku między dwoma wielkimi, jak najbardziej historycznie istniejącymi malarzami z klasycznej epoki sztuki ateńskiej – Zeuksisem z Heraklei i Parrasjosem: obaj stanęli w szranki z zasłoniętymi płótnem obrazami; gdy Zeuksis odsłonił swoje dzieło, ukazały się na nim winogrona odtworzone z tak niezwykłą biegłością, że do obrazu zleciały się ptaki i zaczęły dziobać nieistniejące owoce. Dumny Zeuksis zaczął domagać się, by również Parrasjos zdjął zasłonę ze swego malunku – i w tym momencie musiał uznać wyższość przeciwnika, bo to zasłona była właśnie tym, co namalował Parrasjos. Ta sugestywna anegdota przedstawia, jak mi się zdaje, dokładnie to, co jest pragnieniem Hrabiego: tworzyć tak, by sprawować pełną kontrolę nad przedstawianym światem, by biegłość techniczna stawała się siłą magiczną porównywalną z boskim logos spermatikos Justyna Męczennika, słowem zapładniającym, zdolnym wydobywać z nicości światy doskonalsze niż ten, który nas otacza. Tadeusz, by opisać kawałek litewskiego nieba, musi się natrudzić co niemiara, a efekt jest – po prawdzie – żaden. Wszystko okazuje się nie tym, czym być miało: banalne chmury mogą wydać się pędzonym przez sokoła stadem gęsi, balonem, żółwiem, rozpuszczonymi warkoczami, przebiegającym po stepie stadem rumaków... wszystkim, tylko nie tym, czym naprawdę są. Tak samo zresztą narrator (a warto zwrócić uwagę, że Tadeusz brzmi jak jego echo, także w tym sensie, że wydaje się wyznawać podobną – podobnie chybioną – filozofię opisywania natury): również tutaj przez porównywanie drzew do menad, pasterek, dzieci, matron, wcale nie przybliżamy się do wiedzy o tym, czym jest drzewo jako – by nadużyć terminologii Immanuela Kanta – Ding an sich, „rzecz sama w sobie”... Sprawy najprostsze: mieszany bór litewski, pochmurne niebo – wymykają się nazwaniu, podczas gdy Hrabia i Telimena, zwolennicy prawdziwego, boskiego piękna, nie mają z tym problemów – Mickiewicz może poświęcić ich zachwytom niepomiernie mniej miejsca niż enuncjacjom Tadeusza: wystarczy kilka dość oczywistych elementów pejzażu włoskiego (znanych każdemu czytelnikowi bedekerów, ówczesnych przewodników) opatrzonych doskonale rozpoznawalnymi epitetami (wymienia je owa, jak ją mało grzecznie określił Norwid, „metresa petersburska”) oraz parę bardziej niż celnych określeń: „niebios błękity, morskie szumy i wiatry wonne, i skał szczyty” – i idealny pejzaż włoski jest kompletny. Doskonałość, nienaruszalność, idealność w prawdziwie platońskim sensie – doprawdy, miejsce wymarzone dla każdego, kto chce swą sztuką stwarzać złudzenie tak doskonałe, że aż doskonalsze niż niepoddający się jakiemukolwiek opisaniu świat rzeczywisty (jeden z największych myślicieli końca XX wieku, Jean Baudrillard, skonstatował ongiś, że nasza hiperrealna, nieskończenie wirtualna i medialna ponowoczesność jest światem symulakrów: kopii bez oryginałów, fikcji doskonalszych niż realność – Hrabia wydaje mi się czasem kimś, kto myśl Baudrillarda na ponad wiek przed nim całkiem adekwatnie opisał). Zresztą ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli) wyraźnie protekcjonalnym tonem pouczy kilka wersów dalej Tadeusza, że jego dzikie wyobraźniowe brewerie na temat drzew i nieba nijak się mają do tego, co stanowi istotę sztuki, a czym jest „wzlecenie w sfery ideału”; ideału – dodajmy – do którego trzeba (co Hrabia wymienia z godną prawdziwego mistrza precyzją i chłodem profesjonalisty) „punktów widzenia, grupy, ansamblu i nieba, nieba włoskiego”. I żeby już całą rzecz, niesmaczną w gruncie rzeczy i śmiesznie nieistotną, zakończyć w sposób niepodlegający dyskusji, Hrabia wyraźnie wskazuje młodemu Soplicy, że jego pomysły są właśnie błędem, skutkiem niedouczenia – mówi wszak wprost: „dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie”.
No tak – nie dajmy się jednak zwariować: najbardziej nawet bylejakiemu czytelnikowi Pana Tadeusza nie ujdzie uwagi, że to właśnie Tadzio Soplica jest tym, ku któremu skłania się sympatia narratora i autora, takoż wodzonemu przez nich ustawicznie na pokuszenie odbiorcy. Ale – jak to zwykle w przypadku tego utworu bywa – sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Przyjrzyjmy się temu, co ma do powiedzenia tytułowy bohater historii szlacheckiej tuż po tym, jak Horeszko skończy opiewać italską florę:

Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie,
Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie
I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
Któreż równać się może z drzewami naszemi?
Czy aloes z długimi jak konduktor pałki?
Czy cytryna, karlica z złocistymi gałki,
Z liściem lakierowanym, krótka i pękata,
Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?
Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy,
Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?
Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie;
Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,
Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,
Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić.


Pomińmy początkowe szyderstwa Tadeusza: porównywanie aloesu do konduktora i kompletnie już niestosowne (zwłaszcza w przytomności Telimeny), balansujące na krawędzi zwykłego chamstwa opisywanie cytryny jako brzydkiej starej panny, której jedynym atutem w grze o miłość pozostaje posag... niewykluczone, że Mickiewicz uderza w takie właśnie niezbyt grzeczne tony po to, by uspójnić ten akurat rys osobowości młodego Soplicy, który podkreśla parę wersów wcześniej: że choć bohater ten „umiał czuć wdzięk przyrodzenia”, to jednak pozostawał „prostakiem”... Bardziej przykuwa moją uwagę fragment o cyprysie: bo oto tutaj Tadeusz bezbłędnie wychwytuje, że ideał piękna według Hrabiego jest naznaczony śmiercią. Nieruchomość, oczywistość, przewidywalność – owszem, wszystko to są cechy przynależne pewnemu wyobrażeniu o tym, co prawdziwie piękne – ale też wszystko to są właściwości tego, co umarłe. I gorzej nawet – bo przecież sam cyprys nie jest umarły, on tylko pogrążony jest w żałobie, ale co to za żałoba! „Dworska” – czyli sztuczna, wymuszona, narzucona, niechciana. Spętana etykietą, tkwiąca w nakazanym bezruchu – czyli taka, która, choć niby jeszcze żywa, dubluje jednak grozę pozbawionego życia ciała. Dalsza część wypowiedzi Tadeusza – gdzie ze średnio wyszukanego żartownisia i szydercy zamienia się on w znakomitego poetę (który skądinąd – co jest jeszcze jednym argumentem za nieoczywistością rozwiązań formalnych zaproponowanych przez Mickiewicza – dziwnym jakimś trafem podejmuje dopiero co przerwaną kwestię narratora, stając się tym samym poniekąd echem głosu autora) jest logicznym przeciwstawieniem się temu, z czym kojarzy się znudzony, wampiryczny, za życia umarły cyprys:

Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,
Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,
Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy
Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!
Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,
Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?
Prawdziwie, będą z pana żartować sąsiedzi,
Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,
Malujesz tylko jakieś skały i pustynie.


Pięć pierwszych wersów podejmuje wątek śmierci, lamentacji – ale z jakże odmiennej perspektywy! Owa brzoza, jakby to ujęła psychoanaliza, przepracowuje stratę – już to syna, już to męża – wnosząc tym samym w świat umierania tętniące autentycznym bólem życie. Współcześnie zbyt rzadko pamięta się o tym (a Hrabia wydaje mi się tej niedobrej niepamięci mimowiednym antenatem), że żałoba w wywodzącym się z judaizmu (czyli również chrześcijańskim) świecie wrażliwości okołoreligijnej nie jest po to, by zasklepiać się w bólu – ona ma przywracać cierpiącego życiu. Dla ludu Pierwszego Przymierza specjalny strój i zachowanie żałobnika nie są stygmatem nietykalności, wręcz przeciwnie: nakładają one na siostry i braci w wierze obowiązek pocieszania. Ba! nawet kadisz, modlitwę za zmarłych (która skądinąd jest wielkim, wypełnionym radością i mesjańską nadzieją hymnem na cześć Jahwe) Żyd może odmawiać jedynie w zgromadzeniu zwanym minjan, które będzie towarzyszyć mu w drodze z rozpaczy i pustki do niegasnącego światła. I taki rytuał żałobny wydaje mi się odprawiać brzoza z przywoływanego uprzednio fragmentu Pana Tadeusza – jej ekstrawertyczne cierpienie włącza nas we wspólnotę współczucia, pozwala przewalczyć nieprzewalczoną jakoby śmierć. A końcówka wypowiedzi Tadeusza? „Żyzna litewska równina” przeciwstawiona została „skałom i pustyniom” – czyli mamy do czynienia z tą samą logiką: żyzność, nieokiełznana płodność, życie samo w sobie staje naprzeciwko jałowości pustyni, gdzie żyć mogą (o czym wiadomo już od czasów pierwszych chrześcijańskich pustelników) wyłącznie demony. Znakomicie koresponduje to zresztą z miejscem, gdzie Tadeusz mógł zobaczyć owe „sławione drzewa” – z ogrodem botanicznym w Wilnie, gdzie romantyczna natura (czyli coś posiadającego swą własną, sympatyczną człowiekowi egzystencję) zmienia się w przyrodę, w preparat bytujący w sposób pozorowany i (przepraszam za wyrażenie, ale okaże się ono w dalszym ciągu tego wykładu jednak uzasadnione) wykastrowany.
Wnioski? Żyje tylko to, co jest skażone błędem – Tadeusz w swoich sądach o pięknie błądzi w sposób skandaliczny i właśnie dlatego staje po stronie największego skandalu, jakim jest życie: zawsze kapryśne, wiecznie nieoczekiwane, niepoddające się planowaniu i upraszczającym osądom, którego najlepszą definicją jest przecież beznadziejne i cudowne zabłąkanie. Jego (jak również te odnarratorskie) opisy, tak bezcelowo na pozór wikłające się w coraz dalej umykające od swego przedmiotu enumeracje porównań, odtwarzają ekonomię bycia, które zawsze jest czymś innym niż to, czym wydaje się, że jest. Potęga wyobraźni przemyca wielbiciela prawdziwie żyjącej natury nie w sferę ideału, ale w dominium tej tak wysoko cenionej przez romantyków wzniosłości – czyli czegoś, co łączy w sobie grozę i zachwyt, co jest za każdym razem nowe, a tym samym nieśmiertelne. A z drugiej strony – to właśnie postrzeganie tętniącego życiem świata przez Tadeusza Soplicę wpisuje się harmonijnie w mityczną logikę sarmackiej arkadii Soplicowa i okolic. Pan Tadeusz skonstruowany jest jak fraktal – figura matematyczna, której każda część jest identyczna z całością. Cały poemat jest jednym wielkim peanem na cześć nostalgicznie chylącego się do kresu etosu ziemiaństwa I Rzeczpospolitej – i podobnie wszystkie jego części, nawet te najdrobniejsze: opisy matecznika i nieba gwiaździstego, grzybów i sadu wraz z ogrodem, zastawy stołowej i obyczaju parzenia kawy, koncerty Wojskiego, Jankiela i stawów o zmierzchu... wszędzie odnajdziemy okruchy tego samego porządku uniwersum. Nie inaczej zhierarchizowane są lasy i feerie na pochmurnym litewskim nieboskłonie: również one zdają się mówić, że to, czym żyje Soplicowo, jest najlepsze z najlepszych. Tak zatem – rozpasanie wyobraźni i odwieczny ład lechickiej ojczyzny: dwie strony życia, które czuje Tadeusz, a wobec których Italia Hrabiego zawsze pozostanie czymś nieważkim, cudacznym, obcym, obojętnym i po części przynajmniej budzącym wstręt.

III

Czas na wielki finał: wiemy już, dlaczego Tadeusz, by mieć rację w przestrzeni wiecznie i samoistnie odradzającego się, uzasadnionego w samym sobie życia, musiał zbłądzić i opuścić łudzącą swym idealnym spokojem – przysługującym zmarłym – sferę przeteoretyzowanego piękna, którego wyznawcą jest ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli). Dlaczego jednak ta błędna opinia miałaby być – jak zapowiada tytuł niniejszego wystąpienia – nieoczekiwanie przyjemna w skutkach? Jeszcze jeden fragment III Księgi poematu nad poematami:

[…] Wtem przykry dla uszu
Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu
Cichego pełno było krzyku i hałasu.

Hrabia, kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem:
„Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem!...
Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,
Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,
Wylania się serc czułych: gdy spiż z dala ryknie,
Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!”
Tu, obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie,
„Cóż zostaje?” A ona mu rzekła: „Wspomnienie!”
I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,
Podała mu urwany kwiatek niezabudek.
Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał;
Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,
Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija
Coś białego: była to rączka jak lilija;
Pochwycił ją, całował i usty po cichu
Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu.
Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały
Papier w trąbkę zwiniony; był to listek mały.
Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy,
Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.


Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, to początek tego fragmentu winien ostatecznie je rozwiać: Hrabia jest człowiekiem nieco nazbyt zafascynowanym śmiercią, pozostającym – mimo swych ewidentnie komicznych rysów, nadanych mu przez Mickiewicza – w jej niebezpiecznym, chorobliwym cieniu. Dzwon – jeśli rzeczywiście brzmi, jak chce tego autor, „przykro” – to wyłącznie dla uszu Horeszki; dla reszty towarzystwa bawiącego na grzybobraniu jest on po prostu wezwaniem na z całą pewnością krzepiący i życiodajny posiłek, jedynie Hrabiego prowokuje on do niedorzecznego w kontekście całej sytuacji, napuszonego przemówienia głoszącego nieważność i iluzoryczność wszystkiego, co istnieje. Ale nie wolno nam zapominać, że tytuł całej III Księgi brzmi Umizgi – i oto Telimena rozstrzyga teraz spór o jej względy, bo przecież również tym była dyskusja między dwoma samcami. Hrabia dostaje – całkowicie jawnie, manifestacyjnie wręcz – niezabudkę (znaną lepiej jako niezapominajka), kwiat symbolizujący pamięć: słychać to wyraźnie w obu jego, nader wdzięcznych i dźwięcznych nazwach. Przyznajmy: piękny to prezent, dowód pamięci od adorowanej kobiety, który ma jednakowoż jedną poważną wadę – niczego nie obiecuje na przyszłość, zamyka się w jałowym wspominaniu przeszłego. Nie sposób nie dostrzec w tym głębokiej mądrości Telimeny: Hrabia, jak każdy zainfekowany śmiercią człowiek, bez reszty zwrócony jest melancholijnie w to, co minione, a przed sobą ma wyłącznie – jak to w niewiele ponad dwadzieścia lat po Panu Tadeuszu powie o duchowej kondycji Emmy Bovary narrator wielkiej powieści Gustave’a Flauberta – „czarny korytarz z głucho zamkniętymi drzwiami na końcu”. Czyli dostaje to, czego pragnie i na co zasługuje... Ale – jak to często bywa – najciekawsze rzeczy dzieją się w ukryciu. Bo oto Tadeusz dostrzega wabiącą go skrycie, drugą dłoń Telimeny – moment, w którym przypada do niej z namiętnym pocałunkiem („jak pszczoła w liliji kielichu”... ach, ten Tadeusz! nawet w takim momencie nie zapomina o pulsującym życiem porównaniu) i o mało co nie wybija sobie zębów o klucz, cudownie psuje dwuznaczny erotyczny patos całej sceny – przypomina się Werter, który z właściwą sobie egzaltacją wspomina, jak to musiał prosić Lotę, by nie posypywała wysyłanych mu listów osuszającym atrament piaskiem, bo ten po zachłannym zacałowaniu kartki zgrzyta mu w ustach... Zresztą – zauważmy zupełnie na marginesie – niejedyny to moment, kiedy Mickiewicz w Panu Tadeuszu mniej lub bardziej świadomie kpi ze „zbójeckiej książki” swej młodości: wszak pierwsze spotkanie Hrabiego z Zosią dokarmiającą drób jest bardziej niż ewidentną parodią zachwytów, jakie w bohaterze powieści Goethego budzi widok narzeczonej Alberta dzielącej chleb między dzieci... Ale dość o tym: wróćmy do klucza. I do tajemniczego liściku, będącego tegoż klucza instrukcją obsługi. Wskazania tej instrukcji pozostaną dla nas niestety tajemnicą... Czyżby? Pamiętajmy, że Pana Tadeusza – jak każde dzieło wielkie – trzeba umieć czytać między wierszami. Następna księga arcypoematu przynosi nam – jak być może pamiętamy – opis wielkich łowów, na które Tadeuszowi Soplicy sromotnie się zaspało. I oto Mickiewicz opisuje nam jego niewczesne przebudzenie:

On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy
Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy
Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło.
On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,
Chroniąc się blasku. Nagle usłyszał stuknienie,
Przebudził się: wesołe było przebudzenie.
Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,
Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał:
Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdarzyło,
Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.


Już samo to, że pierwszy promień budzącego Tadeusza słońca wpada do pokoju przez świetlik w okiennicy wycięty akurat w kształt serca, wydaje się aż nieznośnie dosłowną w swej kiczowatości sugestią – bo owszem, Pan Tadeusz bywa utworem do przesady drobiazgowym jeśli chodzi o detale opisowe, ale nigdy nie jest to drobiazgowość nieuzasadniona... Ale gdyby ktoś jeszcze się wahał, to zwracam uwagę na bardziej niż dobre samopoczucie młodego Soplicy – nigdy nie zdarzyło mi się zaspać na polowanie (choćby z tego powodu, że łowiectwo uważam za dość kiepsko kamuflowane barbarzyństwo i nigdy w żadnym takim groteskowym rytuale udziału nie brałem i brać nie zamierzam), ale coś mi się wydaje, że raczej nie czułbym się z tym szczególnie radośnie. A poza tym – czemuż to naszemu Tadziowi na myśl o kończącej się właśnie nocy krew żywiej krąży, oddech przyspiesza, tętno się podwyższa?... Obstawiam, że nie z powodu źle wywietrzonego pokoju – i tak mi się coś widzi, że to w ogóle był pokój, który dało się otworzyć wyłącznie tamtym, otrzymanym w Świątyni dumania kluczem.
Nie ma wątpliwości: tej nocy Tadeusz Soplica, wielki poeta życia, zabłądził raz jeszcze – ale tym razem do miejsca, gdzie życie odsłoniło mu się w tym, co ma w sobie najbardziej ekstatycznego. A Hrabia? Cóż, z całą pewnością czerpał ogromną radość z kontemplowania niedosiężnych pragnień ucieleśnionych w kształt coraz bardziej z chwili na chwilę więdnącej niezabudki.

piątek, 31 października 2014

Wiersze (IV)

Zanim wiersz - to taka sobie autorefleksja.
Otóż - choruję. Zdarza mi się to niezmiernie rzadko (mówię tu oczywiście o niedyspozycjach cokolwiek poważniejszych, takich, które nie przechodzą po wieczornej herbacie z sokiem malinowym, cytryną, miodem i wódką, i po solidnym wypoceniu się nocą), a jeśli już, to w czasie wolnym od pracy, w związku z czym kończę sobie teraz powoli pierwsze od września 2003 roku el-cztery. No i Kasia śmieje się też, że skoro w ogóle zachciewa mi się chorować, to nigdy nie jest to nic banalnego - grypa, angina... Zawsze coś, co zmusza lekarzy do aktywnego wysiłku intelektualnego. Tym razem padło na różę (łacińska nazwa erysipelas, efekt niechcianej wizyty paciorkowca Streptococcus pyogenes, kod A46 wedle międzynarodowej klasyfikacji chorób zakaźnych - te sprawy). Rzuciło się na lewy piszczel, ale to nieważne.
A skoro róża - to i gorączka. Niezbijalne zrazu trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć; czyli - jak na mnie - bardzo wysoko, na granicy halucynacji. I kiedy tak trząsłem się pod kocem, nie będąc w stanie podjąć się najbardziej nawet banalnej czynności i błąkając się po krawędziach półsnu, zauważyłem, że mogę myśleć wyłącznie całymi słowami, a nawet pojedynczymi ich literami. Każda myśl przechodziła przez uporczywy filtr jakiejś kosmicznej klawiatury, na której powoli wystukiwałem absolutnie wszystko, najmniejsze nawet spięcie na synapsach. To znaczy: myślałem normalnie, odrobinę tylko wolniej, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób wszystko to odbijało się na kartce mojego mózgu powoli, wyraźnie - klawisz za klawiszem, litera za literą...
No dobra, teraz już wiersz. Trochę nawet smutny, więc akurat pod te jutrzejsze i pojutrzejsze obcowania świętych Dziadów - i trochę też (uczciwszy uszy) metatekstowo-autotematyczny, więc poniekąd korespondujący z tym, co tuż powyżej. Tytułu nie stwierdzono.

Gdy śmiertelnie znużony bezwładnie padł na tapczan,
pisnęły sprężyny wyrwane z rdzawego snu,
rozdarcie w płótnie uprzejmie przesunęło się o centymetr.
Był wieczór, jedna z tych niechętnych pór roku –
koniec listopada, początek grudnia, a być może pierwsza połowa marca.
Zmęczonymi palcami przeczesał popielatą, wieczorną twarz.
Podobnym ruchem, tyle że w odwrotnym kierunku
przygładził włosy od lat tak samo mącące nieliczne obrazy w zapadłych oczach.
Jedno, dwa bezsensowne westchnienia.
Kolejny wielki wysiłek: zapalił papierosa,
z porozrzucanych książek gapiły się na niego już tylko
zakończenia, epilogi,
milczące posłowia

niedziela, 5 października 2014

Książki zbójeckie

Jakiś czas temu na Facebooku objawiła się - o czym pewnie więcej niż wielu i wiele już wie - kolejna z takich łańcuszkowych zabaw: coś trzeba zrobić, a potem rzucić komuś wyzwanie do zrobienia tego samego (w żargonie fejsbukowym nazywa się to - średnio sensownie z gramatycznego, a więc i semantyczno-logicznego punktu widzenia; nie bądźmy jednak drobiazgowi - "nominowaniem" kogoś do czegoś). Tym razem poszło o wymienianie dziesięciu swoich ulubionych, najważniejszych czy jakich tam kto chce książek.
Z początku chciałem całą zabawę olać - bo raz, że jakoś w takich rozrywkach średnio mam czas i ochotę brać udział, a dwa, że wydało mi się groteskowo beznadziejnym typowanie akurat dziesięciu najistotniejszych dla mnie książek. Nie żebym sądził, że przeczytałem jakoś strasznie dużo - choć owszem, uważam nieskromnie, że nie było tego też mało, ale bez trudu jestem w stanie od strzała wymienić osoby, które w różnym stopniu mam za znajome, a w porównaniu z którymi moja kompetencja czytelnicza nie prezentuje się zanadto imponująco... Niemniej jednak literatura zajmuje tak istotną część mego życia (z niej przecież czerpię - w różnych bardzo znaczeniach - radość, sens i środki do życia), że pomysł wytypowania dziesięciu "najmojszych" książek wydał mi się absurdalny.
Potem jednak - oczywiście właśnie z powodu owych niemożności i absurdalności - zabawa zaczęła mnie kusić... Żeby jednak spróbować dokonać takiej drastycznej redukcji, żeby ze stert rozczytanego papieru wyłonić właśnie to, co absolutnie fundamentalne.
Spróbuję zatem. Trochę będę oszukiwał - bo książek będzie nieco więcej niż dziesięć (z powodów ważnych i przemyślanych), a poza tym, zamiast poprzestać na wymienieniu, trochę o nich poopowiadam; i to właśnie głównie z chęci wysnucia nieco dłuższej opowieści odpowiadam - absolutnie poniewczasie - na fejsbukowy czelendż właśnie tu, nie na wzmiankowanym portalu. A się-wytłumaczenie (ważne i kuszące również dla mnie samego) będzie o tyle zasadne, że chciałbym być uczciwy i nie wymieniać tego, czego się może ktoś po mnie spodziewać (także te trzy osoby, które - każdą na inny sposób - bardzo sobie poważam, a które mnie do tej gry "nominowały"), lecz zmierzyć się z tym, co mnie naprawdę czytelniczo naznaczyło... Siłą rzeczy więc będzie to po części przynajmniej wyprawa w czasy, gdy czytanie było dla mnie radością nie zmąconą nadmiernym rozrostem teoretycznego rozumku. No dobra - to jedziemy, w kolejności absolutnie arbitralnej, której logikę pozostawiam do rozstrzygnięcia ewentualnym psychoanalitykom...

1. Hugh Lofting, Doktor Dolittle i jego zwierzęta. Sprawa bardzo prosta - właśnie tę książkę przeczytałem jako pierwszą samodzielnie (na głos, bo uchodziło to z jakichś powodów za zdrowsze i lepsze dla nauki czytania). Owszem, wcześniej była mi czytana przez mamę i babcię - ale potem już sam, i jeszcze raz, i jeszcze raz... Kiedy to mogło być? Na pewno zanim poszedłem do szkoły, więc już ponad trzydzieści lat temu - a przecież do dziś pamiętam imiona większości zwierząt doktora (prosię Geb-Geb, kaczka Dab-Dab, pies Jip, małpka Czi-Czi... trochę złośliwa i zgryźliwa, pewnie z powodu zacnego wieku, ale nade wszystko mądra i życzliwa papuga nazywała się bodaj Polinezja, co o tyle mnie nie dziwiło, że nie wiedziałem, co jeszcze ta nazwa oznacza). Wiem nawet - a zapisu celowo nie sprawdzam, by pozostać wiernym temu, co dziś mi się pamięta - że Dolittle mieszkał w Pudlebby nad rzeką Marsh. Pozostałe książki o przygodach doktora - a przeczytałem chyba jeszcze ze cztery - też bardzo mi się podobały, chyba nawet przewyższały poziomem tę pierwszą, ale to właśnie jej należy się miejsce szczególne.

2. Henryk Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy. Piękne wydanie, sporego formatu, w twardej kremowej okładce (jeśli była jakaś obwoluta, to zniszczyła się zanim zdążyłem ją zapamiętać), ze znakomitymi całostronicowymi ilustracjami, dalekimi od dzisiejszej, chłamowatej i brutalnej dosadności. Nic nie poradzę - nawet dziś, gdy jestem w pełni świadom wszystkich odpychających swą rasistowską wymową stereotypów, od których aż gęsto w tej powieści, pozostaje ona jedną z najukochańszych przygód dzieciństwa. Owiana jakimś mitem, też poznana w lekturze mamy i babci jeszcze przed czasem, gdy samodzielnie mogłem brnąć przez literaturę, później przeżywana samodzielnie po wielekroć, zawsze z tym samym rozpalającym policzki zachwyceniem.

3. Edward Stachura, Cała jaskrawość i Siekierezada. Wymieniam obie naraz, bo to przecież dwie odsłony - jesienna (choć przecież nienaturalnie letnią była ta późna jesień, gdy Edmund i Witek kopali w mule tej epoki i wszystkich innych epok) i zimowa - tego samego mistycznego traktatu, wielkiej księgi wtajemniczenia w największą ekstazę bycia... Przeczytana w momencie, gdy najbardziej fundamentalne pytania egzystencjalne nabrzmiewały we mnie do rozmiarów wrzodu, który naprawdę mógł się rozlać w sposób nieobliczalnie autodestrukcyjny - a Stachura przeciął go w sposób, który przyniósł mi ulgę, z jakiej pewnie do dziś korzystam. Zawsze, zawsze składam niski pokłon jego cieniowi - tak jak składałem wtedy, choćby przez to, że moje niezdarne pisarskie próbowania (od wierszydeł po wypracowania szkolne) długo nie mogły się od stylistycznych manier autora Fabula rasa uwolnić. Podobnież chylę czoła przed tym, co zostało z M., któremu zawdzięczam pierwsze wprowadzenie w Stachurę, w magnetyzujący snobizm czytania jego nielicznym objawionych ksiąg. I myślę o tym, co kiedyś powiedział mi o Stachurze jeden z towarzyszy pierwszej mojej wyprawy w góry Ukrainy - że gdy się jest tak nieznośnie blisko życia jak Sted, to musi się to skończyć samobójstwem... M. - jak najbardziej praktyczny fascynat wojska, jazdy konnej, sztuk walki, chłop na schwał, który uczył mnie pływania, szachów, Eurobiznesu, który prowadzał mnie do kina na pierwsze filmy dozwolone od lat dwunastu - także nie uniósł ciężaru swego poharatanego wnętrza i chciał wybrać sznur, na którym zawisło jego wysportowane ciało... Przeżył - jako zdziecinniałe, zaślinione i bełkotające wspomnienie po sobie samym. Ale ilekroć kartkuję swoje zaczytane egzemplarze Stachury, tylekroć wiem, że gdzieś tam za tą mgłą tą mgłą zasnuwającą ścieśniony do rozmiarów jego obłąkanego mózgu świat M., rozciągają się niedostępne mi (i nikomu) cudne manowce.

4. John R. R. Tolkien, Władca pierścieni. To też zawdzięczam M. - i pewnie dlatego Tolkien to dla mnie najpierw magia reprodukowanych w "Fantastyce" rysunków Franka Frazetty, którym (nawet jeśli z Tolkienem nie miały nic wspólnego) M. dorabiał tolkienowskie fabuły, i tchnąca jakąś tajemniczością niezwykłość wyrównanego do prawej, chyba bez dzielenia wyrazów, druku pierwszych polskich wydań. Mój egzemplarz - trzeci wypuszczony przez Czytelnika, we współpracy z CiA-Books/SVARO w Poznaniu w 1990, oczywiście w tłumaczeniu Marii Skibiniewskiej - na szczęście jeszcze hołduje temu edytorskiemu dziwactwu, a ja chyba nie byłbym w stanie czytać Tolkiena inaczej; straciłby dla mnie cały czar pisma natchnionego, by nie rzec bluźnierczo, że nie-ręką-ludzką-uczynionego. Jeśli mierzyć to choćby ilością niespokojnych snów, w których rozgrywałem niedoczytane jeszcze przygody Froda, nostalgicznym poczuciem miałkości rzeczywistego świata konfrontowanego z sugestywnością Tolkienowskich fikcji - to nie ma przebacz, właśnie Władca pierścieni jest książką mego życia. Co kilka lat muszę go - oflankowanego przez Hobbita i Silmarillion - czytać na nowo; i za każdym razem zajmuje mi to mniej czasu niż poprzednio, choć do rekordu dziecięcego (Dwie wieże w ciągu jednego, przechorowanego na coś zakaźnego dnia) jednak się nie zbliżyłem...

5. Bolesław Leśmian, Poezje. Pierwsza wielka inicjacja w mowę wiązaną - i do dziś najbardziej w Leśmianie, którego uważam (z pełną literaturoznawczą odpowiedzialnością, kładąc na szali moje niegdyś wypowiedziane w przytomności Magnificencji Uniwersytetu Jagiellońskiego spondeo ac polliceor, do dziś traktowane, mimo rozbratu z akademią, z należną powagą) za najwybitniejszego polskiego i jednego z najwybitniejszych w ogóle poetów, fascynuje mnie właśnie to: że stawia pytania po przekroczeniu każdego kolejnego progu czytelniczego wtajemniczenia, jednocześnie pozostając pisarzem uwodzącym czytelnika, który ledwo co wkroczył (albo i nie) w nastoletniość. Oczywiście - chodzi o bardzo konkretne wydanie poezji Wielkiego Alchemika: seria Klasyki Polskiej i Obcej, PIW 1975. Skądinąd - przedziwne to były edycje: w eleganckich i mocnych, najczęściej bordowych okładkach, z tłoczonymi na złoto literami, wewnątrz których niespodziewanie kryły się stronice zadrukowane prostacko, jakby na biurowej maszynie do pisania, której czcionki niemal przebijały (zwłaszcza przy znakach przestankowych) specyficzny, niby cienki i śliskawy, ale chyba nienajlepszy papier... W moim rodzinnym domu kryło się ich trochę: wspomniany Leśmian, Gałczyński, Lechoń, antologia Poezja Młodej Polski, Palę Paryż Jasieńskiego - redakcyjna bida z nędzą najpełniej ujawniała się jednak w Broniewskim, który (skądinąd jak na rewolucjonistę przystało) wszyty został do góry nogami. Ale Leśmian: ilekroć po niego sięgam, do dziś mam taki powidok: leżę w łóżku (które podówczas, z uwagi na niejakie trudności lokalowe tamtego zabełeckiego pomieszkiwania, dość długo dzieliłem z mamą), na zewnątrz jest jeszcze jasno - więc musi to być wczesne lato albo późna wiosna. Pokój wypełnia  rozpraszana i uruchamiana przez gałęzie bzu i leszczyny, waniliowa poświata, zza okna słychać wieczorne wiejskie życie: naszczekiwania psów, koncertowania świerszczy - a ja powoli schodzę w sen kołysany niesamowitymi falami Nieznanej podróży Sindbada Żeglarza lub Zielonej Godziny, które wówczas odczuwałem tym intensywniej, im mniej je rozumiałem; na styku słów poety i wtedy jeszcze po dziecięcemu pęczniejącej od tajemnic i równie dziecięco nieogarnionej przestrzeni zaokiennej, rodzi się we mnie nieuświadamiane zrazu przeczucie, jak daleko może doprowadzić literatura.

6. George Orwell, Rok 1984. Siła tej strasznej książki, fascynującej doskonałą bezwzględnością i rozmachem swej literackiej wizji - siła, wobec której blakło wówczas wszystko, co wcześniej zdążyłem przeczytać - kryła się w dwóch rzeczach. Po pierwsze, w przeświadczeniu, że schodzę - wraz z O'Brianem torturującym Winstona - do jakichś rudymentów tego, co decyduje o byciu człowiekiem, że sięgam miejsca tak elementarnego i prymitywnego, że dalej nie ma już nic. Po wtóre - w pesymizmie (czającym się zwłaszcza w zakończeniu) absolutnym i doskonałym; nie, żebym był wtedy przyzwyczajony wyłącznie do tego, co kończy się dobrze, ale nigdy nie myślałem, że czytelnika można potraktować aż tak okrutnie, że na jedną wielką ranę, w którą po przejściu przez mrok Roku 1984 przemielił mi się mózg, można jeszcze sypnąć szuflę soli. Nie wiem, czy do dziś przeczytałem cokolwiek, co równie mocno by mnie zdołowało - jednocześnie budząc zachwyt nad precyzją i nieprzewidywalnością (dwie cechy, apollińska forma i dionizyjska treść, których połączenia, zwłaszcza tak udatnego, wcale nie spotyka się często) wyobraźni pisarza.

7. Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara. Spośród wszystkich licealnych lektur - chyba najważniejsza, zachwyt nad którą przebił nawet ten towarzyszący czytaniu Mistrza i Małgorzaty. Czytana - tak się jakoś złożyło - głównie nocami, korespondowała swym ponurym patosem z czarnym niebem (możliwość jego oglądania aż po świt to najważniejszy może znak młodości, której wszystko wolno, nawet nicować porządek czuwania i snu; skądinąd dopiero niedawno pojąłem, że skoro akcja powieści rozgrywa się w Petersburgu na początku lata, to przez cały czas jej trwania ani razu nie robi się naprawdę ciemno). No i jeszcze to wrażenie, że ma się do czynienia z czymś niewiarygodnie dobrze zrobionym, z niedościgłym mistrzostwem prozatorskiego warsztatu - wówczas niemożliwe do wyrażenia w sensownej formie, ale już zwiastujące czas studenckich drążeń i epifanii; pamiętam jakąś zażartą dyskusję o tej powieści w którejś knajpie, gdzie B., poruszona właśnie moim retorycznie chyba fortunnym entuzjazmem dla formy Zbrodni i kary, wyprorokowała mi literaturoznawczy los. Pamiętam też, że zawsze - na długo przed otwarciem pierwszej strony - fascynowała mnie jakaś majestatyczna i groźna nuta w niepokojąco polsko-rosyjskim brzmieniu nazwisku pisarza... Z czasem doszły pozostałe wielkie dzieła Mistrza z Pitra, z których za najwybitniejsze uważam jednak Idiotę - ale to Zbrodni i karze muszę przyznać miejsce nie do zastąpienia.

8. Adam Mickiewicz, Dziady. Wtedy, w liceum - to była przede wszystkim buntownicza legenda III części (tym bardziej żywa, że mój egzemplarz wydany został przez Czytelnika akurat w 1967 roku), zachwyt rozmiarami i giętkością wiersza Improwizacji, fascynacja tajemnicą czterdzieści i cztery. Późniejsze moje przygody z Dziadami (bo prędko zrozumiałem, że mam do czynienia z niemożliwą do rozerwania całością) to wchodzenie na kolejne stopnie rozumienia tego, z jak niebywałym tekstem (a raczej Tekstem) mam do czynienia. Stopień pierwszy to inscenizacja Konrada Swinarskiego (oczywiście wersja nakręcona - świetnie - przez Laco Adamika na potrzeby Teatru Telewizji), która całkowicie zniweczyła wysiłki mojej polonistki, skądinąd zresztą osoby zacnej, sumiennej i skrupulatnej, by Dziady jakoś okiełznać przez sprowadzenie ich do bezpiecznych klisz: ludowość, miłość romantyczna, patriotyzm. Dzika, szaleńcza wizja Swinarskiego, podporządkowana wyłącznie wyrwaniu Dziadów z przestrzeni teatru i powrócenia ich do godności misterium, rytuału - czyniła tekst sprzed bez mała półtora wieku nieznośnie aktualnym, dotykającym do żywego (choć oczywiście nie wiedziałem jeszcze, dlaczego). Do dziś zresztą nie mogę spokojnie słuchać ani kwestii - nie pamiętam już, czy wygłasza ją Tadeusz Malak, czy Zygmunt Józefczak - zaczynającej się od "Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!..." i kończącej na "Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,/ Myślą i wiarą dźwigać i obalać trony", ani Jerzego Treli w finalnym Do przyjaciół Moskali wieszczącego "Klątwa ludom, co własne mordują proroki". Zresztą mam wrażenie, że dziś siła tamtej inscenizacji udziela się też moim uczniom - ilekroć siedzę z nimi po lekcjach te trzy godziny (a zawsze jest to dla nich dobrowolne), tylekroć zostają przynajmniej dwie, trzy osoby, które siedzą w milczeniu jeszcze dobrą chwilę po tym, jak na Trelę/Konrada spadnie ostatni płatek śniegu. Stopień drugi to studia - zajęcia i wykłady z romantyzmu u profesora Bogusława Doparta. Dla jednych charyzmatyczny i porywający, dla innych bufonowaty i nudny; wedle jednej opinii znakomity znawca Mickiewicza, wedle innej historyk literatury dysponujący dość archaicznym aparatem badawczym prowadzącym do nieciekawych wniosków. Z całą pewnością - fanatyczny wielbciel wieszcza, a do tego osobowość na tyle sugestywna, że zarażająca swą pasją. Jego specyficzna, dość irytująca maniera wydzielania nam wiedzy z jednoczesnym sugerowaniem, że to zaledwie wycinek jakiejś niedostępnej profanom, objawionej całości, nie pozwalała ze spokojem odłożyć Dziadów na półkę, stawiała nas w rzędzie tych, którzy wobec Arcypoematu będą zawsze głupi. No i wreszcie stopień trzeci: książka Leszka Kolankiewicza Dziady. Teatr święta zmarłych - oszałamiająca swą erudycją próba udowodnienia, że dramat Mickiewicza to arcydzielna realizacja najważniejszego doświadczenia naszego gatunku: rytualnego teatru ekstazy odsyłającej nas poza wyznaczaną przez śmierć granicę naszej egzystencji. I na tym trzecim stopniu mam już niemal pewność: Dziady to najważniejszy tekst (Tekst) kiedykolwiek przez kogokolwiek napisany. Może kiedyś się to zmieni, ale teraz nic nie poradzę, tak myślę i już.

9. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Pożegnanie jesieni; James Joyce, Ulisses. Wymieniam obie naraz - bo odegrały one w moim życiu identyczną, niesłychanie ważną rolę, a do żadnej z nich nie żywię dziś szczególnej sympatii. I jedną, i drugą przeczytałem stanowczo za wcześnie - Witkacego w wieku bodaj czternastu lat (zasługa mojej polonistki z podstawówki, pani Elżbiety Jurkowlaniec - niedościgłego wzoru pedagoda, która w sensie czytelniczym i nauczycielskim uczyniła mnie tym, kim jestem do dziś), Ulissesa jako siedemnastolatek pragnący zmierzyć się z legendarną książką-nie-do-przeczytania. Obie - pozwolę sobie nieskromnie stwierdzić - w najogólniejszym zarysie zrozumiałem wtedy nie całkiem od rzeczy. I obie stanowiły wielkie wyprawy poza granice czegokolwiek, co wówczas wydawało mi się literaturą, pokazywały, że dla pisania nie istnieje nic prócz absolutnej wolności pisania.

10. Marcin Świetlicki - wiersze wydrukowane w okładce do O.grodu k.oncentracyjnego, pierwszej kasety Świetlików. W ten sposób zaczynała się moja znajomość z naprawdę nową poezją. Potem nic już nie było takie samo - i dlatego tutaj kończę. Poza tym, co napisałem, rozciąga się ocean książek i pisarzy, których cenię, poważam albo wielbię - Aleksandra Wata i Andrzeja Stasiuka, Karola Maya i Juliusza Verne'a, Jáchyma Topola i Jurija Andruchowycza, Franza Kafkę i Rolanda Barthesa, Virginię Woolf i Hertę Müller, Philipa K. Dicka i Jacka Dukaja, i Ursulę K. Le Guin, Paula Celana i Dylana Thomasa, Hansa Christiana Andersena i Edmunda Niziurskiego, Jeana Arthura Rimbauda i Johna Ashbery'ego, Andrzeja Sosnowskiego i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Bruno Schulza i Witolda Gombrowicza, i Cormaca McCarthy'ego, i Krystynę Miłobędzką, Michała Pawła Markowskiego i Marka Bieńczyka, i Stanisława Brzozowskiego, i Agatę Bielik-Robson, Czesława Miłosza i Osipa Mandelsztama...

I jeszcze paru by się znalazło. Tak przynajmniej sądzę.

środa, 10 września 2014

Sztuka nieużyta

Ponieważ nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę artystą parającym się czymkolwiek graficznym, rysunkowym i malarskim (dla jasności: żadnym innym artystą też nie), więc z tym większą, perwersyjną radością publikuję takie oto swoje wiekopomne dzieło na tym polu (artystycznym-wizualnym znaczy się). 

Bez tytułu, 2014, marker do opisywania płyt CD na kartonie, 188 na 140 cm.

Uwaga! Po pierwsze - wymiary dzieła tylko przypadkowo są takie same jak rozmiar sofy z pewnego sklepu meblowego, który to sklep miał ongiś święte prawo do szczycenia się swoją skandynawską solidnością, a której to sofy opakowanie (z sofą w środku) jakoś tak prowokująco zagracało przez dni kilka przedpokój... Po wtóre: jest to jedyna istniejąca kopia dzieła, oryginał został w buddyjskim niemal duchu pogodzenia z nieuniknionym wyekspediowany do pojemnika na śmieci papierowe.