środa, 12 sierpnia 2015

Herezje na tematy patriotyczne (II)

***

Skończyłem jakiś czas temu czytać Pochłaniacz Katarzyny Bondy. Może trochę przesady z tym namaszczaniem jej na królową polskiego kryminału - książka owszem, niezła, sprawnie zakomponowana, wciąga i budzi ochotę na pozostałe trzy części tetralogii o profilerce Saszy Załuskiej, ale sporo tu niepotrzebnych zamotań, dialogów grzęznących i gubiących sens w jałowej grypserce, ciut za dużo fabularnych łatwizn; poza wszystkim - stanowczo za długie. Zamyśliłem się jednakowoż nad jednym: nad wątkiem (bardzo sugestywnym) przenoszącym czytelnika w początek lat dziewięćdziesiątych, do czasów kształtowania się polskiej przestępczości zorganizowanej.
Polska wychodziła właśnie z peerelowskiego zamordyzmu - rozprzęgający się porządek rzeczywistości otwierał rozziewy prawne, gospodarczo-ekonomiczne i społeczne, w których lokowali się oni: prymitywy z tombakową biżuterią na kosmatych klatach i paluchach, spod paznokci których nie zdążyli jeszcze usunąć proletariackiego brudu, z kupowaną na ruskich targach bądź od negatywnie zweryfikowanych esbeków bronią chowaną za paski mieniących się tęczowo dresów. Specjaliści od detalicznych złodziejek, włamów i rozbojów, cinkciarze, alfonsi, drobni przemytnicy, nieformalni królowie nielegalnej bazarowej tandety, dostarczyciele kompotu - pokumali się z szemranymi i spragnionymi szybkiego pieniądza biznesmenami, z bezrobotnymi sierotami po polskich i sowieckich tajnych służbach, z cynicznymi i domorosłymi politykami przyzwyczajonymi, że jedyną metodą sprawowania władzy jest korumpowanie, poczuli swoją siłę, niedowładowi pączkującej suwerennej państwowości byli zdolni przeciwstawić spontaniczną zdolność do samoorganizacji; to oni zafundowali nam rzeczywistość rodem z amerykańskich filmów z brudnym inspektorem Harrym... Niczym w słynnym wierszu ...ska Marcina Świetlickiego: nasz "niepokój", niepomny, że są to "małe wyrazy", powtarzał jednym półgębkiem "niepodległość, wolność, równość, braterstwo, Polska od morza do morza, bezrobocie, podatki, «Gazeta Wyborcza»" (a także: NATO, denominacja, Unia Europejska, Wałęsa, Kwaśniewski...), podczas gdy drugim wszyscy szeptali: Pershing, Dziad, Kiełbasa, Malizna, Masa, Pruszków, Wołomin. Te hasła z jednej strony przerażały, objawiając najciemniejsze strony wolności, z drugiej - przyznajmy - w jakiś ponury sposób fascynowały.
Nie, nie żal mi ich: nie współczuję ani Dziadowi, który dokonał życia w celi, ani odstrzelonemu przez konkurencję Pershingowi. Nie mam złudzeń: byli to bezwzględni bandyci, utaplani w krwi, odpalający cygara studolarówkami splamionymi okrutną krzywdą ludzi, którym skradziono samochody, dzieciaków wciągniętych w prochy, zmuszanych do płacenia haraczy przedsiębiorców, podstępnie zwabianych i więzionych w burdelach Ukrainek i Bułgarek. Nie mam dla nich litości, nie daję się wciągnąć w sentymentalny rechot polskich komedyjek sensacyjnych, na których zostali oni przedstawieni jako dobrodusznie fajtłapowaci rozbójnicy - powtórzę raz jeszcze: to były krwawe skurwysyny, które siały wiatr. A kto sieje wiatr - zbiera burzę.  
I tu docieramy do sedna sprawy: polska zorganizowana gangsterka tamtych w pewnym groteskowym sensie heroicznych lat miała swój etos, choć niewiele w nim tego cukierkowo-rycerskiego patosu znanego choćby z filmu Sergio Leone Dawno temu w Ameryce. Chodzi po prostu o to, że oni byli źli - i nikt nie miał co do tego wątpliwości, na czele (tak przynajmniej myślę) z nimi samymi. I nie, nie chodzi mi o żadną wielką samoświadomość moralnej niegodziwości - ale o coś bardzo brutalnego, prymitywnego: o życie w strachu, że jak się do kogoś wysłało wymachującego bejsbolem Wanię, to można się spodziewać z rewizytą Igora w skórzanej kurtce wypełnionej pod pachą spluwą. W ostateczności - zamiast Igora - do drzwi o czwartej rano w sposób mało delikatny mogą zastukać funkcjonariusze państwowi w uniformach jak raz przywodzących na myśl wdzianko Dartha Vadera; bo państwo można dymać, ale się je dyma, a od tego jednak to i owo boli. A po przekroczeniu krytycznej masy tego bólu - nie ma uproś. Siejemy wiatr - zbieramy burzę.
Bo to, czy zło (tak samo jako dobro) istnieje w postaci absolutnej, jako immanentna właściwość charakteru lub duszy, jako hipostaza czy abstrakcja - to jest temat dobry na elegancką filozoficzną dysputę. Dla konstytucji społeczeństwa ważne jest, by oba te fundamentalne etyczne pojęcia istniały w postaci relacyjnej: złe jest to, za co się karze. Dobre - to, za co się nagradza (nawet jeśli jest to nagroda w minimalistycznej postaci braku represji aparatu policyjnego i sądowego).
Zanik tej skrajnie uproszczonej formy czegoś, co Ruth Benedict nazwała ongiś "kulturą winy" - to jest właśnie coś, co kole mnie najbardziej, gdy myślę o współczesnej formie przestępczości zorganizowanej: nieskończenie doskonalszej, bliskiej perfekcji. Rady nadzorcze. Parabanki. Piramidy finansowe. Bytujące poza jakąkolwiek konstytucyjną kontrolą instytucje. Globalne korporacje. Oczywiście - nie wszystkie, może nawet nie większość, ale nie oszukujmy się: każdy jeden prawdziwy capo di tutti capi naszych czasów żyje w słodkim błogostanie rozkosznej bezkarności, może mieć de facto na sumieniu dziesiątki sprzeniewierzonych emerytur drobnych ciułaczy, ale skoro de iure nie obciąża go ani jedno podpalenie konkurencyjnego straganu z podrabianą markową odzieżą, to o co chodzi? Nie boi się Igora z gnatem, bo nigdy w życiu do nikogo nie wysłał Wani z bejsbolem - choć na ultima thule jego imperium 3,4-Metylenodioksymetamfetamina zmienia mózgi dzieciaków z wiejskiej dyskoteki w zleżałą gąbkę. Jakaś staruszka przekręci się w oczekiwaniu na wyznaczoną za trzy lata wizytę w darmowej poradni specjalistycznej - ale jego podatki są bezpieczne w fiskalnym raju jednej z bananowych republik. 
To właśnie budzi moje największe obrzydzenie: nie absolutne, metafizyczne zło tego wszystkiego, ale prosta, banalna bezkarność jego donatorów i beneficjentów, ich bytowanie w przestrzeni jakiegoś pokracznego, karłowatego, obleśnie pragmatycznego jenseits von Gut und Böse. Sianie burzy bez nijakiej obawy o niechciany wietrzny plon.

***

Kiedy w pierwszej części tych moich patriotycznych herezji pisałem o tym, co mam za złe PeeRel-owi, zapomniała mi się jedna bardzo ważna niechęć: otóż bardzo mnie boli to, co tak zwana komuna zrobiła z etosem lewicy. Jeszcze dziś, po ćwierćwieczu, przyznać się do bycia lewicowcem to dać sobie napluć w pysk: zaraz będzie się miało wypalone etykiety zdrajcy, lewaka, postkomunisty, bolszewika, resortowego dziecka, beneficjenta układu... Ktoś może powiedzieć, że w ramach realizacji swego lewicowego temperamentu ma się jeszcze przecież - oprócz perspektywy bycia sierotą po Polsce Ludowej - opcję upominania się o prawa wykluczonych, o zabezpieczenia socjalne, o tolerancję dla wszelkiej mniejszości, o faktyczną neutralność światopoglądową państwa, o poszanowanie kobiety, pełnienie funkcji krytycznej wobec instytucji demokratycznych... Niby tak, tylko że w wersji alla polacca już nie wiadomo, co gorsze: to, co kiedyś udało się z gigantycznym wysiłkiem wywalczyć środowiskom skupionym wokół "Krytyki Politycznej", rozmieniono na doszczętnie zdewaluowaną drobnicę doraźnej Realpolitik bądź na gówniarskie, snobistyczne, bananowo-hipsterskie happenerstwo. Ta pierwsza kompromitacja - w obszarze reprezentacji politycznej - to coś, o czym także pisałem już poprzednio, czyli przejęcie praktycznego monopolu na nowy dyskurs lewicowy przez arcycyniczne ugrupowania skupione wokół Janusza Palikota. Najbardziej żałosnym przejawem drugiej kompromitacji był pamiętny marsz przeciwników krzyża smoleńskiego pod Pałacem Prezydenckim, który skończył się groteskową przepychanką z tegoż krzyża broniącymi środowiskami prawicowo-konserwatywnymi. Wśród - z jednej strony - głosów emocjonalnego i w swej argumentacji dość niesmacznego oburzenia, z drugiej: prężących wątlutkie intelektualne muskuły analityków dopatrujących się w tamtej zdumiewającej konfrontacji wielkiego przebudzenia Polski oświeconej, laickiej, prawdziwie otwartej, jedna wypowiedź zabrzmiała mocnym, oskarżycielskim rozsądkiem. Andrzej Stasiuk - którego trudno podejrzewać o sympatię dla katolandu i ciemnogrodu - wywalił prosto z mostu, że lewica, która swoje posłannictwo rozumie jako podśmiechujki z klepiących zdrowaśki babin, to nie jest żadna lewica; że prawdziwa lewica dołożyłaby wysiłku, aby tym nieszczęsnym ludziom nikt nie mącił w głowach.
No, ale ten paraliż lewicy w Polsce - że albo postkomuna, albo akces do wydmuszkowatych pajaców - w dużej części zawdzięczamy właśnie temu, że powojenny polski socjalizm zawłaszczył sobie w sposób nieprawny etos lewicowy (o tym, że było to zawłaszczenie nieprawne, przekonywał z właściwą sobie dezynwolturą i przenikliwością w jednym ze swych esejów Leszek Kołakowski, gdy wywodził, że ustrój Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - jak każdy system polityczny stojący na straży nienaruszalności zastanego porządku społecznego - musi być z definicji reakcyjny). A przecież przedwojenna polska lewica to nie tylko żądający zmiany naszego kraju w kolejną związkową republikę radziecką komuniści z KPP - to także ludzie wielkiej odwagi i szlachetności, to Stanisław Brzozowski, to Żeromski i Nałkowska. Zresztą - powiedzmy to sobie otwarcie - również po wojnie wielu było takich, kontestatorów ewidentnie niewydolnego porządku przedwojennej Polski, zdruzgotanych wojenną hekatombą, którzy wspierali nową władzę nie z oportunizmu bądź kunktatorstwa, ale dlatego, że wierzyli w (niewolną od ofiar) możliwość stworzenia autentycznie nowej, sprawiedliwszej i rozumniejszej jakości. Tacy byli architekci pierwszych nowohuckich osiedli, takie były rzesze anonimowych lekarzy i nauczycieli walczących z analfabetyzmem i sięgającymi dziewiętnastowiecznych realiów warunkami sanitarno-higienicznymi polskiej wsi. I również ich szczery entuzjazm posłużył decydentom do legitymizowania nowego polskiego pejzażu politycznego...
Czy dziś - kiedy przystrojony w lewackie maski Palikot nieuchronnie pogrąża się w niebyt, a SLD musi walczyć już tylko o zachowanie resztek stanu posiadania - dyskurs lewicowy ma w Polsce jakiekolwiek szanse odrodzenia? Paradoksalnie - tak. Na uniwersyteckich wydziałach nauk humanistycznych i społecznych młodzi badacze bez niepotrzebnego historycznego obciążenia, bez wstydu i z jak najlepszym intelektualnym efektem posługują się marksistowskim aparatem pojęciowym i nie stanowią już obiektu żartów bądź ostracyzmu geriatrycznej profesorskiej kadry; ruchy miejskie (ze szczególnym uwzględnieniem spektakularnej inicjatywy Kraków Przeciwko Igrzyskom) rosną w siłę i wymuszają na zgangsteryzowanych sitwach rządzących polskimi samorządami konkretne działania o charakterze socjalnym i prospołecznym; efektowność (i chyba też efektywność) działań Roberta Biedronia jako prezydenta Słupska budzi respekt; jeśli wklikuję hasło "partia", to nowa lewicowa inicjatywa, czyli Razem, pojawia się w moim komputerze na pierwszym miejscu podpowiedzi wyszukiwarki Google; lewicowe portale opinii są coraz liczniejsze i redagowane na coraz wyższym poziomie. No i jest jeszcze ten całkiem świeży twór renegatów z Sojuszu i Twojego Ruchu, czyli Biało-Czerwoni Andrzeja Rozenka i Grzegorza Napieralskiego, który nie dysponuje co prawda szczególnie silną legitymacją oddolną i jest dość typowym, obliczonym na szybki ratunek efektem wewnętrznego trzeszczenia tych dwóch idących na dno Titaników (można zresztą być bardziej brutalnym i pociągnąć tę marynistyczną metaforę w kierunku szczurów opuszczających tonący statek), ale ma za to kapitał w postaci dość silnej bazy materialnej i struktur terenowych. Czy dadzą radę idącemu z ludu fermentowi? Zobaczymy; z pewnością jednak lewica w Polsce będzie jeszcze miała coś do powiedzenia... 
A zresztą... Czy dziś napinanie się na jakąkolwiek polityczną ortodoksję ma jeszcze jakikolwiek sens? Czy faktycznie musimy definiować się w leciwych binarnych kategoriach: prawica-lewica, socjalizm-nacjonalizm, konserwatyzm-liberalizm? Sam nie odczuwam takiej potrzeby... Kiedy wygłaszam sąd, że fundamentem porządku społecznego jest rodzina, gadam jak konserwatysta; kiedy dopowiem, że rodzina powinna być w miarę możliwości wolna od opresji (również fiskalnej) państwa, brzmię jak liberał. Ale jeśli do tego dopowiem, że rolą państwa w stosunku do rodziny jest doprowadzić do tego, by głodząca swoje dzieci matka bała się pediatry, by bijący te same dzieci ojciec bał się psychologa szkolnego, a dręczący swoją żonę, wiecznie pijany mąż bał się prokuratora - to to już jest, zdaniem poniektórych, skrajna bolszewia. Tymczasem - jakkolwiek nie czuję szczególnego pociągu do posiłkowania się złotymi myślami różnych mędrców - lubię sobie czasem powtarzać to, co kiedyś powiedział Bob Dylan: "Nie uznaję podziałów na białych i czarnych, prawicę i lewicę. Jest tylko dół, a dół jest bardzo nisko. Chcę iść do góry, nie przejmując się czymś tak trywialnym jak polityka". Przy całym moim uważaniu dla Boba Dylana: polityka nie wydaje mi się niczym trywialnym, ale owszem, pociąga mnie definiowanie jej w kategoriach góry i dołu, znacznie bardziej uniwersalnych (by nie rzec metafizycznych) niż mało operacyjne opozycje prawa i lewa. I tak, staram się wybierać górę - bo dół to może być albo aresztancki dołek, albo Malebolge, "złe doły", położone niebezpiecznie blisko dna Inferna pewnego Florentczyka...

***

I jeszcze jedno post scriptum do herezji sprzed ponad roku: sprawa polskiej kultury pracy... Tak sobie myślę, że to jest kwestia również tego, o czym też już poprzednio pisałem - przerostu ściemnianego etosu rycerskiego nad kulturą mieszczańską. Właśnie mieszczańską, bo chłopstwo - przez wieki miażdżąca większość polskiego społeczeństwa - to jednak inna sprawa. Polski chłop, jak sądzę, pracę traktował już to bezrefleksyjnie (pracował, bo musiał, bo od tego zależała jego biologiczna egzystencja), już to miał ją obudowaną zakorzenioną w katolicyzmie mitologią negatywną: praca to dopust boży, kara za grzech pierwszych rodziców i takie tam... Do tego jeszcze nie wolno zapominać (choć bardzo by się chciało), że chłopi polscy lwią część swojej pracy wykonywali w systemie praktycznego półniewolnictwa, zwanego pańszczyzną, której wymiar w schyłkowym okresie wyjątkowo już zrakowaciałej I Rzeczpospolitej sięgał wyżyn absurdu, opiewając na... dziesięć dni w tygodniu! To skądinąd też przyczynek do dalszej refleksji na temat skali dzisiejszej kultury bylejakości i pozoranctwa, paraliżujących polski etos pracy: czyżbyśmy dziedziczyli po naszych pańszczyźnianych przodkach geny awersji do pracowania jako do czegoś, z czego korzyści czerpał będzie jakiś wielki inny?... Tak czy inaczej: rzekoma świętość (i odświętność) chłopskiej pracy to, jak sądzę, mit - w którego współtworzeniu walną rolę odegrała polityka historyczna PRL-u, na gwałt poszukującej jakiegoś pozytywnego związku naszej zbiorowej tożsamości z momentem klasowego uświadomienia, a ponieważ nawet najbardziej twórczy politrucy nie byli w stanie wykazać dominującej w dziejach Polski roli proletariatu, pozostawał chłop, oczywiście dialektycznie zbuntowany wobec pana... No a szlachta - wiadomo: praca była pohańbieniem stanu, pracować mogli ci wywodzący się z krwi Chama bądź Sema, ale nie potomkowie ukochanego syna Noego, Jafeta... Polak "nie lubi tworzyć, lecz zdobywać", jak błyskotliwie puentował w swej znakomitej pieśni Według Gombrowicza narodu obrażanie Jacek Kaczmarski.
Krótko mówiąc: etos pracy - jako konieczności uświadomionej, a więc obudowanej własną etyką i moralnością, jako wartości obwarowanej cnotami takimi jak zaradność, oszczędność, uczciwość, skromność, jako elementu współtworzącego dobro wspólne, wreszcie sakralna nobilitacja dostatku jako bożego błogosławieństwa, wszystko to mogło się wykształcić wyłącznie w środowisku rozwiniętej burżuazji, czyli z pewnością nie u nas, gdzie mieszczaństwo przez wieki całe było (jako bezpośrednia konkurencja) flekowane na polu gospodarczym przez herbowych, mających do tego flekowania niebywale mocne, prawnie gwarantowane narzędzia, a do tego jeszcze odciskających się na polskiej kulturze przemożnym stygmatem symbolicznego gwałtu.
A skoro burżuazja - to również protestantyzm, chrześcijaństwo urobione na obraz i podobieństwo rodzącego się kapitalizmu. Katolicyzm do spraw świata tego podchodził z niechętnym dystansem - nadmierne bogactwo kłóciło się z duchem chrystusowego ubóstwa (inna rzecz, że osobliwie rozumianego), a do tego mogło jeszcze pchnąć w otchłań kilku co najmniej grzechów głównych, z pychą i obżarstwem na czele; nawet bankierstwo - czyli zalegalizowana lichwa - uważane było za niegodne chrześcijanina zarabianie na czasie, rzeczy boskiej (nie bez powodu wielkie fortuny bankowe najpiękniej rozwinęły się wśród starozakonnych, których zakaz pożyczania na procent obowiązywał tylko wobec Ludu Przymierza, nie w stosunku do gojów). Protestantyzm - ze szczególnym uwzględnieniem kalwinizmu - podchodził do tych spraw ze znacznie większą wyrozumiałością, ale też jego skala na zachodzie Europy, w wielkich handlowo-wytwórczych metropoliach, była nieporównywalna z folwarczną Polską, gdzie pozostał chwilową i ekscentryczną fanaberią.
Byłem kiedyś na fascynującym wykładzie o społeczeństwach Bliskiego Wschodu - a to przecież tam, wobec praktycznej, z geografii i klimatu wynikłej niemożności powstawania wielkich latyfundiów rolniczych, podstawą gospodarki było już to koczownicze pasterstwo, już to wytwórczość i (nade wszystko) handel, skupiony w wielkich miastach, najstarszych na świecie - takich jak Ur, Jerycho, Niniwa, Babilon czy Damaszek. I podobno do dziś tak jest, że wśród najlepiej sytuowanych grup społecznych w dobrym tonie jest utrzymywać na targowisku własny bazar - i po całym dniu pracy, po zrzuceniu garnituru jakiś tam pan dyrektor czegoś przebiera się w chałat (czy jak to tam się nazywa) i przez godzinkę lub dwie targuje się w najlepsze z kupcami. A u nas? Pierwszą rzeczą, jaką nowobogacki robi po dojściu do naprawdę dużych pieniędzy, jest akces do koła łowieckiego, by oddawać się tej rozrywce nie dość, że perwersyjnej, to jeszcze od zawsze stanowiącej najbardziej może wyrazisty przywilej arystokratycznej ekskluzywności...

***

Ostatnie wybory prezydenckie zweryfikowały też nieco to, co pisałem przed rokiem jeśli chodzi o przygarść refleksji na temat aktualnego rozkładu ról w polskiej polityce.
Pewne rzeczy się nie zmieniły - przede wszystkim dobijająca hegemonia PO-PiS-u, choć teraz szala wychyliła się na stronę partii Jarosława Kaczyńskiego (będę się jednak nadal upierał, że to żadna realna zmiana; upewnia mnie w tym niemrawość kampanii Komorowskiego i Dudy, zwłaszcza zaś niewiarygodna niezdolność do cienia autorefleksji tego pierwszego). Upadek Palikota nastąpił za to szybciej, niż się spodziewałem - wcale jednak nie byłbym pewny, czy to kompromitacja ostateczna: w logice cynizmu leży niezwykła żywotność, zdolność do odradzania się; oczywiście w innym (nawet radykalnie innym) przebraniu, ale z tym samym celem głównym, czyli z imperatywem utrzymania się za wszelką cenę w głównym nurcie politycznej gry. Macierewicz został - jak najsłuszniej ze strategicznego punktu widzenia - usunięty na czas kampanii na zaplecze (zapewne na stanowcze żądanie Beaty Szydło - jedynej prawdziwie wygranej tej elekcji). Teraz zapewne nie ma co się spodziewać jego powrotu - odpowiedź na pytanie o jego faktyczny status w Prawie i Sprawiedliwości dziś, dadzą dopiero wybory parlamentarne i to, w jakim kierunku zorientuje swoją partię po prawie pewnej wygranej jej przewodniczący: jeśli faktycznie pozwoli duetowi prezydencko-premierowskiemu (in spe) Duda-Szydło na minimum samodzielności, to czasy pana Antoniego w tej partii będą czasem przeszłym dokonanym... Co oczywiście nie oznacza końca aktywności Macierewicza; zapewne oddryfuje on w kierunku jakiegoś kanapowego ugrupowania o charakterze katolicko-tradycjonalistyczno-konserwatywno-radykalnym. Jeśli jednak Kaczyńskiemu marzy się podobny numer jak w wypadku przed-poprzedniego PiS-owskiego gabinetu, tego zawiadywanego przez Kazimierza Marcinkiewicza, który został utrącony w tym samym momencie, w którym zachciało mu się jakiejkolwiek samodzielności, to nie ma uproś, wrócimy do strasznych gadek o agenturach i zamachach... Inna rzecz, że Duda i Szydło to politycy nieporównywanie większego formatu niż żałośnie błazeński Marcinkiewicz, którzy teraz mają prawo poczuć swoją siłę i stworzyć polityczny tandem (zwłaszcza że ostatnia kampania z pewnością ich zbliżyła i dotarła ewentualne różnice między nimi), który może po raz pierwszy w historii PiS-u pokusić się o udaną próbę wyrugowania Jarosława Kaczyńskiego na - z pewnością honorową - polityczną emeryturę.
Ciekawsze rzeczy działy się wśród politycznej drobnicy. SLD, które od czasu tryumfalnego powrotu do roli przewodniczącego Leszka Millera w sposób bezdyskusyjny zmieniło się w ugrupowanie parapartyjne, którego jedyną rolą nie jest realny wpływ na politykę krajową, a reprezentowanie i ochrona partykularnych interesów grup, które ćwierć wieku temu omownie nazywano uwłaszczoną nomenklaturą, zaliczyło widowiskowy nokaut. Wbrew pozorom, nie poszło o odwróconą proporcję urody i kompetencji Magdaleny Ogórek (stanowczo nadmiernie skarykaturowaną przez chamski, seksistowski internetowy hejt), ale o nazbyt czytelny gest poprawnościowy, który zdegenerował się w oczywistą dwuznaczność: oto kandydatką partii rzekomo lewicowej zostaje bliżej nikomu nieznana super-laska, a partia ta jest zawiadywana przez faceta, którego znakiem firmowym stały się starczo obleśne, maczystowskie bon-moty... Radykalnej prawicy z kolei (nie tej narodowej, tylko konserwatywno-liberalnej) zaszkodziło to, co zwykle, czyli nieobliczalny Janusz Korwin-Mikke, który w przeddzień kampanii wywinął ludziom, których udało mu się wokół siebie zgromadzić, wyjątkowo paskudny numer. I okazała się rzecz smutna: że Kongres Nowej Prawicy, partia, która wydawała się autentycznym ruchem ufundowanym wokół pewnej nowej jakości i organizującym nabrzmiewający od wielu lat potencjał ideowo szalenie wyrazistego politycznego sprzeciwu, uzależniona jest od dwuznacznej charyzmy pierwszego histriona III Rzeczpospolitej. Korwinowi udały się na raz dwie rzeczy: rozproszył siły intelektualnej prawicy i pociągnął obu zbliżonych światopoglądowo kandydatów (w tym siebie) na wyborcze dno. Absurdalna decyzja KNP o wystawieniu do elekcji dramatycznie niewyrazistego i nikomu bliżej nieznanego Jacka Wilka (czemu nie wcale sympatycznego i doświadczonego walką o fotel prezydenta Krakowa Konrada Berkowicza?; czemu nie powalczono o utrzymanie w partii Przemysława Wiplera, polityka - przy wszystkich możliwych związanych z nim kontrowersjach - twardego, doświadczonego i wyrazistego?) tylko potwierdza sąd, że KNP podzieli los wielu innych meteorów polskiej polityki ostatnich dekad. Ale za to rzecz sympatyczna zdarzyła się prawicy nacjonalistycznej: bo oto człowiek znikąd, Marian Kowalski, wbrew większości oczekiwań nie poszedł w swych wypowiedziach odrażającą neofaszystowską drogą wszystkich tych Winnickich czy innych Zawiszów... Gość, który samym swym życiorysem zdawał się pasować do stereotypu brutalnego brunatnego fightera, dobrze wymodulowanym i spokojnym głosem mówił rzeczy nawiązujące nawet nie do etosu endeckiego, ale gdzieś raczej do poczciwego, prostolinijnego i sielskiego ducha pobłażliwej sarmackiej ksenofobijki i megalomaństewka... Pewnie, że po przyciśnięciu wyłaził z tego cały prymitywizm i kompletna niedzisiejszość dyskursu nacjonalistycznego, ale pierwszy efekt - ten dość często najważniejszy, na którym przed pierwszym swym zwycięstwem zbudował swoją pozycję Aleksander Kwaśniewski - był co najmniej zaskakujący. Znacząca była rozmowa, jaką z Kowalskim przeprowadziła w porannej audycji Zapraszamy do Trójki Beata Michniewicz, dziennikarka, co by o niej nie mówić, intelektualnie ponadprzeciętnie sprawna. Podeszła do Kowalskiego chyba właśnie w sposób stereotypowy: że oto będzie łatwa beka z faszystowskiego prymitywa. No i muszę przyznać, że chyba padł wtedy rekord w długości wymykania się pułapkowym pytaniom Michniewicz, która przez dłuższy czas - aż do, mam wrażenie, granicy dziennikarskiej paniki - nie mogła sobie poradzić z opanowaniem i niekwestionowalną na pozór zdroworozsądkowością sądów Kowalskiego, wygłaszanych lekko zasmuconym i zawstydzonym tonem starszego belfra przymuszonego do wykładania prawd oczywistych...
No, ale wszystko to nic w porównaniu z największym fenomenem nie tylko tych wyborów, ale też - być może - całej polskiej polityki ostatniej dekady. A imię (i nazwisko) tego fenomenu - oczywiście - Paweł Kukiz.
Szczerze się przyznam, że bardzo długo mu kibicowałem, nawet chciałem postawić na niego kreskę - i pewnie gdyby wszedł (wszystko jedno, czy z Dudą, czy z Komorowskim) drugiej tury, miałby wtedy mój głos. Zreflektowałem się w ostatniej chwili, na jakiś tydzień przed wyborami - raz dlatego, że główny postulat Pawła Kukiza, czyli zradykalizowanie narzędzi polskiej demokracji, był co prawda (i nadal jest) bardzo mi bliski, ale jednak dobrze by było, gdyby został on wprzęgnięty jako logiczny element w jakąś większą spójną całość, czego ostatecznie Kukiz zaniechał (i którego to zaniechania wciąż się kurczowo trzyma, z jak najgorszym dla siebie skutkiem). Dwa, bo coś, co stanowiło zrazu wielką siłę Pawła Kukiza, czyli jego sytuowanie się w ostrej kontrze do wszelkich zastanych nurtów polskiej polityki, zmieniło się w chaotyczne i neurotyczne cokolwiek kokietowanie różnych mniej lub bardziej istotnych graczy - ze szczególnym uwzględnieniem radykalnej prawicy (i tej konserwatywno-liberalnej, i tej nacjonalistycznej), a że prędzej ręka mi uschnie, niż kiedykolwiek przyczynię się do wzrostu znaczenia kogokolwiek z tej sitwy, więc sprawa stała się z grubsza jasna... A że mimo to głosowałbym na niego w drugiej turze? Cóż, dopóki Polską rządził będzie w całkowicie marksistowskim sensie wyalienowany aparat PO-PiS-owski, dopóty będzie to, co będzie - licząc zatem (naiwnie, jak dziś to widzę) na jakieś ucywilizowanie się Pawła Kukiza, dołożyłbym się (nie bez wielkich wewnętrznych zgrzytów) do dzieła niszczenia, które - jak wiadomo ze słów wieszcza - w świętej sprawie jest święte jak dzieło tworzenia.
No dobra, ale wybory już bardzo za nami, Andrzej Duda zaprzysiężony, Kukiz ostatecznie mojej kreski nie dostał - a skoro emocje opadły, więc spróbuję zastanowić się nad fenomenem Pawła Kukiza: faceta znikąd, tracącego na znaczeniu rockandrollowca, obśmiewanego przez nieżyczliwych jako niezrównoważony ćpun i alkoholik, który bez kasy, bez bazy organizacyjnej przekonał do siebie bez mała jedną czwartą wyborców... Co uczyniło z niego tego, kim się stał?
Po pierwsze: bezwzględna szczerość. Wielu ludziom - tak z mojego pokolenia, jak i nieco starszym - Kukiz kojarzy się z bezkompromisowym kontestatorem, muzykiem, który zawsze szedł na udry z systemem. Jego najważniejsze projekty muzyczne były czymś, co zawsze robiło zadymę; Aya RL rozpoznawana jest głównie za sprawą ckliwego przeboju Skóra, a przecież debiutowała znakomitym, trudnym i mrocznym "czerwonym" albumem, znakomicie oddającym klaustrofobiczny, beznadziejny klimat społeczny Polski tuż po stanie wojennym; początki Piersi toną w pomroce legendy, niemniej jednak już ich bardziej oficjalny byt muzyczny z początku lat 90. XX wieku stanowił nową jakość: porywający, prześmiewczy, pastiszowo-parodystyczny projekt muzyczno-tekstowy (dziś pewnie zakwalifikowano by go jako "crossoverowy") miał w sobie coś z ducha anarchistycznego, każdemu wsadzającego palec w oko rockowego teatru Franka Zappy. A potworne zamieszanie z utworem ZCHN zbliża się urosło do rangi symbolu, stało się pierwszym poważnym starciem rockowego buntu z nową polską rzeczywistością polityczną - obskurancką, oszołomską, fundamentalistyczną, a przecież niemile jakoś przymierzającą szatki pozostałe po PRL-owskich architektach dusz i sumień... Tak czy inaczej, kiedy Paweł Kukiz kilka lat temu zaczął coraz intensywniej angażować się w politykę, nikt z ludzi cokolwiek go rozpoznających nie miał wątpliwości, że to nie parcie na szkło, nie koniunkturalna wolta - z tą samą siłą, z jaką dwie dekady wcześniej punktował komunę i pajacującą na demokratów postkomunę, ciemnogrodzkich katoprawicowców i zachłyśniętych zachodem, bulimicznych konsumentów nowego, zamuloną disco-polo wiochę i burackich wielkomiejskich nuworyszy, z tą samą zatem siłą zaczął teraz z wiecowych trybun głosić potrzebę radykalnej przebudowy polskiej rzeczywistości. Nie miał w sobie nic z dwuznacznego czaru muzyków snobujących się na politykę w salonowych periodykach, nie łasił się do żadnej partii, by móc łaskawie zagrać koncert na jakimś prowincjonalnym konwencie - on, jak zawsze zresztą, robił to po swojemu, pierdolnięciem z glana. Nie można mu było nie wierzyć.
Po drugie: prostota. Pawłowi Kukizowi żaden specjalista od kreacji wizerunku osobistego nie musi doradzać, ile razy ma podwinąć rękawy koszuli, by na zdjęciu wyjść na swojaka, który nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by natychmiast wziąć się do roboty - wystarczy raz spojrzeć na tę złachaną gębę, by nie mieć wątpliwości, że to ktoś, kto wyrósł z naszych frustracji, lęków i bólów, z wszystkiego tego, co nas w Polsce uwiera. A gniew ludu nie zna subtelności teorii politycznych od prawa do lewa, nic mu po Miltonie Friedmanie i Slavoju Žižku - gniew ludu przemawia językiem mniej lub bardziej symbolicznej gilotyny. Można więc śmiać się z Kukiza, że na każdy problem społeczny miał tylko jedną odpowiedź: wprowadźmy jednomandatowe okręgi wyborcze (ciekawe zresztą, że najwięksi naturalni wrogowie Kukiza - czyli ci, którym najdroższe jest zachowanie politycznego status quo - okazali się być światłymi znawcami zawiłej problematyki różnych modeli ordynacji wyborczej dopiero wtedy, gdy poczuli na plecach palący oddech tego, którego do tej pory z charakterystyczną dla siebie wielkopańskością lekceważyli), ale to właśnie było to, o co chodziło. Akces do sympatyków Kukiza był równie prosty co przejście na islam: wystarczyło świadomie, pewnie, szczerze, prawdziwie, z miłością i pokorą powtórzyć po trzykroć szahadę, że nie ma innego rozwiązania wszystkich polskich problemów niż JOW-y, a Paweł Kukiz jest ich prorokiem, by świat stał się - niczym na początku słynnej książki Stefana Themersona - prosty i nieskomplikowany. A siła kogoś, kto umiejętnie potrafi sprowadzić całą rzeczywistość do jednej przyczyny, kto sugestywnie wskaże jednego tylko diabła do egzorcyzmowania - i wszystko jedno, czy diabłem tym będzie ucisk fiskalny, spisek międzynarodowej żydowskiej finansjery, rosyjska agentura, globalne ocieplenie lub korporacje farmaceutyczne - bywa, zwłaszcza przy odpowiednim stopniu natężenia społecznego niezadowolenia, niepowstrzymana. Wtedy, zaiste, za całą resztę w zupełności wystarcza walenie na odlew, bez ładu i składu.
I po trzecie wreszcie: Paweł Kukiz, unikając zrazu jakichkolwiek bardziej wyrazistych politycznych aliansów i identyfikacji, w sposób bardzo sprytny potrafił wykorzystać dwie namiętności, którym ogromne rzesze Polaków w sposób mniej lub bardziej świadomy w życiu publicznym ulegają: do poczucia socjalnego bezpieczeństwa (ewentualnie do jego negatywu: do poczucia ekonomicznego wykorzystania) i do tego naszego tak specyficznego konserwatyzmu: ociupinę ksenofobicznego, troszkę nacjonalistycznego, cokolwiek kościółkowatego, ździebko antysemickiego, tak jakby seksistowskiego, a w gruncie rzeczy - cholernie nużącego; takiego, który sprawia, że nie mając praktycznie wcale wielkiej tradycji teologicznej, jednocześnie jesteśmy w swej masie rzeszą praktykujących-nie-wierzących. Bo gdybyż to był jeszcze jakiś konserwatyzm mocny, autorefleksyjny i przepracowany - ale nie, to raczej zamieniona na filozofię zbiorowego trwania gnuśność, inercja, nasza mała intelektualna stabilizacja trwania przy prowadzących przez życie stereotypach. Bo Polak to nie nacjonalista, nie dewot - to organiczny konserwatysta z tęsknotą do państwa jak najszerszych socjalnych uprzywilejowań. To, że przydarzają nam się niemożliwe, nieobliczalne i absurdalne momenty bezprecedensowego w skali całego kontynentu, świetnie zorganizowanego oporu wobec zewnętrznej opresji, że potrafimy wszystko rzucać na jedną kartę w czasie wszystkich tych powstań warszawskich czy innych Solidarności - to temat na zupełnie inną opowieść; wiadomo, że najgroźniejsze bywa właśnie to, co gnuśne, choćby dlatego, że uderza mimo tego, że nie powinno (Andrzej Bursa swoją makabryczną miniaturę pod wszystko mówiącym tytułem Ze sposobów znęcania się nad gośćmi niskiego wzrostu kończy w sposób, który właśnie jak raz powinien być przestrogą dla wszystkich nadmiernie rozzuchwalonych polską gnuśnością: "Podobnie jak z kurduplami można postępować z garbusami. Tylko wtedy trzeba postępować ostrożnie. Taki w krytycznej chwili potrafi zabić"). Paweł Kukiz z jednej strony potrafi zyskać sympatię cokolwiek bardziej powściągliwych nacjonalistów - takich, którzy niechętnie patrzą na geja, ale do gazu by go jednak nie posłali - z drugiej, świetnie sprawdza się na wiecach związkowych, gdzie entuzjastycznie fetują go wszyscy zagrożeni rzeczywistą lub domniemaną pauperyzacją. Społeczna wrażliwość plus uderzanie w cymbały narodowej dumy i przywiązania do rzekomej polskiej arcynormalności - wielu usiłowało zagrać naraz na obu tych strunach (próbuje to robić PiS, ale brakuje mu tego kapitału Pawła Kukiza, o którym pisałem uprzednio: szczerości i prostoty), udało się tylko jemu.

***

Myślałem, że te moje wyrosłe z naprawdę najgłębszej troski o mój dziwny kraj herezje skończą się na części drugiej, ale nie da rady, mnożą się i plenią tak, że trzeba będzie do nich wracać, może raz, może więcej... A co na tymczasowy koniec? Mała antologia wierszy przemyśliwających polskość, które mnie jakoś ostatnio powierciły w mózg. Na początek Julia Szychowiak z ostatniego swojego tomu, zatytułowanego Intro. Krótko, gorzko i na temat:

Zwracam honor,
Boga
I Ojczyznę.

Krzysztof Jaworski - z trochę innego, bardziej sprywatyzowanego punktu widzenia, ale też poniekąd w temacie. Również z ostatniej napisanej przez poetę książki, zatytułowanej .byłem, wiersz Jesień stulecia:

Błogosławieni, którym Fredric
Jameson, myli się z Jenną
Jameson, w Auschwitz
przerabiali ludzi na
masło, a Herbert Grudziński
przemierzył szlak bojowy
z Armią Andersena.


Albowiem oni posiądą Królestwo Niebieskie.

I raz jeszcze Jaworski, z tej samej książki - wiersz Słodkie lata 90 ze swoją mistrzowską puentą:

Żyliśmy jak zwierzęta.
Bez iPadów, LTE i Internetu.
Dziewczyny bobry miały zarośnięte.
Rzadko goliły nogi.
Nic nie było wyjebane w kosmos.
Nic nie było zapisane na pendrivach.
Wszystko było zapisane w gwiazdach.


A na sam koniec tego tymczasowego końca - dwa fragmenty Świetnych sów Filipa Zawady, absolutnie przepiękne. Wiersz pierwszy -

Czy w Polsce jest coś yin i yang?
W Polsce jest biały i czerwony prostokąt.
Biały symbolizuje prześcieradło,
czerwony symbolizuje krew.
Prostokąt symbolizuje historię.


Dwa równoległe odcinki, które nie przecinają się w nieskończoności.

- i drugi:

Wszyscy zmarli są cudzoziemcami.
Przynajmniej przez jakiś czas.
Przynajmniej w niektórych religiach.

Cudzoziemcy są obcojęzyczni.

PO po chińsku znaczy przyszłość.
LAND po angielsku znaczy ziemia.

POL po angielsku znaczy biegun.
AND po angielsku znaczy i.

DNA prawie w każdym języku oznacza skrót DNA.
LOP po angielsku oznacza poobcinać.

niedziela, 28 grudnia 2014

O pewnej nieoczekiwanie miłej w skutkach błędnej opinii Tadeusza Soplicy

[KOMENTARZ. Niniejszy tekst jest wykładem, jaki miałem przyjemność wygłosić 5 kwietnia 2014 roku podczas organizowanego w mojej szkole - w ramach jej Dni Otwartych - Festiwalu Nauki. Zależało mi, żeby opublikować go tu właśnie teraz, między 24 a 31 grudnia tegoż samego roku... Bo tak - obchodzimy właśnie okrągłą, sto osiemdziesiątą rocznicę wydania Pana Tadeusza. A jego autor, Adam Mickiewicz, 24 grudnia 1834 roku skończył był trzydzieści sześć lat - czyli właśnie wtedy, między wigilią a sylwestrem, liczył sobie dokładnie tyle wiosen, ile teraz ma piszący te słowa. Przypadek? Pewnie tak, ale moja wiara w przypadki jest mocno ograniczona...
Pozwalam sobie dedykować ten tekst Bogusławowi Kiercowi, którego pisanie (również o tym, co przezeń przeczytane, a w czym słowa wieszczów zajmują miejsce nader niepoślednie) wyrasta z podobnego jak niniejszy wykład imperatywu poszukiwania najbardziej ekstatycznej, miłosnej i - tym samym - nie wprost wyrażonej, religijnej strony bycia.]

I.

Powiedzmy to sobie otwarcie: ta książka nie powinna była powstać – z której strony by na to nie popatrzeć, Pan Tadeusz jest wydarzeniem absurdalnym, skandalicznym, aberracyjnym. Niby wszystko o nim wiemy, przez tych równych sto osiemdziesiąt lat, jakie dzieli nas od jego pierwszego wydania, został przez literaturoznawców rozebrany do poziomu poszczególnych liter przechowywanego we wrocławskim Ossolineum w drogocennej szkatule z mahoniu i kości słoniowej rękopisu, a każde z jego kilkuset wydań – zaczytane przez kolejne pokolenia dobrowolnych i wymuszonych czytelników. A przecież wciąż jeszcze nie przestaje prowokować, intrygować, niepokoić – czegokolwiek byśmy nie powiedzieli o tej bezprecedensowej w historii polskiej kultury książce (jedna Trylogia Henryka Sienkiewicza może próbować się z nim równać pod względem siły oddziaływania na naszą zbiorową tożsamość), zawsze możemy powiedzieć coś innego. Pan Tadeusz zastygł w stereotypy i historycznoliterackie klisze, z których po minimalnym choćby namyśle niewiele pozostaje. Epopeja? Oczywiście tak, ale przecież wcale nie – bo i gawęda szlachecka, i oświeceniowy poemat heroikomiczny, i najeżony kryptocytatami z Sofiówki Stanisława Trembeckiego poemat opisowy, i powieść historyczna w stylu Waltera Scotta, i zapatrzona w renesansowy etos ziemiański Kochanowskiego i Reja oleodrukowa sielanka. Narodowa – no jasne, ale już sama definicja tego, jak Mickiewicz na użytek swego opus magnum reinterpretował nowe w romantyzmie pojęcia narodu, to temat na osobną, historyczno-socjologiczną rozprawę. A przecież nad ostatnim wielkim dziełem literackim Adama Mickiewicza znaleźliby coś do zrobienia również antropolodzy, religioznawcy, filozofowie, wszelkiego autoramentu specjaliści od flory, fauny, heraldyki, gastronomii... zaiste, badacze literatury mają czasem kłopot, by w tym tłumie dorwać się do głosu...
A przecież nie od razu tak było – gdy w roku 1834 w Paryżu wychodziły nakładem Aleksandra Jełowieckiego dwa tomy pierwszego wydania Pana Tadeusza, reakcje czytelników świadczyły jeśli już nie o jakimś piramidalnym nieporozumieniu i niedoczytaniu, to w każdym razie o sąsiadującym ze zdurnieniem niedowierzaniu. Pierwszorzędne czytające umysły polskiej emigracji – na czele choćby z Cyprianem Kamilem Norwidem, który przecież w momencie ukazywania się Pana Tadeusza był niewiele ponad dziesięcioletnim chłopcem, a w swoim czasie objawił się jako do dziś niezrównany interpretator Balladyny Juliusza Słowackiego – jeszcze wiele lat po tamtym pierwszym wydaniu dawały w listach, rozmowach i artykułach wyraz swemu zaskoczeniu, może nawet zniesmaczeniu... Bo pomyślmy: Adam Mickiewicz od mniej więcej dwóch lat chodzi w aureoli wieszcza, proroka, wizjonera – a dzieje się tak za sprawą napisania i wydania ostatniej, trzeciej części arcydramatu, którym bezsprzecznie są Dziady, a także Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego, dalece bardziej niż osobliwego post scriptum do myśli mesjanistycznej, łączącego w sobie cechy traktatu historiozoficznego, broszury politycznej i apokryfu biblijnego. Nic więc dziwnego, że czytelnicy mistrza Adama (którzy z wolna zmieniają się w jego wyznawców) czekają, aż ten – niczym pewien dość popularny dziś samozwańczy sieciowy autorytet od wszystkiego – powie, jak jest... I doczekują się właśnie Pana Tadeusza, dzieła, w którym zamiast kolejnej wieszczej wizji zrozumiałej jedynie dla nielicznych wybrańców, adeptów najwyższego ducha, dostajemy... no właśnie, co? Wspomniany wcześniej Norwid, skądinąd doceniający arcydzielne walory malarskie utworu autora Grażyny, jeszcze w 1866 roku, czyli w ponad trzydzieści lat po wydaniu poematu (i w więcej niż dekadę po przedwczesnej śmierci samego Mickiewicza) tak oto pisał w liście do Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Pan Tadeusz: ulubiony i słynny poemat narodowy polski, w którym jedyną poważną i serio figurą jest kto?... Żyd (Jankiel). Zresztą: awanturniki, facecjoniści, gawędziarze, pasibrzuchy, którzy jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im ojczyznę... Kobiet w tym arcytworze narodowym dwie: jedna-metresa petersburska, druga panienka pensjonarka, i wyrostek bez profilu wyrobionego”.
Opinia Norwida – jakkolwiek ostra – nie była bynajmniej, o czym wspominałem powyżej, odosobniona. Ale okazało się – i to kolejny paradoks Pana Tadeusza – że czytający lud okazał się mądrzejszy niż arystokraci czytania; i to właśnie ten niekłamany entuzjazm „spod strzech” (o którym marzył sam wieszcz) zdecydował o wywindowaniu spisanej w dziesięciu tysiącach wersów polskim aleksandrynem opowieści o ostatnim zajeździe na Litwie na tak szczególnie uprzywilejowane miejsce w dziejach naszego pisarstwa. Bodaj najlepszą parabolą takiego działania Pana Tadeusza wydaje mi się doskonale znana nowela Henryka Sienkiewicza Latarnik – powstała pod wpływem amerykańskich przeżyć autora Potopu, opublikowana po raz pierwszy w warszawskim dwutygodniku „Niwa” w 1881 roku. Utwór ten czytany jest najczęściej w kontekście patriotyczno-nostalgicznym – dla mnie jednak pozostaje on w pierwszym rzędzie niezwykle wnikliwą parabolą działania literatury; właśnie „działania”, bo Pan Tadeusz jest tekstem, by tak rzec, performatywnym, odsłaniającym się w interferencji, w jaką wchodzi ze świadomością czytającego. Mniej zatem interesuje mnie to, że dla tytułowego bohatera Latarnika, Polaka wiecznego tułacza Sawickiego, pod wpływem lektury zmartwychwstaje na chwilę fantazmatyczna, pragnieniowa Polska – ważniejszy wydaje mi się obraz tego, z jak przemożną siłą literatura może unieważniać życie, destabilizować egzystencję. I taki właśnie jest Pan Tadeusz: omija świadome pokłady czytelniczej percepcji, by wwiercić się w najgłębiej skryte, archetypalne głębiny doświadczania tekstu.

II.

Jedną z najpowszechniej powtarzanych legend związanych z ostatnim wielkim dziełem pierwszego z wieszczów jest ta, wedle której każdy czytający ma jakiś swój ulubiony fragment historii szlacheckiej. Wiadomo, jak to jest z legendami: trochę prawdy, sporo zmyślenia, ale owszem – ja przynajmniej takowy ulubiony passus mam i zawsze chętnie się nim dzielę. I pewnie nie będę szczególnie oryginalny, gdy wyznam, że jest nim urywek z Księgi III, dotyczący lasów i nieba. A że zakochanie ma swoje prawa, więc nie odmówię sobie przyjemności zacytowania odpowiednich wersów. Na początek moment, w którym narrator komentuje rozmowę Telimeny i Hrabiego, gdzie oboje przesądzają z kosmopolitycznym poczuciem lepszości o wyższości pejzażu włoskiego nad litewskim:

A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy
Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy!
Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,
Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,
Leszczyna jak menada z zielonymi berły,
Ubranymi jak w grona, w orzechowe perły;
A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,
Ożyna czarne usta tuląca do malin.
Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,
Jak do tańca stające panny i młodzieńce
Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona
Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona
Wysmukłością kibici i barwy powabem:
Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki
Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki,
Tam matrony topole i mchami brodaty
Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,
Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,

Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.

W sukurs narratorowi przychodzi ten trzeci – czyli Tadeusz, który chwilę później uzupełni powyższy obraz piękna przypisanego żywiołowi ziemi (nie zapominajmy, że Pan Tadeusz zakorzeniony jest w uniwersum najbardziej elementarnych wyobrażeń mitycznych) przejmującą apoteozą tego, co skojarzone jest z pierwiastkiem powietrza:

[...] To państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem,
Błękitne, czyste: wszak to jak zamarzła woda;
Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?
U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
Bo każda chmura inna: na przykład jesienna
Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,
I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,
Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;
Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci,
Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,
Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,
Patrzcie państwo, te białe chmurki, jak odmienne!
Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi:
Ściskają się, grubieją, rosną – nowe dziwy!
Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie
Przelatują jak tabun rumaków po stepie:
Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się... nagle
Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,
Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie
Cicho, z wolna po niebios błękitnej równinie!


Zacznę od dygresji naukowo mało może pożywnej, ale jednak jakoś tam nieodzownej: jakkolwiek nie uważam wcale, by do rozumienia literatury konieczne było przeżywanie tego, co doświadcza bohater (bo wówczas musielibyśmy wszyscy w trosce o samych siebie wyrzec się nadziei rozumienia choćby Procesu, Zbrodni i kary, Imienia róży czy Solaris), to nie będę też ukrywał, że w mojej miłości do tych akurat fragmentów Pana Tadeusza walnie ugruntowała mnie możność zobaczenia na własne oczy, jak zachowuje się niebo właśnie tam, czyli nad Litwą, Łotwą bądź Estonią – latem zmierzch nadchodzi tam dopiero wcale późną nocą, a wcześniej oglądanie nieboskłonu starcza za najwymyślniejszą nawet rozrywkę: wydmuchany wiatrami znad Bałtyku, nieskończenie odległy, zatłoczony kilkunastoma warstwami chmur posplatanych w zupełnie niewiarygodne kształty, wyostrzający kontury horyzontu niczym w tandetnym programie do obróbki zdjęć, przybierający kolory nie dające się opisać na żadnej palecie... Gdybym był Tadeuszem Soplicą, leżenie na trawie i niekończące się obserwowanie nieba byłoby moim głównym zajęciem w tej i tak (jeśli wierzyć przywoływanej wcześniej opinii Norwida) niegodziwie rozleniwionej rzeczywistości poematu Mickiewicza.
Dość jednak prywaty i niestosownych zachwytów: w temacie niniejszego wykładu stoi przecie – prowokacyjna nieco – teza, że opinia dwugłosu narrator/Tadeusz o lasach i niebie jest błędna. Czemu tak?
Z punktu widzenia najmocniej chyba utrwalonego w kulturze europejskiej od czasów przynajmniej renesansu etosu artysty jako kreatora światów, rację w tym fundamentalnym sporze estetycznym trzeba oddać oczywiście Hrabiemu. Jego zamiłowanie do włoskiej nieskazitelności jest w istocie rzeczy wywyższeniem władzy twórcy nad tworzywem. Artysta dąży – znów: wedle pewnej ściśle określonej, ale jednak ważnej autokreacyjnej mitologii – do tego, by móc w sposób nieograniczony powoływać do istnienia suwerenne światy. Od starożytności znana jest legenda o pojedynku między dwoma wielkimi, jak najbardziej historycznie istniejącymi malarzami z klasycznej epoki sztuki ateńskiej – Zeuksisem z Heraklei i Parrasjosem: obaj stanęli w szranki z zasłoniętymi płótnem obrazami; gdy Zeuksis odsłonił swoje dzieło, ukazały się na nim winogrona odtworzone z tak niezwykłą biegłością, że do obrazu zleciały się ptaki i zaczęły dziobać nieistniejące owoce. Dumny Zeuksis zaczął domagać się, by również Parrasjos zdjął zasłonę ze swego malunku – i w tym momencie musiał uznać wyższość przeciwnika, bo to zasłona była właśnie tym, co namalował Parrasjos. Ta sugestywna anegdota przedstawia, jak mi się zdaje, dokładnie to, co jest pragnieniem Hrabiego: tworzyć tak, by sprawować pełną kontrolę nad przedstawianym światem, by biegłość techniczna stawała się siłą magiczną porównywalną z boskim logos spermatikos Justyna Męczennika, słowem zapładniającym, zdolnym wydobywać z nicości światy doskonalsze niż ten, który nas otacza. Tadeusz, by opisać kawałek litewskiego nieba, musi się natrudzić co niemiara, a efekt jest – po prawdzie – żaden. Wszystko okazuje się nie tym, czym być miało: banalne chmury mogą wydać się pędzonym przez sokoła stadem gęsi, balonem, żółwiem, rozpuszczonymi warkoczami, przebiegającym po stepie stadem rumaków... wszystkim, tylko nie tym, czym naprawdę są. Tak samo zresztą narrator (a warto zwrócić uwagę, że Tadeusz brzmi jak jego echo, także w tym sensie, że wydaje się wyznawać podobną – podobnie chybioną – filozofię opisywania natury): również tutaj przez porównywanie drzew do menad, pasterek, dzieci, matron, wcale nie przybliżamy się do wiedzy o tym, czym jest drzewo jako – by nadużyć terminologii Immanuela Kanta – Ding an sich, „rzecz sama w sobie”... Sprawy najprostsze: mieszany bór litewski, pochmurne niebo – wymykają się nazwaniu, podczas gdy Hrabia i Telimena, zwolennicy prawdziwego, boskiego piękna, nie mają z tym problemów – Mickiewicz może poświęcić ich zachwytom niepomiernie mniej miejsca niż enuncjacjom Tadeusza: wystarczy kilka dość oczywistych elementów pejzażu włoskiego (znanych każdemu czytelnikowi bedekerów, ówczesnych przewodników) opatrzonych doskonale rozpoznawalnymi epitetami (wymienia je owa, jak ją mało grzecznie określił Norwid, „metresa petersburska”) oraz parę bardziej niż celnych określeń: „niebios błękity, morskie szumy i wiatry wonne, i skał szczyty” – i idealny pejzaż włoski jest kompletny. Doskonałość, nienaruszalność, idealność w prawdziwie platońskim sensie – doprawdy, miejsce wymarzone dla każdego, kto chce swą sztuką stwarzać złudzenie tak doskonałe, że aż doskonalsze niż niepoddający się jakiemukolwiek opisaniu świat rzeczywisty (jeden z największych myślicieli końca XX wieku, Jean Baudrillard, skonstatował ongiś, że nasza hiperrealna, nieskończenie wirtualna i medialna ponowoczesność jest światem symulakrów: kopii bez oryginałów, fikcji doskonalszych niż realność – Hrabia wydaje mi się czasem kimś, kto myśl Baudrillarda na ponad wiek przed nim całkiem adekwatnie opisał). Zresztą ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli) wyraźnie protekcjonalnym tonem pouczy kilka wersów dalej Tadeusza, że jego dzikie wyobraźniowe brewerie na temat drzew i nieba nijak się mają do tego, co stanowi istotę sztuki, a czym jest „wzlecenie w sfery ideału”; ideału – dodajmy – do którego trzeba (co Hrabia wymienia z godną prawdziwego mistrza precyzją i chłodem profesjonalisty) „punktów widzenia, grupy, ansamblu i nieba, nieba włoskiego”. I żeby już całą rzecz, niesmaczną w gruncie rzeczy i śmiesznie nieistotną, zakończyć w sposób niepodlegający dyskusji, Hrabia wyraźnie wskazuje młodemu Soplicy, że jego pomysły są właśnie błędem, skutkiem niedouczenia – mówi wszak wprost: „dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie”.
No tak – nie dajmy się jednak zwariować: najbardziej nawet bylejakiemu czytelnikowi Pana Tadeusza nie ujdzie uwagi, że to właśnie Tadzio Soplica jest tym, ku któremu skłania się sympatia narratora i autora, takoż wodzonemu przez nich ustawicznie na pokuszenie odbiorcy. Ale – jak to zwykle w przypadku tego utworu bywa – sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Przyjrzyjmy się temu, co ma do powiedzenia tytułowy bohater historii szlacheckiej tuż po tym, jak Horeszko skończy opiewać italską florę:

Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie,
Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie
I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
Któreż równać się może z drzewami naszemi?
Czy aloes z długimi jak konduktor pałki?
Czy cytryna, karlica z złocistymi gałki,
Z liściem lakierowanym, krótka i pękata,
Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?
Czy zachwalony cyprys długi, cienki, chudy,
Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?
Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie;
Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,
Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,
Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić.


Pomińmy początkowe szyderstwa Tadeusza: porównywanie aloesu do konduktora i kompletnie już niestosowne (zwłaszcza w przytomności Telimeny), balansujące na krawędzi zwykłego chamstwa opisywanie cytryny jako brzydkiej starej panny, której jedynym atutem w grze o miłość pozostaje posag... niewykluczone, że Mickiewicz uderza w takie właśnie niezbyt grzeczne tony po to, by uspójnić ten akurat rys osobowości młodego Soplicy, który podkreśla parę wersów wcześniej: że choć bohater ten „umiał czuć wdzięk przyrodzenia”, to jednak pozostawał „prostakiem”... Bardziej przykuwa moją uwagę fragment o cyprysie: bo oto tutaj Tadeusz bezbłędnie wychwytuje, że ideał piękna według Hrabiego jest naznaczony śmiercią. Nieruchomość, oczywistość, przewidywalność – owszem, wszystko to są cechy przynależne pewnemu wyobrażeniu o tym, co prawdziwie piękne – ale też wszystko to są właściwości tego, co umarłe. I gorzej nawet – bo przecież sam cyprys nie jest umarły, on tylko pogrążony jest w żałobie, ale co to za żałoba! „Dworska” – czyli sztuczna, wymuszona, narzucona, niechciana. Spętana etykietą, tkwiąca w nakazanym bezruchu – czyli taka, która, choć niby jeszcze żywa, dubluje jednak grozę pozbawionego życia ciała. Dalsza część wypowiedzi Tadeusza – gdzie ze średnio wyszukanego żartownisia i szydercy zamienia się on w znakomitego poetę (który skądinąd – co jest jeszcze jednym argumentem za nieoczywistością rozwiązań formalnych zaproponowanych przez Mickiewicza – dziwnym jakimś trafem podejmuje dopiero co przerwaną kwestię narratora, stając się tym samym poniekąd echem głosu autora) jest logicznym przeciwstawieniem się temu, z czym kojarzy się znudzony, wampiryczny, za życia umarły cyprys:

Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,
Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,
Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy
Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!
Czemuż pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,
Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?
Prawdziwie, będą z pana żartować sąsiedzi,
Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,
Malujesz tylko jakieś skały i pustynie.


Pięć pierwszych wersów podejmuje wątek śmierci, lamentacji – ale z jakże odmiennej perspektywy! Owa brzoza, jakby to ujęła psychoanaliza, przepracowuje stratę – już to syna, już to męża – wnosząc tym samym w świat umierania tętniące autentycznym bólem życie. Współcześnie zbyt rzadko pamięta się o tym (a Hrabia wydaje mi się tej niedobrej niepamięci mimowiednym antenatem), że żałoba w wywodzącym się z judaizmu (czyli również chrześcijańskim) świecie wrażliwości okołoreligijnej nie jest po to, by zasklepiać się w bólu – ona ma przywracać cierpiącego życiu. Dla ludu Pierwszego Przymierza specjalny strój i zachowanie żałobnika nie są stygmatem nietykalności, wręcz przeciwnie: nakładają one na siostry i braci w wierze obowiązek pocieszania. Ba! nawet kadisz, modlitwę za zmarłych (która skądinąd jest wielkim, wypełnionym radością i mesjańską nadzieją hymnem na cześć Jahwe) Żyd może odmawiać jedynie w zgromadzeniu zwanym minjan, które będzie towarzyszyć mu w drodze z rozpaczy i pustki do niegasnącego światła. I taki rytuał żałobny wydaje mi się odprawiać brzoza z przywoływanego uprzednio fragmentu Pana Tadeusza – jej ekstrawertyczne cierpienie włącza nas we wspólnotę współczucia, pozwala przewalczyć nieprzewalczoną jakoby śmierć. A końcówka wypowiedzi Tadeusza? „Żyzna litewska równina” przeciwstawiona została „skałom i pustyniom” – czyli mamy do czynienia z tą samą logiką: żyzność, nieokiełznana płodność, życie samo w sobie staje naprzeciwko jałowości pustyni, gdzie żyć mogą (o czym wiadomo już od czasów pierwszych chrześcijańskich pustelników) wyłącznie demony. Znakomicie koresponduje to zresztą z miejscem, gdzie Tadeusz mógł zobaczyć owe „sławione drzewa” – z ogrodem botanicznym w Wilnie, gdzie romantyczna natura (czyli coś posiadającego swą własną, sympatyczną człowiekowi egzystencję) zmienia się w przyrodę, w preparat bytujący w sposób pozorowany i (przepraszam za wyrażenie, ale okaże się ono w dalszym ciągu tego wykładu jednak uzasadnione) wykastrowany.
Wnioski? Żyje tylko to, co jest skażone błędem – Tadeusz w swoich sądach o pięknie błądzi w sposób skandaliczny i właśnie dlatego staje po stronie największego skandalu, jakim jest życie: zawsze kapryśne, wiecznie nieoczekiwane, niepoddające się planowaniu i upraszczającym osądom, którego najlepszą definicją jest przecież beznadziejne i cudowne zabłąkanie. Jego (jak również te odnarratorskie) opisy, tak bezcelowo na pozór wikłające się w coraz dalej umykające od swego przedmiotu enumeracje porównań, odtwarzają ekonomię bycia, które zawsze jest czymś innym niż to, czym wydaje się, że jest. Potęga wyobraźni przemyca wielbiciela prawdziwie żyjącej natury nie w sferę ideału, ale w dominium tej tak wysoko cenionej przez romantyków wzniosłości – czyli czegoś, co łączy w sobie grozę i zachwyt, co jest za każdym razem nowe, a tym samym nieśmiertelne. A z drugiej strony – to właśnie postrzeganie tętniącego życiem świata przez Tadeusza Soplicę wpisuje się harmonijnie w mityczną logikę sarmackiej arkadii Soplicowa i okolic. Pan Tadeusz skonstruowany jest jak fraktal – figura matematyczna, której każda część jest identyczna z całością. Cały poemat jest jednym wielkim peanem na cześć nostalgicznie chylącego się do kresu etosu ziemiaństwa I Rzeczpospolitej – i podobnie wszystkie jego części, nawet te najdrobniejsze: opisy matecznika i nieba gwiaździstego, grzybów i sadu wraz z ogrodem, zastawy stołowej i obyczaju parzenia kawy, koncerty Wojskiego, Jankiela i stawów o zmierzchu... wszędzie odnajdziemy okruchy tego samego porządku uniwersum. Nie inaczej zhierarchizowane są lasy i feerie na pochmurnym litewskim nieboskłonie: również one zdają się mówić, że to, czym żyje Soplicowo, jest najlepsze z najlepszych. Tak zatem – rozpasanie wyobraźni i odwieczny ład lechickiej ojczyzny: dwie strony życia, które czuje Tadeusz, a wobec których Italia Hrabiego zawsze pozostanie czymś nieważkim, cudacznym, obcym, obojętnym i po części przynajmniej budzącym wstręt.

III

Czas na wielki finał: wiemy już, dlaczego Tadeusz, by mieć rację w przestrzeni wiecznie i samoistnie odradzającego się, uzasadnionego w samym sobie życia, musiał zbłądzić i opuścić łudzącą swym idealnym spokojem – przysługującym zmarłym – sferę przeteoretyzowanego piękna, którego wyznawcą jest ostatni z Horeszków (chociaż po kądzieli). Dlaczego jednak ta błędna opinia miałaby być – jak zapowiada tytuł niniejszego wystąpienia – nieoczekiwanie przyjemna w skutkach? Jeszcze jeden fragment III Księgi poematu nad poematami:

[…] Wtem przykry dla uszu
Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu
Cichego pełno było krzyku i hałasu.

Hrabia, kiwnąwszy głową, rzekł poważnym tonem:
„Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem!...
Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,
Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,
Wylania się serc czułych: gdy spiż z dala ryknie,
Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!”
Tu, obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie,
„Cóż zostaje?” A ona mu rzekła: „Wspomnienie!”
I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,
Podała mu urwany kwiatek niezabudek.
Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał;
Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,
Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija
Coś białego: była to rączka jak lilija;
Pochwycił ją, całował i usty po cichu
Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu.
Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały
Papier w trąbkę zwiniony; był to listek mały.
Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy,
Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.


Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, to początek tego fragmentu winien ostatecznie je rozwiać: Hrabia jest człowiekiem nieco nazbyt zafascynowanym śmiercią, pozostającym – mimo swych ewidentnie komicznych rysów, nadanych mu przez Mickiewicza – w jej niebezpiecznym, chorobliwym cieniu. Dzwon – jeśli rzeczywiście brzmi, jak chce tego autor, „przykro” – to wyłącznie dla uszu Horeszki; dla reszty towarzystwa bawiącego na grzybobraniu jest on po prostu wezwaniem na z całą pewnością krzepiący i życiodajny posiłek, jedynie Hrabiego prowokuje on do niedorzecznego w kontekście całej sytuacji, napuszonego przemówienia głoszącego nieważność i iluzoryczność wszystkiego, co istnieje. Ale nie wolno nam zapominać, że tytuł całej III Księgi brzmi Umizgi – i oto Telimena rozstrzyga teraz spór o jej względy, bo przecież również tym była dyskusja między dwoma samcami. Hrabia dostaje – całkowicie jawnie, manifestacyjnie wręcz – niezabudkę (znaną lepiej jako niezapominajka), kwiat symbolizujący pamięć: słychać to wyraźnie w obu jego, nader wdzięcznych i dźwięcznych nazwach. Przyznajmy: piękny to prezent, dowód pamięci od adorowanej kobiety, który ma jednakowoż jedną poważną wadę – niczego nie obiecuje na przyszłość, zamyka się w jałowym wspominaniu przeszłego. Nie sposób nie dostrzec w tym głębokiej mądrości Telimeny: Hrabia, jak każdy zainfekowany śmiercią człowiek, bez reszty zwrócony jest melancholijnie w to, co minione, a przed sobą ma wyłącznie – jak to w niewiele ponad dwadzieścia lat po Panu Tadeuszu powie o duchowej kondycji Emmy Bovary narrator wielkiej powieści Gustave’a Flauberta – „czarny korytarz z głucho zamkniętymi drzwiami na końcu”. Czyli dostaje to, czego pragnie i na co zasługuje... Ale – jak to często bywa – najciekawsze rzeczy dzieją się w ukryciu. Bo oto Tadeusz dostrzega wabiącą go skrycie, drugą dłoń Telimeny – moment, w którym przypada do niej z namiętnym pocałunkiem („jak pszczoła w liliji kielichu”... ach, ten Tadeusz! nawet w takim momencie nie zapomina o pulsującym życiem porównaniu) i o mało co nie wybija sobie zębów o klucz, cudownie psuje dwuznaczny erotyczny patos całej sceny – przypomina się Werter, który z właściwą sobie egzaltacją wspomina, jak to musiał prosić Lotę, by nie posypywała wysyłanych mu listów osuszającym atrament piaskiem, bo ten po zachłannym zacałowaniu kartki zgrzyta mu w ustach... Zresztą – zauważmy zupełnie na marginesie – niejedyny to moment, kiedy Mickiewicz w Panu Tadeuszu mniej lub bardziej świadomie kpi ze „zbójeckiej książki” swej młodości: wszak pierwsze spotkanie Hrabiego z Zosią dokarmiającą drób jest bardziej niż ewidentną parodią zachwytów, jakie w bohaterze powieści Goethego budzi widok narzeczonej Alberta dzielącej chleb między dzieci... Ale dość o tym: wróćmy do klucza. I do tajemniczego liściku, będącego tegoż klucza instrukcją obsługi. Wskazania tej instrukcji pozostaną dla nas niestety tajemnicą... Czyżby? Pamiętajmy, że Pana Tadeusza – jak każde dzieło wielkie – trzeba umieć czytać między wierszami. Następna księga arcypoematu przynosi nam – jak być może pamiętamy – opis wielkich łowów, na które Tadeuszowi Soplicy sromotnie się zaspało. I oto Mickiewicz opisuje nam jego niewczesne przebudzenie:

On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy
Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy
Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło.
On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,
Chroniąc się blasku. Nagle usłyszał stuknienie,
Przebudził się: wesołe było przebudzenie.
Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,
Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiechał:
Myśląc o wszystkim, co mu wczora się zdarzyło,
Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.


Już samo to, że pierwszy promień budzącego Tadeusza słońca wpada do pokoju przez świetlik w okiennicy wycięty akurat w kształt serca, wydaje się aż nieznośnie dosłowną w swej kiczowatości sugestią – bo owszem, Pan Tadeusz bywa utworem do przesady drobiazgowym jeśli chodzi o detale opisowe, ale nigdy nie jest to drobiazgowość nieuzasadniona... Ale gdyby ktoś jeszcze się wahał, to zwracam uwagę na bardziej niż dobre samopoczucie młodego Soplicy – nigdy nie zdarzyło mi się zaspać na polowanie (choćby z tego powodu, że łowiectwo uważam za dość kiepsko kamuflowane barbarzyństwo i nigdy w żadnym takim groteskowym rytuale udziału nie brałem i brać nie zamierzam), ale coś mi się wydaje, że raczej nie czułbym się z tym szczególnie radośnie. A poza tym – czemuż to naszemu Tadziowi na myśl o kończącej się właśnie nocy krew żywiej krąży, oddech przyspiesza, tętno się podwyższa?... Obstawiam, że nie z powodu źle wywietrzonego pokoju – i tak mi się coś widzi, że to w ogóle był pokój, który dało się otworzyć wyłącznie tamtym, otrzymanym w Świątyni dumania kluczem.
Nie ma wątpliwości: tej nocy Tadeusz Soplica, wielki poeta życia, zabłądził raz jeszcze – ale tym razem do miejsca, gdzie życie odsłoniło mu się w tym, co ma w sobie najbardziej ekstatycznego. A Hrabia? Cóż, z całą pewnością czerpał ogromną radość z kontemplowania niedosiężnych pragnień ucieleśnionych w kształt coraz bardziej z chwili na chwilę więdnącej niezabudki.

piątek, 31 października 2014

Wiersze (IV)

Zanim wiersz - to taka sobie autorefleksja.
Otóż - choruję. Zdarza mi się to niezmiernie rzadko (mówię tu oczywiście o niedyspozycjach cokolwiek poważniejszych, takich, które nie przechodzą po wieczornej herbacie z sokiem malinowym, cytryną, miodem i wódką, i po solidnym wypoceniu się nocą), a jeśli już, to w czasie wolnym od pracy, w związku z czym kończę sobie teraz powoli pierwsze od września 2003 roku el-cztery. No i Kasia śmieje się też, że skoro w ogóle zachciewa mi się chorować, to nigdy nie jest to nic banalnego - grypa, angina... Zawsze coś, co zmusza lekarzy do aktywnego wysiłku intelektualnego. Tym razem padło na różę (łacińska nazwa erysipelas, efekt niechcianej wizyty paciorkowca Streptococcus pyogenes, kod A46 wedle międzynarodowej klasyfikacji chorób zakaźnych - te sprawy). Rzuciło się na lewy piszczel, ale to nieważne.
A skoro róża - to i gorączka. Niezbijalne zrazu trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć; czyli - jak na mnie - bardzo wysoko, na granicy halucynacji. I kiedy tak trząsłem się pod kocem, nie będąc w stanie podjąć się najbardziej nawet banalnej czynności i błąkając się po krawędziach półsnu, zauważyłem, że mogę myśleć wyłącznie całymi słowami, a nawet pojedynczymi ich literami. Każda myśl przechodziła przez uporczywy filtr jakiejś kosmicznej klawiatury, na której powoli wystukiwałem absolutnie wszystko, najmniejsze nawet spięcie na synapsach. To znaczy: myślałem normalnie, odrobinę tylko wolniej, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób wszystko to odbijało się na kartce mojego mózgu powoli, wyraźnie - klawisz za klawiszem, litera za literą...
No dobra, teraz już wiersz. Trochę nawet smutny, więc akurat pod te jutrzejsze i pojutrzejsze obcowania świętych Dziadów - i trochę też (uczciwszy uszy) metatekstowo-autotematyczny, więc poniekąd korespondujący z tym, co tuż powyżej. Tytułu nie stwierdzono.

Gdy śmiertelnie znużony bezwładnie padł na tapczan,
pisnęły sprężyny wyrwane z rdzawego snu,
rozdarcie w płótnie uprzejmie przesunęło się o centymetr.
Był wieczór, jedna z tych niechętnych pór roku –
koniec listopada, początek grudnia, a być może pierwsza połowa marca.
Zmęczonymi palcami przeczesał popielatą, wieczorną twarz.
Podobnym ruchem, tyle że w odwrotnym kierunku
przygładził włosy od lat tak samo mącące nieliczne obrazy w zapadłych oczach.
Jedno, dwa bezsensowne westchnienia.
Kolejny wielki wysiłek: zapalił papierosa,
z porozrzucanych książek gapiły się na niego już tylko
zakończenia, epilogi,
milczące posłowia

niedziela, 5 października 2014

Książki zbójeckie

Jakiś czas temu na Facebooku objawiła się - o czym pewnie więcej niż wielu i wiele już wie - kolejna z takich łańcuszkowych zabaw: coś trzeba zrobić, a potem rzucić komuś wyzwanie do zrobienia tego samego (w żargonie fejsbukowym nazywa się to - średnio sensownie z gramatycznego, a więc i semantyczno-logicznego punktu widzenia; nie bądźmy jednak drobiazgowi - "nominowaniem" kogoś do czegoś). Tym razem poszło o wymienianie dziesięciu swoich ulubionych, najważniejszych czy jakich tam kto chce książek.
Z początku chciałem całą zabawę olać - bo raz, że jakoś w takich rozrywkach średnio mam czas i ochotę brać udział, a dwa, że wydało mi się groteskowo beznadziejnym typowanie akurat dziesięciu najistotniejszych dla mnie książek. Nie żebym sądził, że przeczytałem jakoś strasznie dużo - choć owszem, uważam nieskromnie, że nie było tego też mało, ale bez trudu jestem w stanie od strzała wymienić osoby, które w różnym stopniu mam za znajome, a w porównaniu z którymi moja kompetencja czytelnicza nie prezentuje się zanadto imponująco... Niemniej jednak literatura zajmuje tak istotną część mego życia (z niej przecież czerpię - w różnych bardzo znaczeniach - radość, sens i środki do życia), że pomysł wytypowania dziesięciu "najmojszych" książek wydał mi się absurdalny.
Potem jednak - oczywiście właśnie z powodu owych niemożności i absurdalności - zabawa zaczęła mnie kusić... Żeby jednak spróbować dokonać takiej drastycznej redukcji, żeby ze stert rozczytanego papieru wyłonić właśnie to, co absolutnie fundamentalne.
Spróbuję zatem. Trochę będę oszukiwał - bo książek będzie nieco więcej niż dziesięć (z powodów ważnych i przemyślanych), a poza tym, zamiast poprzestać na wymienieniu, trochę o nich poopowiadam; i to właśnie głównie z chęci wysnucia nieco dłuższej opowieści odpowiadam - absolutnie poniewczasie - na fejsbukowy czelendż właśnie tu, nie na wzmiankowanym portalu. A się-wytłumaczenie (ważne i kuszące również dla mnie samego) będzie o tyle zasadne, że chciałbym być uczciwy i nie wymieniać tego, czego się może ktoś po mnie spodziewać (także te trzy osoby, które - każdą na inny sposób - bardzo sobie poważam, a które mnie do tej gry "nominowały"), lecz zmierzyć się z tym, co mnie naprawdę czytelniczo naznaczyło... Siłą rzeczy więc będzie to po części przynajmniej wyprawa w czasy, gdy czytanie było dla mnie radością nie zmąconą nadmiernym rozrostem teoretycznego rozumku. No dobra - to jedziemy, w kolejności absolutnie arbitralnej, której logikę pozostawiam do rozstrzygnięcia ewentualnym psychoanalitykom...

1. Hugh Lofting, Doktor Dolittle i jego zwierzęta. Sprawa bardzo prosta - właśnie tę książkę przeczytałem jako pierwszą samodzielnie (na głos, bo uchodziło to z jakichś powodów za zdrowsze i lepsze dla nauki czytania). Owszem, wcześniej była mi czytana przez mamę i babcię - ale potem już sam, i jeszcze raz, i jeszcze raz... Kiedy to mogło być? Na pewno zanim poszedłem do szkoły, więc już ponad trzydzieści lat temu - a przecież do dziś pamiętam imiona większości zwierząt doktora (prosię Geb-Geb, kaczka Dab-Dab, pies Jip, małpka Czi-Czi... trochę złośliwa i zgryźliwa, pewnie z powodu zacnego wieku, ale nade wszystko mądra i życzliwa papuga nazywała się bodaj Polinezja, co o tyle mnie nie dziwiło, że nie wiedziałem, co jeszcze ta nazwa oznacza). Wiem nawet - a zapisu celowo nie sprawdzam, by pozostać wiernym temu, co dziś mi się pamięta - że Dolittle mieszkał w Pudlebby nad rzeką Marsh. Pozostałe książki o przygodach doktora - a przeczytałem chyba jeszcze ze cztery - też bardzo mi się podobały, chyba nawet przewyższały poziomem tę pierwszą, ale to właśnie jej należy się miejsce szczególne.

2. Henryk Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy. Piękne wydanie, sporego formatu, w twardej kremowej okładce (jeśli była jakaś obwoluta, to zniszczyła się zanim zdążyłem ją zapamiętać), ze znakomitymi całostronicowymi ilustracjami, dalekimi od dzisiejszej, chłamowatej i brutalnej dosadności. Nic nie poradzę - nawet dziś, gdy jestem w pełni świadom wszystkich odpychających swą rasistowską wymową stereotypów, od których aż gęsto w tej powieści, pozostaje ona jedną z najukochańszych przygód dzieciństwa. Owiana jakimś mitem, też poznana w lekturze mamy i babci jeszcze przed czasem, gdy samodzielnie mogłem brnąć przez literaturę, później przeżywana samodzielnie po wielekroć, zawsze z tym samym rozpalającym policzki zachwyceniem.

3. Edward Stachura, Cała jaskrawość i Siekierezada. Wymieniam obie naraz, bo to przecież dwie odsłony - jesienna (choć przecież nienaturalnie letnią była ta późna jesień, gdy Edmund i Witek kopali w mule tej epoki i wszystkich innych epok) i zimowa - tego samego mistycznego traktatu, wielkiej księgi wtajemniczenia w największą ekstazę bycia... Przeczytana w momencie, gdy najbardziej fundamentalne pytania egzystencjalne nabrzmiewały we mnie do rozmiarów wrzodu, który naprawdę mógł się rozlać w sposób nieobliczalnie autodestrukcyjny - a Stachura przeciął go w sposób, który przyniósł mi ulgę, z jakiej pewnie do dziś korzystam. Zawsze, zawsze składam niski pokłon jego cieniowi - tak jak składałem wtedy, choćby przez to, że moje niezdarne pisarskie próbowania (od wierszydeł po wypracowania szkolne) długo nie mogły się od stylistycznych manier autora Fabula rasa uwolnić. Podobnież chylę czoła przed tym, co zostało z M., któremu zawdzięczam pierwsze wprowadzenie w Stachurę, w magnetyzujący snobizm czytania jego nielicznym objawionych ksiąg. I myślę o tym, co kiedyś powiedział mi o Stachurze jeden z towarzyszy pierwszej mojej wyprawy w góry Ukrainy - że gdy się jest tak nieznośnie blisko życia jak Sted, to musi się to skończyć samobójstwem... M. - jak najbardziej praktyczny fascynat wojska, jazdy konnej, sztuk walki, chłop na schwał, który uczył mnie pływania, szachów, Eurobiznesu, który prowadzał mnie do kina na pierwsze filmy dozwolone od lat dwunastu - także nie uniósł ciężaru swego poharatanego wnętrza i chciał wybrać sznur, na którym zawisło jego wysportowane ciało... Przeżył - jako zdziecinniałe, zaślinione i bełkotające wspomnienie po sobie samym. Ale ilekroć kartkuję swoje zaczytane egzemplarze Stachury, tylekroć wiem, że gdzieś tam za tą mgłą tą mgłą zasnuwającą ścieśniony do rozmiarów jego obłąkanego mózgu świat M., rozciągają się niedostępne mi (i nikomu) cudne manowce.

4. John R. R. Tolkien, Władca pierścieni. To też zawdzięczam M. - i pewnie dlatego Tolkien to dla mnie najpierw magia reprodukowanych w "Fantastyce" rysunków Franka Frazetty, którym (nawet jeśli z Tolkienem nie miały nic wspólnego) M. dorabiał tolkienowskie fabuły, i tchnąca jakąś tajemniczością niezwykłość wyrównanego do prawej, chyba bez dzielenia wyrazów, druku pierwszych polskich wydań. Mój egzemplarz - trzeci wypuszczony przez Czytelnika, we współpracy z CiA-Books/SVARO w Poznaniu w 1990, oczywiście w tłumaczeniu Marii Skibiniewskiej - na szczęście jeszcze hołduje temu edytorskiemu dziwactwu, a ja chyba nie byłbym w stanie czytać Tolkiena inaczej; straciłby dla mnie cały czar pisma natchnionego, by nie rzec bluźnierczo, że nie-ręką-ludzką-uczynionego. Jeśli mierzyć to choćby ilością niespokojnych snów, w których rozgrywałem niedoczytane jeszcze przygody Froda, nostalgicznym poczuciem miałkości rzeczywistego świata konfrontowanego z sugestywnością Tolkienowskich fikcji - to nie ma przebacz, właśnie Władca pierścieni jest książką mego życia. Co kilka lat muszę go - oflankowanego przez Hobbita i Silmarillion - czytać na nowo; i za każdym razem zajmuje mi to mniej czasu niż poprzednio, choć do rekordu dziecięcego (Dwie wieże w ciągu jednego, przechorowanego na coś zakaźnego dnia) jednak się nie zbliżyłem...

5. Bolesław Leśmian, Poezje. Pierwsza wielka inicjacja w mowę wiązaną - i do dziś najbardziej w Leśmianie, którego uważam (z pełną literaturoznawczą odpowiedzialnością, kładąc na szali moje niegdyś wypowiedziane w przytomności Magnificencji Uniwersytetu Jagiellońskiego spondeo ac polliceor, do dziś traktowane, mimo rozbratu z akademią, z należną powagą) za najwybitniejszego polskiego i jednego z najwybitniejszych w ogóle poetów, fascynuje mnie właśnie to: że stawia pytania po przekroczeniu każdego kolejnego progu czytelniczego wtajemniczenia, jednocześnie pozostając pisarzem uwodzącym czytelnika, który ledwo co wkroczył (albo i nie) w nastoletniość. Oczywiście - chodzi o bardzo konkretne wydanie poezji Wielkiego Alchemika: seria Klasyki Polskiej i Obcej, PIW 1975. Skądinąd - przedziwne to były edycje: w eleganckich i mocnych, najczęściej bordowych okładkach, z tłoczonymi na złoto literami, wewnątrz których niespodziewanie kryły się stronice zadrukowane prostacko, jakby na biurowej maszynie do pisania, której czcionki niemal przebijały (zwłaszcza przy znakach przestankowych) specyficzny, niby cienki i śliskawy, ale chyba nienajlepszy papier... W moim rodzinnym domu kryło się ich trochę: wspomniany Leśmian, Gałczyński, Lechoń, antologia Poezja Młodej Polski, Palę Paryż Jasieńskiego - redakcyjna bida z nędzą najpełniej ujawniała się jednak w Broniewskim, który (skądinąd jak na rewolucjonistę przystało) wszyty został do góry nogami. Ale Leśmian: ilekroć po niego sięgam, do dziś mam taki powidok: leżę w łóżku (które podówczas, z uwagi na niejakie trudności lokalowe tamtego zabełeckiego pomieszkiwania, dość długo dzieliłem z mamą), na zewnątrz jest jeszcze jasno - więc musi to być wczesne lato albo późna wiosna. Pokój wypełnia  rozpraszana i uruchamiana przez gałęzie bzu i leszczyny, waniliowa poświata, zza okna słychać wieczorne wiejskie życie: naszczekiwania psów, koncertowania świerszczy - a ja powoli schodzę w sen kołysany niesamowitymi falami Nieznanej podróży Sindbada Żeglarza lub Zielonej Godziny, które wówczas odczuwałem tym intensywniej, im mniej je rozumiałem; na styku słów poety i wtedy jeszcze po dziecięcemu pęczniejącej od tajemnic i równie dziecięco nieogarnionej przestrzeni zaokiennej, rodzi się we mnie nieuświadamiane zrazu przeczucie, jak daleko może doprowadzić literatura.

6. George Orwell, Rok 1984. Siła tej strasznej książki, fascynującej doskonałą bezwzględnością i rozmachem swej literackiej wizji - siła, wobec której blakło wówczas wszystko, co wcześniej zdążyłem przeczytać - kryła się w dwóch rzeczach. Po pierwsze, w przeświadczeniu, że schodzę - wraz z O'Brianem torturującym Winstona - do jakichś rudymentów tego, co decyduje o byciu człowiekiem, że sięgam miejsca tak elementarnego i prymitywnego, że dalej nie ma już nic. Po wtóre - w pesymizmie (czającym się zwłaszcza w zakończeniu) absolutnym i doskonałym; nie, żebym był wtedy przyzwyczajony wyłącznie do tego, co kończy się dobrze, ale nigdy nie myślałem, że czytelnika można potraktować aż tak okrutnie, że na jedną wielką ranę, w którą po przejściu przez mrok Roku 1984 przemielił mi się mózg, można jeszcze sypnąć szuflę soli. Nie wiem, czy do dziś przeczytałem cokolwiek, co równie mocno by mnie zdołowało - jednocześnie budząc zachwyt nad precyzją i nieprzewidywalnością (dwie cechy, apollińska forma i dionizyjska treść, których połączenia, zwłaszcza tak udatnego, wcale nie spotyka się często) wyobraźni pisarza.

7. Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara. Spośród wszystkich licealnych lektur - chyba najważniejsza, zachwyt nad którą przebił nawet ten towarzyszący czytaniu Mistrza i Małgorzaty. Czytana - tak się jakoś złożyło - głównie nocami, korespondowała swym ponurym patosem z czarnym niebem (możliwość jego oglądania aż po świt to najważniejszy może znak młodości, której wszystko wolno, nawet nicować porządek czuwania i snu; skądinąd dopiero niedawno pojąłem, że skoro akcja powieści rozgrywa się w Petersburgu na początku lata, to przez cały czas jej trwania ani razu nie robi się naprawdę ciemno). No i jeszcze to wrażenie, że ma się do czynienia z czymś niewiarygodnie dobrze zrobionym, z niedościgłym mistrzostwem prozatorskiego warsztatu - wówczas niemożliwe do wyrażenia w sensownej formie, ale już zwiastujące czas studenckich drążeń i epifanii; pamiętam jakąś zażartą dyskusję o tej powieści w którejś knajpie, gdzie B., poruszona właśnie moim retorycznie chyba fortunnym entuzjazmem dla formy Zbrodni i kary, wyprorokowała mi literaturoznawczy los. Pamiętam też, że zawsze - na długo przed otwarciem pierwszej strony - fascynowała mnie jakaś majestatyczna i groźna nuta w niepokojąco polsko-rosyjskim brzmieniu nazwisku pisarza... Z czasem doszły pozostałe wielkie dzieła Mistrza z Pitra, z których za najwybitniejsze uważam jednak Idiotę - ale to Zbrodni i karze muszę przyznać miejsce nie do zastąpienia.

8. Adam Mickiewicz, Dziady. Wtedy, w liceum - to była przede wszystkim buntownicza legenda III części (tym bardziej żywa, że mój egzemplarz wydany został przez Czytelnika akurat w 1967 roku), zachwyt rozmiarami i giętkością wiersza Improwizacji, fascynacja tajemnicą czterdzieści i cztery. Późniejsze moje przygody z Dziadami (bo prędko zrozumiałem, że mam do czynienia z niemożliwą do rozerwania całością) to wchodzenie na kolejne stopnie rozumienia tego, z jak niebywałym tekstem (a raczej Tekstem) mam do czynienia. Stopień pierwszy to inscenizacja Konrada Swinarskiego (oczywiście wersja nakręcona - świetnie - przez Laco Adamika na potrzeby Teatru Telewizji), która całkowicie zniweczyła wysiłki mojej polonistki, skądinąd zresztą osoby zacnej, sumiennej i skrupulatnej, by Dziady jakoś okiełznać przez sprowadzenie ich do bezpiecznych klisz: ludowość, miłość romantyczna, patriotyzm. Dzika, szaleńcza wizja Swinarskiego, podporządkowana wyłącznie wyrwaniu Dziadów z przestrzeni teatru i powrócenia ich do godności misterium, rytuału - czyniła tekst sprzed bez mała półtora wieku nieznośnie aktualnym, dotykającym do żywego (choć oczywiście nie wiedziałem jeszcze, dlaczego). Do dziś zresztą nie mogę spokojnie słuchać ani kwestii - nie pamiętam już, czy wygłasza ją Tadeusz Malak, czy Zygmunt Józefczak - zaczynającej się od "Człowieku! gdybyś wiedział, jaka twoja władza!..." i kończącej na "Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony,/ Myślą i wiarą dźwigać i obalać trony", ani Jerzego Treli w finalnym Do przyjaciół Moskali wieszczącego "Klątwa ludom, co własne mordują proroki". Zresztą mam wrażenie, że dziś siła tamtej inscenizacji udziela się też moim uczniom - ilekroć siedzę z nimi po lekcjach te trzy godziny (a zawsze jest to dla nich dobrowolne), tylekroć zostają przynajmniej dwie, trzy osoby, które siedzą w milczeniu jeszcze dobrą chwilę po tym, jak na Trelę/Konrada spadnie ostatni płatek śniegu. Stopień drugi to studia - zajęcia i wykłady z romantyzmu u profesora Bogusława Doparta. Dla jednych charyzmatyczny i porywający, dla innych bufonowaty i nudny; wedle jednej opinii znakomity znawca Mickiewicza, wedle innej historyk literatury dysponujący dość archaicznym aparatem badawczym prowadzącym do nieciekawych wniosków. Z całą pewnością - fanatyczny wielbciel wieszcza, a do tego osobowość na tyle sugestywna, że zarażająca swą pasją. Jego specyficzna, dość irytująca maniera wydzielania nam wiedzy z jednoczesnym sugerowaniem, że to zaledwie wycinek jakiejś niedostępnej profanom, objawionej całości, nie pozwalała ze spokojem odłożyć Dziadów na półkę, stawiała nas w rzędzie tych, którzy wobec Arcypoematu będą zawsze głupi. No i wreszcie stopień trzeci: książka Leszka Kolankiewicza Dziady. Teatr święta zmarłych - oszałamiająca swą erudycją próba udowodnienia, że dramat Mickiewicza to arcydzielna realizacja najważniejszego doświadczenia naszego gatunku: rytualnego teatru ekstazy odsyłającej nas poza wyznaczaną przez śmierć granicę naszej egzystencji. I na tym trzecim stopniu mam już niemal pewność: Dziady to najważniejszy tekst (Tekst) kiedykolwiek przez kogokolwiek napisany. Może kiedyś się to zmieni, ale teraz nic nie poradzę, tak myślę i już.

9. Stanisław Ignacy Witkiewicz, Pożegnanie jesieni; James Joyce, Ulisses. Wymieniam obie naraz - bo odegrały one w moim życiu identyczną, niesłychanie ważną rolę, a do żadnej z nich nie żywię dziś szczególnej sympatii. I jedną, i drugą przeczytałem stanowczo za wcześnie - Witkacego w wieku bodaj czternastu lat (zasługa mojej polonistki z podstawówki, pani Elżbiety Jurkowlaniec - niedościgłego wzoru pedagoda, która w sensie czytelniczym i nauczycielskim uczyniła mnie tym, kim jestem do dziś), Ulissesa jako siedemnastolatek pragnący zmierzyć się z legendarną książką-nie-do-przeczytania. Obie - pozwolę sobie nieskromnie stwierdzić - w najogólniejszym zarysie zrozumiałem wtedy nie całkiem od rzeczy. I obie stanowiły wielkie wyprawy poza granice czegokolwiek, co wówczas wydawało mi się literaturą, pokazywały, że dla pisania nie istnieje nic prócz absolutnej wolności pisania.

10. Marcin Świetlicki - wiersze wydrukowane w okładce do O.grodu k.oncentracyjnego, pierwszej kasety Świetlików. W ten sposób zaczynała się moja znajomość z naprawdę nową poezją. Potem nic już nie było takie samo - i dlatego tutaj kończę. Poza tym, co napisałem, rozciąga się ocean książek i pisarzy, których cenię, poważam albo wielbię - Aleksandra Wata i Andrzeja Stasiuka, Karola Maya i Juliusza Verne'a, Jáchyma Topola i Jurija Andruchowycza, Franza Kafkę i Rolanda Barthesa, Virginię Woolf i Hertę Müller, Philipa K. Dicka i Jacka Dukaja, i Ursulę K. Le Guin, Paula Celana i Dylana Thomasa, Hansa Christiana Andersena i Edmunda Niziurskiego, Jeana Arthura Rimbauda i Johna Ashbery'ego, Andrzeja Sosnowskiego i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Bruno Schulza i Witolda Gombrowicza, i Cormaca McCarthy'ego, i Krystynę Miłobędzką, Michała Pawła Markowskiego i Marka Bieńczyka, i Stanisława Brzozowskiego, i Agatę Bielik-Robson, Czesława Miłosza i Osipa Mandelsztama...

I jeszcze paru by się znalazło. Tak przynajmniej sądzę.