poniedziałek, 30 grudnia 2013

Apophrades

Pewnie nigdy bym nie napisał o Andrzeju Stasiuku, gdyby nie trzy rzeczy.

Po pierwsze - i najprostsze: wyżej wymieniony po latach kiepskiej formy, znaczonej tytułami tak smutno nieudanymi jak choćby Dojczland (bezwzględnie uczciwy w odsłanianiu źródeł własnego resentymentu, ale brzmiący jak karykatura samego siebie), Grochów (trudno dyskutowalny ze względu na nieznośnie intensywny osobisty ton, ale - wstyd przyznać - pozostawiający mnie kompletnie obojętnym), a zwłaszcza Taksim (po prostu marny - bez żadnego "ale", bez czegokolwiek, co mogłoby go wybronić), no więc Andrzej Stasiuk wreszcie napisał książkę wybitną: Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. Oczywiście - wielu jest takich pisarzy, którym raz idzie lepiej, raz gorzej - ale pisarstwo Stasiuka zbyt wiele dla mnie znaczy, mam z nim zbyt mocny, toksyczny związek (incydentalnie jako - za przeproszeniem - literaturoznawca, ale przede wszystkim jako czytelnik), bym wobec faktu napisania przezeń książki tak dobrej mógł przejść obojętnie.

Po wtóre - bo przeszły już święta Bożego Narodzenia, stary rok chyli się ku nowemu, a dookoła nas ciągle jesień, raz mroźna, opatulona w szron, kiedy indziej znów spowita cuchnącą krakowską mgłą, z rzadka deszczowa i depresyjna jak słuchanie na kacu Toma Waitsa ze starej, przeciągającej kasety, a teraz z kolei - irracjonalnie ciepła, doprowadzająca do przedwczesnego wiosennego szaleństwa pędy roślin, jeże, muchy i gołębie. Najważniejsze jednak, że ma te nieprawdopodobne momenty, kiedy całą swoją eteryczną (choć jednocześnie ciężką, dotykalną) przestrzeń oddaje w niepodzielne władztwo ptaków. Dzieje się tak najczęściej albo wczesnym rankiem, albo późnym popołudniem, kiedy to, co na ziemi i tuż nad nią spowite jest jeszcze (albo już) gęstym jak atrament mrokiem, podczas gdy tym jaśniejszy prawem kontrastu nieboskłon dziczeje w barwy, które wydają się ściekać wprost z malarskich szaleństw Jacksona Pollocka. I wtedy, w tej ciszy, nadciągają one: setki, może tysiące gawronów, kawek, wron zasnuwają powietrze, pękające od łopotu skrzydeł i krakania. Jest w tym widoku coś nie do ogarnięcia - myśl nie wyrabia, kapituluje i zastyga w pozbawionej rozumnego wsparcia percepcji. Emanujące jakąś nieprzeniknioną, niedocieczoną kolektywną inteligencją zasnuwanie, przelatywanie, krakanie, łopotanie. Nie jestem w stanie naciąć guza pulsującego uczuciami, jakie budzi we mnie ten widok... Jestem patrzeniem: w ziemię i niebo, które wydają mi się odepchnięte od siebie na jakąś kosmiczną odległość. Jestem słuchaniem: muszę się cały zmieścić w ściegu, jaki pozostaje między ptakiem a tąpnięciem jego skrzydeł i zduszoną sylabą zwieszoną z dzioba.

Po trzecie wreszcie: bo złożyliśmy z Kasią przedświąteczną wizytę H. (właśnie tak: mógłbym, parafrazując Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda, powiedzieć, że H. nie jest osobą, do której się "wpada" lub "zagląda"; jej się "składa wizyty"). No więc H., nieuleczalna humanistka w wydaniu konserwatywno-tradycjonalistycznym i o lwowskich korzeniach, ma dobrze ponad siedemdziesiątkę, zapierającą dech bibliotekę (tak na półkach, jak i w głowie), krewki temperament i niepowściągliwy język, a za sobą - życie, którego można jej równie dobrze pozazdrościć, jak i nie. Można - bo H. ma prawo patrzeć wstecz, na znaczące jej czas dramatyczne węzły polityki, historii i tego, co bardziej osobiste, bez cienia wstydu. Nie można - bo nikt nie powinien życzyć sobie, by jego siła woli, duchowy kręgosłup i władza sądzenia dojrzewały w tak bolesnych zderzeniach ze światem. Najprawdopodobniej nie zgadzam się z H. w jakichś - lekko licząc - osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu procentach: Ukraina i Rosja, patriotyzm i lewica, nauczanie języka polskiego i historii, literatura i teatr, martyrologia i kondycja współczesnego Polaka... o wszystkich tych tematach wołamy do siebie najczęściej z przeciwnych brzegów bezdennej jakiejś przepaści. I właśnie z tego powodu uwielbiamy z Kasią H. - bo zawsze się wzajem słuchamy, zawsze jesteśmy ciekawi swojego zdania; a ona - i za to jestem jej szczególnie wdzięczny - nigdy nie użyła wobec nas kontrargumentu z wieku, z życiowego doświadczenia, przeczuwając (choćby tylko instynktownie), że dzięki temu międzypokoleniowa dyskusja zawsze nigdy nie osunie się w jałową, jednostronną, pryncypialną i protekcjonalną gawędę weterana czasów słusznie minionych.
Tego wieczora H. opowiada - między innymi - o swojej ciotce (nazwijmy ją Waderą von Ungern-Sternberg), która w 1945 roku jako ostatnia z rodziny opuszczała Lwie Miasto, na dosłownie kilka chwil przed tym, jak Sowieci zamknęli granice, by mocą mocarstwowych dekretów oddać Związkowi Radzieckiemu to, co arbitralnie zdecydowano nazywać cesarskim. Ciotka Wadera szlocha, miota się w rozpaczy po pustoszejącym mieszkaniu, dopycha do walizki to, co najpotrzebniejsze. Na sam koniec trafiają tam rodzinne zdjęcia, które mają zaświadczać przyszłym pokoleniom rozproszonej przez historię familii o istnieniu arkadyjskiego czasu lwowskiego mitu. Nie wiem, być może to kwestia sugestywności sposobu opowiadania H., ale ten obraz przejął mnie do głębi - Wadera w chaosie ubywającej rodzimości Lwowa staje do nierównej walki o sens swojego świata przeciwko czasowi. Widzę w tym gest pełen najczystszego tragicznego patosu, daremną próbę wyrwania zębów jadowych nostalgii w desperackim wyprzedzającym ataku; przypominam sobie, co opowiadał Filip Springer o swoich wizytach w Miedziance, mieście skazanym na nieistnienie, kiedy kilka dekad po owym znicestwieniu jeden z dawnych mieszkańców Kupferberga chodzi po łąkach i błocie tak, jakby przemierzał ulice i place miejsca swej młodości, jakby brał się za bary z nostalgicznym upiorem - Springer mówił, że dotknęło go to daleko mocniej niż historie retorycznie znacznie wyraziściej obliczone na wzruszenie. Po tej opowieści H. rozumiem go tym pełniej.

No dobra - ale skoro już wiem czemu, to teraz pytanie brzmi: czemu miałbym nie pisać o Stasiuku. Odpowiedź - jak wiele innych - można znaleźć u Harolda Blooma.
Od dawna pociągała mnie myśl autora Lęku przed wpływem, jego wizja konstytuowania się piszącej tożsamości jako czegoś, co powstaje w ciągłej konfrontacji z cieniami wielkich mistrzów. Twórcza suwerenność - powiada Bloom - przechodzi przez kolejne konfrontacyjne kręgi wtajemniczenia, a w każdym z nich na inny sposób udaje, że jest niezależna od słów mistrza; każe sobie podawać (by sięgnąć po tak ważną dla samego Harolda Blooma metaforykę psychoanalityczną) wciąż nowe dania na totemicznej uczcie, gdzie pożera się ciało własnego ojca. A ostatnim z tych kanibalistycznych aktów ma być apophrades - czyli moment przyznania się (choć oczywiście już na własnych prawach) do zadłużenia w dziele tego wielkiego innego.
Lektura Nie ma ekspresów przy żółtych drogach była dla mnie takim właśnie "powrotem zmarłych", apophrades - czas dojrzał do tego, by stanąć w prawdzie przed sobą i przyznać, że mój sposób doświadczania świata (zwłaszcza jako czegoś istniejącego o tyle tylko, o ile jest wydane przemocy czasu), frazowania zdań, przywiązanie do konstrukcji retorycznych wysilonych ku temu, by znieść granicę między tym, co konceptualne a tym, co sensualne... że to wszystko mam ze Stasiuka. Trudno, nic nie poradzę; starałem się jak mogłem, żeby ustrzec się jego uwodzicielskiej siły (tak jak wtedy, gdy pisałem dość dużą rozprawę, która weszła później do tomu Ćwiczenia z rozpaczy, a w której to starałem się jak najjaskrawiej obnażyć w pisarstwie You-Know-Who wszystko to, co w nim najbardziej niebezpieczne, podziemne, negujące), ale widzę, że nic z tego nie wyjdzie. Z całą siłą uświadomiłem to sobie właśnie czytając ostatnią jego książkę, gdzie w niewiarygodnie hipnotycznej formie rozblasków wydobywanych z otaczającego nas zewsząd mroku zawarł wszystko, co w nim najlepsze.

Czyli co? Oczywiście ptaki zasnuwające jesienne niebo. Oczywiście grafinię Waderę von Ungern-Sternberg usiłującą wcisnąć ujadający czas w przestrzeń jedynej pozostałej przy życiu walizki.   

niedziela, 15 grudnia 2013

...zawsze są wolne

Wiersze zawsze są wolne. Taki tytuł nosiła wydana kilka lat temu przez wrocławskie Biuro Literackie, przetłumaczona i zredagowana przez Bohdana Zadurę antologia poezji ukraińskiej. Nie mogę nie myśleć teraz o tej frazie - teraz, gdy bardzo chciałbym zrobić coś, żeby z kijowskim Majdanem nie łączył mnie tylko mróz.

Pewnie to trochę kwestia wspólnictwa krwi... w końcu jestem w jednej czwartej stamtąd: moja babcia ze strony mamy pochodziła z samego serca Kozaczyzny; pragnąłbym, aby przedziwna i piękna historia miłości jej i dziadka była paradygmatem wszelkiej opowieści o Polsce i Ukrainie. Boli mnie, że tak nie jest. I z tego bólu odrywam się od wszystkiego innego, od jednej i od drugiej pracy, od zajmujących wielką część mnie myśli o błogosławieństwie, o którym - daj Boże - będę tu pisał za czas jakiś; odrywam się, by w ostrym słońcu ostatnich jesiennych dni i w ogłupiającej mgle tych najdłuższych w roku nocy słać swój słaby głos w przestrzeń, licząc, że jakieś jego echo metafizyczną siłą mej woli dotrze właśnie tam.

Czy jest to tekst polityczny? I tak, i nie. 
Nie - bo chciałbym uniknąć mówienia braciom Ukraińcom: zróbcie tak, nie róbcie inaczej; stawiajcie na Kliczkę, nie wierzcie Janukowyczowi; wspierajcie Tymoszenko, nie wspierajcie Jaceniuka (albo na odwrót). Tego nie powiem: raz dlatego, że wierzę, iż ukraińskie społeczeństwo dojrzało do dokonywania samodzielnych wyborów, czego dowód dało kilka lat temu, w tamten pomarańczowo gorący czas, gdy zmusiło na poły totalitarną władzę do respektowania reguł gry w demokrację (inna rzecz, że wielką tragedią tego narodu jest niemożność wyboru kogokolwiek, kto na wybór zasługiwałby); dwa - bo wszelkie pouczanie skażone byłoby grzechem pryncypialności, a tego w naszym widzeniu Ukrainy było od czasów pierwszej Rzplitej aż nadto. I kończy się to zawsze tym, co Piłsudski miał do powiedzenia internowanym po traktacie ryskim, haniebnie oszukanym przez Polaków ukraińskim oficerom: "Ja was przepraszam, panowie. Ja was bardzo przepraszam, tak nie miało być".
Ale oczywiście jest to tekst polityczny - w tym sensie, że wyrasta z tego rozumienia polityki, które dziś zostało doszczętnie ugnojone, a które w starożytnej Grecji oznaczało zatroskanie o dobro polis, wspólnoty. Bo wierzę, że z Ukraińcami dzieli nas tak wiele, że możemy zdobyć się na zuchwałość próby przekroczenia morza krwi i pogardy. Wierzę, wierny temu, co 28 marca 1848 w Rzymie Adam Mickiewicz ogłosił jako ostatni, piętnasty punkt swego Składu zasad: "Pomoc polityczna, rodzinna, należna od Polski bratu Czechowi i ludom pobratymczym czeskim, bratu Rusowi i ludom ruskim". O moim najgłębszym doświadczeniu bliskości z bratem Czechem pisałem tu już latem aż nadto - a teraz patrzę na słowo wieszcza i nie po raz pierwszy myślę, że gdybyśmy tego całego Mickiewicza mniej uwielbiali, a częściej czytali i lepiej rozumieli, to wszystkim nam wyszłoby to na zdrowie. No bo mądrze napisał: "pomoc" ma być "polityczna", ale płynąca z tego, że takie jest zobowiązanie "rodzinne" względem "pobratymca". Właśnie: zobowiązanie - ta "pomoc" jest "powinna"... Wychodzi to naprzeciwko zgrozie, która ogarnia mnie, gdy czytam komentarze pod sieciowymi doniesieniami o tym, co dzieje się w Kijowie: krwiste gówno leje się jeszcze gęściejszą strugą niż kiedykolwiek - poczucie wyższości bękarciego pomiotu dawnych sarmackich sahibów, z których każdy czuje się wymordowany przez UPA i z wielkim znawstwem pierdoli coś (ja was przepraszam, czytelnicy; ja was bardzo przepraszam, takiego słowa być nie powinno, ale jedynie ono daje miarę jakości z mdłościami charakteryzowanego dyskursu) o żebrakach, złodziejach, łapówkarzach, banderowcach. A przecież Mickiewicz także musiał przekroczyć granicę nienawiści wobec tego, co rosyjskie i ruskie, a co wówczas było dla Polaka zaborcze, wrogie i ciemiężące (jasne, miał na to swoją dialektykę bratniego ludu ruskiego i złowieszczego carskiego Molocha - dialektykę może i nazbyt wysubtelnioną, ale przecież o wiele mądrzejszą niż imperialne słowianofilstwo Dostojewskiego, którego genialny powieściopisarski umysł tak często błądził po bezdrożach demonicznego szaleństwa). Dlatego z taką złością patrzę, jak na Majdanie ukraińscy narodowcy głoszą chwałę Stepana Bandery - i myślę sobie, ile jeszcze wody w Wiśle i Dniestrze będzie musiało upłynąć, nim wreszcie staniemy wobec siebie w prawdzie, nim pojmiemy, że za tych naszych antenatów, którzy przez wieki działali w sprawie polsko-ukraińskiej, znacznie częściej musimy się wstydzić, niż być dumnymi. Oni - za wołyńskich ludobójców z UPA, my - za wieki traktowania wschodnich rubieży jako zamieszkanych przez niewolnych podludzi, za magnackich rzeźników topiących kolejne kozackie i ruskie zrywy w ogniu i jusze.
No i jeśli jest to tekst polityczny, to z jednego jeszcze powodu: prezydent Janukowycz, owszem, wybrany został w demokratycznych wyborach - stąd niektórzy samozwańczy kanapowi doradcy z Polski (i nie tylko) mówią, że powstrzymywanie buntów na Ukrainie jest demokratycznej władzy prawem, że nikt nie może stanowić porządków w państwie drogą rozruchów. Na to odpowiedź jest krótka: tak, władza winna dbać, by uliczna przemoc nie stała się prawem; ale jeśli w imię tego władza z dziką brutalnością napada przed świtem na śpiących w namiotach demonstrantów, jeśli za najlepszą obronę uznaje atak, jeśli ucieka się do pomocy chuligańskich bojówek, które wspomagają jej działanie terrorem - to taka władza, choćby nie wiem jak demokratycznie wybrana, traci legitymację do sprawowania urzędu. I nie ma znaczenia, czy ma przeciwko sobie dziesięciu, czy milion niezadowolonych - nic nie rozgrzesza obrony demokratycznie zdobytego urzędu drogą metod innych niż demokratyczne właśnie, tak jak względny dobrobyt w Chile za rządów Augusto Pinocheta w niczym nie zmienia faktu, że Pinochet był wampirycznym mordercą.

Ale jednak polityka na bok. Bo zanim przyjdzie nam (choćby tylko w myślach) spotkać się z braćmi Ukraińcami, by zapytać: co u was? I dalej: czy aby na pewno wasza droga jest najlepsza, jaką mogliście wybrać? No więc zanim to wszystko, zanim zaczną się pytania, sugestie, wątpliwości - trzeba zakrzyknąć do zdarcia gardła: jesteśmy! Można też - by pozostać konsekwentnym - znów wołać tym przeklętym Mickiewiczem, że "wasze cudzoziemskie twarze mają obywatelstwa prawo w mych marzeniach", że krzyczy się w imię nadziei, iż krzyki te "zwiastują wolność, jak żurawie wiosnę". Ważne, żeby krzyczeć - najlepiej widząc pojedyncze twarze (choćby nawet były to twarze tych, których rozpacz i frustracja popychają do szaleńczej wiary w wierność tradycji OUN); bo nie wiem - może tam jest ktoś z mojej dalekiej, nigdy dobrze nie rozpoznanej rodziny?... A już na pewno są tam ci, z którymi teraz mi najbliżej - znakomici ukraińscy pisarze: Jurij Andruchowycz, który już dawno powinien dostać Nobla, Serhij Żadan, przy którego Depeche Mode albo Big Macu śmiałem się tak gorzko. I prawdę powiedziawszy, wszystko to, co tu napisałem, napisałem wyłącznie z myślą o nich.

"Nikt bowiem nie jest nieodwracalnie stracony i wielu poetów nadal pisuje kredą na ścianach komisariatów na południu, północy, zachodzie i wschodzie tej ohydnej, przecudownej ziemi" (Julio Cortázar, W osiemdziesiąt światów dookoła dnia).

niedziela, 17 listopada 2013

Wiersze (III)

Powrót dorzeczy

Piotrowi Sommerowi

Zanim przyjdzie burza. Nim powrócą dorzecza.

Tylko ustaw się tak, żeby żaden spóźnialski giermek
(ktoś z tamtych na swój sposób rycerskich czasów)
nie zasłonił ci wiersza - tu spóźniać się mają tylko
przedwczesne przestrzenie: przemoknięte 
obietnice ciał. W poczuciu misji ustanowią
zmysłową ramę obrazu po lewej.
Będziesz strzepywał krople z naddartych pergaminów świateł
opasujących cię po przekątnej. Uważaj na żyletki,
zakaźne i - jak sama nazwa wskazuje - dożylne,
choć ze szkła. Szklane? A tak, szklane - 
i mimo to nieprzejrzyste, co więcej: mroczne.
Zakwitnij jak bez: obawą, światło
dominuje jeszcze w tej dekompozycji.
Wciąż tnie cię na strofy.

Nadejdzie burza. Wrócą dorzecza.

Burza zawładnęła - wieczorem, gwałtem i miastem.
Okna zamknięto, zamknęły się ulegając
naporowi dorzeczy (to się nazywa bodajże kaptaż).
Twoja twarz niech będzie na zewnątrz, niech pozostanie
kobiecą - aby włosy płynnie przepływały
w deszcz. To ci uprości pismo do postaci...
będzie muzyka - nic wielkiego: flet, gitary akustyczne,
głos, wiolonczela (to najbardziej seksowny instrument, powiedział, 
muzyka dobywa się jakoby spomiędzy ud kobiety).
Tymczasem - nie bacząc na jak zawsze 
nazbyt wczesny zmierzch - twarz twoja niech pozostanie
na zewnątrz. Zwielokrotnią się płomyki świec: święte oczy
Seweryna - prawe wzniesione, lewe jak gwiazda, oba płoną.
A pamięć coraz głośniej zawodzi. Gotyk taki zmanierowany.
To może być zresztą kwartet smyczkowy, co unieważni
sporą część poezji, a cesarz przegra z kajzerem.

Burza i dorzecza.

Każdy wiersz to post scriptum do reszty.
PS - to jak Piotr Sommer bez iotr i ommer.
A co to takiego ten iotromer? Jotromer?
Sekretny narząd poetycki? Sakralny nierząd poetycki?
No i ta reszta?
Czy powrót dorzeczy, kaptaż, cofanie się do źródeł?

Burza. Do rzeczy powraca cichnący krzyk: Mirando!
Mirando! Mirando!

Nie wiem, nie znam, nie czytałem, nie czytałem.

niedziela, 3 listopada 2013

Oto obchodzimy Dziady...

Mijają jak zawsze - jak wszystko i wszyscy. Zwyczajowo hałaśliwi nieco Wszyscy Święci - oczywiście, hałasują nade wszystko żywi, uginający się pod ciężarem donic z chryzantemami, opalający sobie rękawy świeżo kupionych jesionek nad wycudaczonymi zniczami, ale i dostojni nasi niebiańscy orędownicy zdają mi się jakoś podzielać to zamiłowanie do bizantyńskiego splendoru; zresztą nie widzę szczególnych powodów do nadmiernego, rytualnego biadolenia nad rzekomym zeświecczeniem, zdziczeniem obyczajów naszych nadgrobnych, może umarłym dobrze w tym rozgwarze, w tym powrocie najbanalniejszego życia w to, co życiem już nie jest. Potem - cichsze, bardziej powściągliwe, jakby zmęczone i zawstydzone sobą, rozrzewnione Zaduszki; mniej w nich z dworu, więcej z chłopskiej zagrody. No i oczywiście - ta straszna noc po nieszporach pierwszego dnia listopada, noc Dziadów, kiedy coś wyjada niepozmiatane okruchy chleba, wylizuje niepozmywane talerze (nie robiąc różnicy, czy jedzono na nich bliny, czy sushi), spija resztki wódki (to samo, co uprzednio: za jedno mu, czy pito mulisty samogon, czy daną za łapówkę tequilę). Nie wierzycie? Wasz problem.



Romantyczna teza o istnieniu czegoś takiego jak kolektywny charakter narodowy jest oczywiście nie do utrzymania - zwłaszcza po bardziej niż krwawej w skutkach konwulsji, do jakiej doprowadzili ją nacjonaliści przełomu XIX i XX wieku, zwłaszcza zaś najdoskonalsza ich emanacja, czyli brunatny czarci pomiot nazizmu. Tylko co z tego, skoro czasem się sprawdza? Choćbym bardzo nie chciał, to nie mogę się niekiedy oprzeć pokusie zrobienia takiej właśnie charakterologicznej wiwisekcji Polakom. A powinienem się powściągać, bo - co tu dużo nie gadać - rodacy moi kiepsko na takiej operacji wychodzą. Mało mi się w nas podoba - od kompletnego zaniku śladowego nawet instynktu wspólnotowego (rozumianego nie jako unoszenie się masochistyczną dumą przy wspomnieniu każdej jednej historycznej rzezi, ale jako banalna, praktyczna dbałość o dobro społeczne) po narzekactwo i umilanie sobie rodzinnych obiadów opowieściami o tryumfalnym pochodzie nowotworów przez świat (ze szczególnym uwzględnieniem wujka Zdziśka i tej, no, tej od Heli, jakżeż jej było...). Pomiędzy tym mieściłoby się całkiem sporo: ułańska filozofia uczestnictwa w ruchu drogowym, traktowanie kolejek do kas sklepowych z widowiskowym poczuciem uprzywilejowania godnym konika szachowego, sranie psami (i w ogólności traktowanie zwierząt), przyzerowy instynkt polityczny (mniej niż połowa obywateli wybierająca mniej niż w połowie nadającą się do czegokolwiek reprezentację polityczną), zagracanie przestrzeni publicznej budowlami, których nie powstydziliby się autorzy scenografii do Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka, sejmikowe namaszczanie Zbigniewa Preisnera na wielkiego kompozytora, nieczytanie, czytanie "Faktu" i "Życia na gorąco", mylenie poszanowania prawa z maksymą mogę-robić-co-chcę-o-ile-nikt-nie-patrzy, religijność manifestująca się jedynie w budowania pomników Jana Pawła II o urodzie, która prowokuje mnie do chęci nasmarowania na cokole znieczulającego estetyczną niestrawność napisu "tu byłem - Tony Halik"... Oczywiście, najbardziej wkurwia mnie, żem - jakby to powiedział wieszcz - sam pełen winy; ot, choćby poprzednia wyliczanka: czyż to nie piękne exemplum naszego zamiłowania do plucia w cudze pyski?... I jeśli coś bym ocalił przed pożądaną być może lobotomią polskiego (więc również mojego) mózgu, to właśnie to jedno - nasz sposób obchodzenia się ze zmarłymi na początku listopada, rozpięty między karnawałem Wszystkich Świętych i postem Dnia Zadusznego.


"Do Europy? Tak, ale z naszymi umarłymi" - dramatycznie wzywała w tytule jednej ze swych książek Maria Janion. Powiem skromniej (a może i nie skromniej, może właśnie mniej doraźnie) - gdziekolwiek byśmy się nie udawali, zabierzmy tam naszych umarłych. I nie, nie chodzi o jakąkolwiek dętą martyrologię, gdzie blask zniczy blaknie w migotach fleszy łowiących politykierów, którzy poprzebierani w maski starorzymskiej obywatelskiej troski wyglądają gorzej niż karykatury samych siebie - tak skostniałe obrzędy mają się do żywego poczucia łączności ze zmarłymi jak walc angielski do rytualnego pląsu czeczeńskich partyzantów. Nie chodzi nawet o pamięć - ta również bywa już to lukrowaniem, już to zapiekaniem się w nierozstrzygniętych za życia urazach. Chodzi o instynktowne poczucie łączności i obecności, o skryte głębiej niż nasz bezrefleksyjny katolicyzm i zapoznane, archetypalne słowiańskie dziedzictwo wrażenie, że granica między życiem a śmiercią jest jedynie bynajmniej nie dość kategorycznie nakreśloną linią między różnymi stanami skupienia życia. I jeśli ktoś szuka tego samego w Halloween, w Candomblé, w czymś wschodnim, jeśli pod komercyjną bądź hipsterską efektownością potrafi dostrzec dziką prawdę o życiu unieważniającym śmierć - też dobrze. Dla mnie pozostają właśnie Dziady i świętych obcowanie, które w tym naszym najpiękniejszym pogańskim chrześcijaństwie przybierają najwznioślejszą heretycką postać wiary w obcowanie świętych dziadów. I nie wierzę - tak jak wbrew Księdzu nie wierzył Pustelnik/Gustaw - że Pan Bóg nie patrzy z mądrą wyrozumiałością na swoje dzieci, które we wczesnolistopadowym dotknięciu przerastającej każdego z nas śmierci dadzą przed Mszą na wypominki, by potem, nocą, być przekonanymi, że nagły dreszcz wcale nie bierze się z niedomkniętego okna, ale z muśnięcia tego kogoś, kto przez to okno wszedł.



Czytam Dziady. Teatr święta zmarłych Leszka Kolankiewicza. Szalona książka - i to właśnie jej szaleństwo usprawiedliwia nadmiar nie zawsze potrzebnej erudycji, zbytnią meandryczność pięknego skądinąd dyskursu. Myślę Kolankiewiczem, zawsze myślałem - choć teraz dopiero dostałem narzędzia, by myślenie to ubrać w konteksty i konceptualizacje. Myślałem Kolankiewiczem, bo ilekroć czytałem Dziady Mickiewicza, tylekroć nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ich czytaniu - nieważne, jak pogłębionemu - zawsze będzie czegoś brakowało. Bo Dziady (nie dramat, nie rytuał nawet - ale to, co autor nazywa, bez kursyw i cudzysłowów, projektem Dziady) to sięgnięcie do źródeł. I nie chodzi, nie tylko, o źródła teatru - w arcydramacie jest coś, co sięga poza Słowiańszczyznę i Grecję, poza Dionizosa i Niję, poza szamanów, trans i ekstazę, poza dudnienie obrzędowych bębnów w Ghanie i Togo, poza brzęczenie brazylijskiego berimbau. Wchodząc - zawsze na nowo, zawsze po raz pierwszy - do kaplicy w Sołecznikach, do domu unickiego duchownego, do celi w wileńskim klasztorze bazylianów, wkraczamy na scenę początków człowieka, bo człowiek zaczyna się od objawienia, że jego końcem nie będzie ani śmierć, ani pochłonięcie naszej planety przez ogromniejące słońce, ani przemiana gwiazd w wystygły żużel.

Więc może jednak w te pierwsze wieczory listopada nie spieszmy się ze sprzątaniem stołów, z zamykaniem zmywarek. A jeśli rano okaże się, że nic nie zostało dojedzone i dopite, to doprawdy - nie dajmy się zwieść pozorom...