środa, 7 maja 2014

Skowyt pamięci

I.

Ta opowieść zaczyna się najprawdopodobniej tak:
„Urodziłem się i mieszkam w mieście poszukiwaczy złota. Zjechali tu kiedyś z całej wypalonej równiny. Poszukiwacze złotych zębów i srebrnych łyżeczek. Przyciągnął ich dym ruin i swąd ciał bogatych mieszczan, którym tak poprzewracało się w głowach, że zapomnieli, jak przyjemne jest przetrwanie. Nie rozpamiętujemy własnych nieszczęść, więc nie musimy o nich pamiętać, kiedy słodzimy herbatę naszym dzieciom. Warszawa nie jest ładnym miastem, ale kocha się tu życie w najczystszej jego postaci”.
Więc tak, nieco eliptycznie. Albo tak – zdecydowanie dobitniej, mocniej, wyjaśniająco. Choć jest to wyjaśnienie, którego chciałoby się nie słyszeć:
„Zła nie da się przysypać gruzami i ziemią, cierpienie trzeba uszanować i rozliczyć, a krew, jeśli się jej w porę nie zmyje i pozwoli obojętnie wsiąknąć w ziemię, zmieszana z gliną wylezie kiedyś hordą golemów powolnych jak czołgi, a połamane kości i sponiewierane ciała obleką się w te resztki szmat, których im nie ukradziono, sklecą się siłą podbiologii w dwunożne zmory znające tylko ból i będą się tym bólem dzielić, biegając pochylone od drzwi do drzwi naszych spokojnych mieszkań.”
Tak oto – na dwa takty niejako – zaczyna się niezwykła powieść Igora Ostachowicza Noc żywych Żydów (W.A.B., Warszawa 2012). Dlaczego niezwykła? Ano dlatego, że właśnie zwykła, najzwyczajniejsza: czytadło, horror, zgrabnie napisana, trzymająca w napięciu opowieść o zombie, w której i krwi sporo, i dużo czarnego, dobrej jakości humoru. Dlaczego zatem niezwykłą wydaje mi się powieść zwyczajna? Bo Ostachowicz robi rzecz nader niebezpieczną: w roli swych żywych trupów osadza niedoumarłych (jak by to pewnie powiedział Leśmian) Żydów z powstania w getcie warszawskim. Przekracza granice, narusza tabu – to wydaje się na pierwszy rzut oka oczywiste; nie ma w zachodniej kulturze, w jej najszerszym obiegu, przyzwolenia na wykorzystywanie Zagłady do celów, było nie było, zabawowych. Osobliwie jednak to przekroczenie wygląda... Dla przypomnienia: już w 1997 roku w debiutanckiej książce Jacka Dukaja (Xavras Wyżryn, SuperNOWA, Warszawa 1997) opublikowane zostało obszerne opowiadanie (bądź też niewielka powieść) pod tytułem Zanim noc – a tam są i realia II wojny światowej, i główny bohater kolaborujący z Niemcami, a przy tym bynajmniej nie z porywu serca prowadzący interesy z gettem, i dom nawiedzony przez duchy żydowskich dzieci, i kabała dająca (iluzoryczny dość) odpór ostatecznemu rozwiązaniu. Dlaczego zatem Dukaj nie jątrzy? Dlaczego uwiera Ostachowicz?
Po pierwsze dlatego, że Dukaj kwestie związane z tragedią Żydów traktuje ornamentacyjnie: są one jedynie pretekstem do snucia opowieści znacznie dla tego autora istotniejszej, do – odmienianej na wszelkie sposoby w całej niemal jego twórczości – próby opowiedzenia granic ludzkiego. Wątek posthumanistyczny w Zanim noc przesłania – zarówno ze względu na swoją ważkość fabularną, jak i ciężar znaczeniowy – narrację holokaustową. Po wtóre – Dukaj jest poważny; oczywiście, nie oznacza to, że pozbawiony jest poczucia humoru, ale jego opowiadanie nie łamie jednakowoż zasady decorum: wysoki diapazon stosowny do pisania o Szoa znajduje swoje uzupełnienie w dostojnym tonie całości, przez co czytelnik traci z oczu to, że jednak mamy tu do czynienia ze zdecydowanie ludyczną fikcją. Po trzecie wreszcie – i najważniejsze – perspektywa narracyjna Zanim noc umieszcza nas bezpośrednio w czasie wojennym. Dzięki temu chłoniemy fikcję jako fikcję, budujemy sobie bezpieczny temporalny dystans. Tak naprawdę bowiem w retorycznym rozgrywaniu Zagłady najbardziej złowieszcza jest pamięć. 
Ostachowicz z kolei w swej powieści przyznaje katastrofie ludu Pierwszego Przymierza miejsce jeśli już nie naczelne, to w każdym razie daleko bardziej niż u Dukaja poczesne. Dalej – miesza patos z groteską, tragizm z komizmem, rozrywkową konwencję literatury grozy z poważną pozą opowiadania Zagłady... Inna rzecz, że prowadzi to do efektów zdumiewających – bo oto okazuje się, że właściwa dla horroru groza służąca zabawieniu, pomnożona przez grozę wątku żydowskich powstańców nie prowadzi bynajmniej do efektu jakiegokolwiek obrazoburstwa: tym bardziej budzące trwogę, tym bardziej interpretacyjnie niebezpieczne robi się i jedno, i drugie. Nade wszystko zaś powiada Ostachowicz tak: Szoa nie mieści się w dominium czasu przeszłego dokonanego – to rozgrywa się tu i teraz, w przekleństwie niechcianej pamięci, w małodusznie wypartym w imię idylli słodzenia herbaty naszym dzieciom, w nieprzepracowanym. Zbyt łatwo my, bękarty poszukiwaczy złotych zębów i srebrnych łyżeczek, pozwoliliśmy obojętnie wsiąknąć w ziemię i zmieszać się z gliną krwi, którą winno się obmyć, krwi tych, którym tak poprzewracało się w głowach, że zapomnieli, jak przyjemne jest przetrwanie.
Bo też nie chcę tu pisać o Dukaju. Nie chcę też bynajmniej opowiadać o Ostachowiczu – ale odczuwam konieczność zmierzenia się z wyzwolonymi przez niego hordami powolnych jak czołgi golemów, które biegają pochylone od drzwi do drzwi naszych spokojnych mieszkań w innej opowieści.

II.

Ta opowieść zaczyna się też tak: w Warszawie, która nie jest ładnym miastem, ale w którym kocha się życie w jego najczystszej postaci, tysiące i tysiące pielgrzymują do mauzoleum masakry, którym jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie zwiedzają, nie przychodzą, ale właśnie pielgrzymują – aby uczestniczyć w zapierającym dech w piersiach spektaklu, najlepiej pod okiem najbardziej profesjonalnych, mistrzowskich w swojej konkurencji przewodników. Aby uczestnicząc – doznać katharsis, poprzez doświadczenie patriotycznego uniesienia wyzwolić się z własnej małości i przygodności.
Muzeum Powstania Warszawskiego jest – bodaj bezdyskusyjnie – wiodącą placówką muzealną w Polsce. Ten patetyczny i ponury w swej ostatecznej wymowie Disneyland (tak jak Disneyland metaforyzowany był przez Jeana Baudrillarda) absorbuje wszystkie zmysły, uwodzi, pozwala zobaczyć, usłyszeć, dotknąć. Perfekcyjny w swej multimedialnej powierzchni, szantażujący w swej poznawczej i ideologicznej wymowie.
Patrzę na to, co widać nad muzealnym murem. I wcale nie muszę zadzierać głowy – bo spoglądam na zdjęcie Elżbiety Janickiej zdobiące okładkę jej zdumiewającej książki (Festung Warschau, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013). I być może jest tak, że całą opowieść Janickiej – opowieść o nierozpamiętywanych nieszczęściach, o krwi, której w porę nie zmyto i której pozwala się wsiąkać obojętnie w ziemię, mieszać się z gliną, o sponiewieranych ciałach obleczonych w te resztki szmat, których im nie ukradziono – streścić można w tym jednym zdjęciu. Różne odcienie bezbarwności: wypreparowane z kolorów niebo, użyczające swojego ołowiano-rtęciowego odcienia całej okładce, ciemnoszare kratownice, blachy i okna pomostu widokowego, jasnoszary fragment muru na pierwszym planie z wielką brudnobiałą kotwicą Polski walczącej. Jedyny żywszy element to wieńcząca ten osobliwy monument wojennej męskości biało-czerwona flaga, łopocząca w podmuchach porywistego wiatru.
Zdjęcie jest jakoś brzydkie, ma w sobie coś odpychającego. Najsłynniejsze muzeum w Polsce, przedmiot politycznych targów i miejsce, do którego wycieczki szkolne muszą rezerwować bilety z częstokroć wielomiesięcznym wyprzedzeniem, przestrzeń, która ma ambicję stać się paradygmatyczna zarówno dla nowej filozofii wystawienniczej, jak i dla polityki pamięci – na zdjęciu Janickiej zdaje się ciążyć, zagrażać. Wejście do Muzeum Powstania Warszawskiego – tak atrakcyjnego dla zwiedzających, tak się do nich na różne sposoby łaszącego – na tej fotografii zostaje zredukowane do zimnej, nagiej opresji. Opresji, jakiej poddawana jest nasza zbiorowa pamięć, a zwłaszcza niepamięć. Zaiste, Warszawa z perspektywy powstania warszawskiego skrystalizowanego w mitotwórczy artefakt Muzeum jest – jak w tytule książki Janickiej, tytule z uwagi na swoje historyczne konotacje co najmniej bluźnierczym – twierdzą, w której chroni się ściśle określony kształt (nie)pamięci. A jego apologeci chronić go powinni, jako że pozostaje on w cichym, dramatycznym agonie z (nie)pamięcią o innym powstaniu, powstaniu – jeśli w ślad za rozpoznaniami Jacquesa Lacana i Jacquesa Derridy przyjąć, że trauma w momencie zajścia jest znaczeniowym nic, które semantycznego kształtu nabiera dopiero poniewczasie w niechcianych pamięciowych powrotach – modelowo traumatycznym. Czyli powstaniu, którego nie było.
Pozostańmy na gruncie metaforyki psychoanalitycznej. Załóżmy, że przestrzeń Warszawy – przestrzeń pojmowana jak najbardziej dosłownie w swojej różnorakiej architektonicznej manifestacji: wszak Festung Warschau to również, a może przede wszystkim, perwersyjny przewodnik po warszawskich skwerach, ulicach, podwórkach – jest tym, co w pamięci o wojennej katastrofie świadome. Tu – owszem, kocha się życie w jego najczystszej postaci; owszem, tutaj „bezlistne drzewa stoją w srebrnej poświacie” i „kwitnie mirabelka przy bramie”, ale przecież wrażenie, że poruszamy się w palimpsestowym fantazmacie, nadpisanym na cmentarzu budynków i ludzi, bywa przemożne. Jeśli więc tak, jeśli tym właśnie jest ego współcześnie powojennej Warszawy, to Muzeum Powstania Warszawskiego byłoby superego – wojną przeestetyzowaną, uwzniośloną, zmityzowaną, ustawicznym, ponawianym z każdą kolejną oprowadzoną wycieczką wysiłkiem nadawania najwyższego sensu ideologicznego czemuś z pewnego punktu widzenia krańcowo nonsensownemu; Muzeum chroni wojenną historię Warszawy przed osunięciem się w neurozę rozszalałego, nieumotywowanego, masowego umierania.
Czym zatem będzie id? Co mieści się w rezerwuarze nieświadomego, wypartego? Przed czym Muzeum chroni warszawskie ego? Elżbieta Janicka odpowiada tyleż prosto, co wstrząsająco: tym czymś jest pamięć o powstaniu w getcie warszawskim. A właściwie – i tym razem słowo to można zapisać bez żadnych modulujących sensy nawiasów – niepamięć. Bo przecież powstania w getcie nie było. I dlatego pamięć o nim musi się buntować, wić w konwulsjach, skowytać. Inaczej dwunożne zmory znające tylko ból nie będą w stanie bólem tym się dzielić i się nim zadławią. A nas przy okazji.
Książka Janickiej zakomponowana jest z szachującą czytelnika precyzją. Część pierwsza, poprzedzona znakomitym wstępem Bożeny Keff i zatytułowana po prostu (choć intertekstualne nacechowanie podtytułu nie jest bynajmniej niewinne) Festung Warschau. Raport z oblężonego miasta, to dwa rozdziały: "Dziwne miejsce nad Wisłą, zwane Warszawą" i Spacerkiem po Warszawie. Logika pierwszego z nich koncentruje się wokół "dziwności miejsca zwanego Warszawą". Celowo podkreślam te trzy słowa: "dziwność", "miejsce" i "nazwanie" Warszawą – bo inicjacja w opowieść Janickiej nie może się odbyć bez wzięcia w nawias tego, co stanowi o istocie każdego miejsca, czyli jego stałości, stabilności, konkretnego topograficznego zamocowania. Warszawa Janickiej nie jest Warszawą – jest zaledwie „miejscem zwanym” Warszawą, miejscem przez swoją fantazmatyczność dziwnym, niesamowitym (w ściśle freudowskim sensie tego słowa). To Warszawa uruchomiona, pozbawiona w swej fakturze znaczeń oczywistych, a odsłaniająca te oczywiste znacznie mniej. Na tym odsłanianiu nieoczywistego koncentruje się drugi rozdział pierwszej części: dla Janickiej miejsce-zwane-Warszawą to o wiele mniej fakt przestrzenny, jej lektura miasta to raczej perypatetyczny, przeprowadzany przez voyeura (wszak w tytule rozdziału nieprzypadkowo pojawia się lekki, nieważki, relaksacyjny „spacerek”; jakże ironicznie brzmi to słowo w zestawieniu z ujawnianą w obserwacjach autorki zgrozą!) seans psychoanalityczny, zmierzający do wydobycia z głębin zawsze uczasowionej pamięci tego, co się buntuje i co skowyta, nawiedzając zbiorowe warszawskie ego neurozą. A tym czymś jest porastanie resztek żydowskich dziejów miasta bluszczem pamiętania oficjalnego – tablice i pomniki upamiętniające wojenny czas tego miasta, które Kazimierz Brandys nazwał ongiś niepokonanym, skupiają się już to na wątkach uniwersalnie martyrologicznych, już to na inkrustowaniu tragedii Warszawy tragedią choćby Katynia czy Sybiru, już to, najczęściej, na powstaniu oficjalnym i paradygmatycznym, powstaniu warszawskim. W ten sposób zmagają się ze sobą nie tylko dwie pamięci, ale dwie formacje kulturowe: w zgodzie z opisanymi przez Pierre’a Bourdieu taktykami prowadzenia wojny, w której głównym orężem jest przemoc symboliczna, to, co dominujące (polskie, chrześcijańskie, warszawskie, rycerskie), dąży do zawłaszczenia, rozproszenia i rozpuszczenia w swojej uniwersalistyczności tego, co poprzez swą uporczywą partykularność słabsze (żydowskie, judaistyczne, dzielnicowe, drobnomieszczańskie). Ów twardy kark żydowskiej osobności, któremu tak wstrząsający monument wystawił swoją Trudną wolnością Emmanuel Levinas, musi się ugiąć albo złamać – w przestrzeni Warszawy walczącej i walczącej o pamięć jest miejsce tylko na warszawskość, zawsze polską, zawsze chrześcijańską, zawsze rycerską. Warszawskość niepokonaną i nieobrzezaną.
Ale ta pierwsza część Festung Warschau to dopiero uwertura zgrozy – z wyjątkiem wątku kapliczek na podwórkach kamienic, które (zdaniem Janickiej) mogły być budowane także jako wotum za oczyszczenie dzielnic z wysiedlanych do getta Żydów, wszelkie zadrażnienia, o których pisałem powyżej, są tu ledwie zasugerowane. Prawdziwy skowyt zbuntowanej pamięci przynosi dopiero część druga, zatytułowana Moje Nalewki. Janicka i tu korzysta z pozorów przechadzki z przewodnikiem – ale pytania, które zadaje, dotykają znacznie częściej niż do tej pory kwestii utrwalonych (albo i nie) w przekazach. Dlaczego – pyta autorka – w oficjalnych komunikatach wojennego podziemia na określenie tego, co działo się w getcie od Wielkiego Poniedziałku roku 1943, nie używa się niemal w ogóle określenia "powstanie"? Czy aby nie dlatego – sugeruje – że powstanie może być tylko narodowe, polskie, wybuchłe z woli rycerskiego narodu nie ze stygmatem obrzezania, lecz z ryngrafami z wizerunkiem Królowej Polski na otwartych, spragnionych kul piersiach? Dlaczego – pada kolejne pytanie – osobliwie natężonemu rugowaniu z obszaru oficjalnych świadectw poddawane są te, które mówią o gwałtach na powstankach, o niechęci (czasem manifestowanej dosłowną fizyczną przemocą) przed przyjmowanie w szeregi powstańców warszawskich tych nielicznych ocalałych bojowników getta? Dlaczego w tużpowojennych wydaniach Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego nie ma ani słowa o stosunku bohaterów do powstania w getcie, podczas gdy w edycjach najnowszych passusy takie już się pojawiają? Jak prezentowali się ci bohaterowie przed wojną, gdy w Liceum Batorego dochodziło do wcale nie tak rzadkich ekscesów na tle antysemickim? I jeszcze jedno pytanie do obowiązkowej lektury gimnazjalistów, do Kamieni na szaniec: czy jest możliwe do pomyślenia (o powiedzeniu nawet nie wspominając) jakiekolwiek gejowskie naznaczenie chłopackich związków bohaterów, zwłaszcza Zośki?
Nie same jednak te pytania są wbrew pozorom najstraszniejsze – najgorsze jest miejsce, być może kluczowe dla całej Festung Warschau, w którym Elżbieta Janicka pisze: "niczego nie sugeruję. Chciałabym wiedzieć. [...] Chciałabym wiedzieć. Bardzo."
No właśnie.
Czytam Janicką. Oglądam wypełniające dobre dwie trzecie objętości jej książki zdjęcia. Podążam śladami domniemań autorki, porównuję jej interpretacje Kamieni na szaniec z tym, co sam zapamiętałem z moich wrażeń lekturowych znad tej książki, czytanej przeze mnie już ponad dwie dekady temu. Zastanawiam się, czy z przytaczanych przez autorkę dokumentów i innych świadectw wyciągnąłbym podobne wnioski. I naprawdę bardzo chciałbym nie zgodzić się, chciałbym móc powiedzieć, że Janicka przesadza, nadinterpretowuje, histeryzuje. Ale nie mogę. I co gorsza: nie mogę się też zgodzić.
Bo też trudno dyskutować, zgadzać się albo i nie, z pamięciami. Wszelkie pisanie o przeszłości nie zna narzędzia bardziej sugestywnego, uwodzicielskiego – ale też bardziej zwodniczego. W pamięć oficjalną, zinstytucjonalizowaną, legalną (legalną, czyli posiadającą moc prawa zdejmującego z niej odium czegoś przygodnego; legalną, czyli taką, której wolno nie być pamięcią) książka Janickiej wbija kliny małych kontrpamięci – i czytelnik zostaje z tym sam. Te wątłe ślady wspomnieniowe, okruchy skazywanych na niebyt doświadczeń mogą prowadzić do bardzo daleko idących wniosków, mogą delegalizować oficjalną linię polityki pamięci – pod warunkiem, że będzie się z nich wyciągać wnioski tak ekstremalne i tak prowokacyjnie histeryczne jakie podsuwa Janicka. Jedyny kłopot w tym, że wszystko, co pamiętane, można podać w wątpliwość. Ale jest też oczywiście na odwrót, pamięć mała destabilizuje pamięć wielką – bo wypada przynajmniej zapytać, najlepiej słowami ze wspólnego projektu Darka Foksa i Zbigniewa Libery, nie bez powodu przywoływanymi przez Janicką na początku tego przewodnika po nieistniejącym powstaniu: co robi łączniczka? Jedna pamięć mówi: łączniczka była dzielną towarzyszką broni, kochającą mamę, swojego narzeczonego, Pana Boga i ojczyznę. A zatem nie dyskutujmy z tą pamięcią i powtórzmy: łączniczka była dzielną towarzyszką broni, kochającą mamę, swojego narzeczonego, Pana Boga i ojczyznę. Tymczasem pamięć inna (a raczej Inna) mówi: łączniczka była dwukrotnie zgwałcona, w tym raz przez kolegę z oddziału, i cierpiała z powodu brudnych majtek, bo właśnie zaczął jej się okres, a w powstańczym kotle brakowało środków higienicznych. Więc nie dyskutujmy również z tą pamięcią i zgódźmy się z nią: łączniczka była dwukrotnie zgwałcona, w tym raz przez kolegę z oddziału, i cierpiała z powodu brudnych majtek, bo właśnie zaczął jej się okres, a w powstańczym kotle brakowało środków higienicznych. Czy da się to pogodzić? Łączniczka była dzielną towarzyszką broni, dwukrotnie zgwałconą, w tym raz przez kolegę z oddziału, kochającą mamę, swojego narzeczonego, Pana Boga i ojczyznę oraz cierpiała z powodu brudnych majtek, bo właśnie zaczął jej się okres, a w powstańczym kotle brakowało środków higienicznych?
Nie do wytrzymania.
Elżbieta Janicka napisała książkę nie do wytrzymania.

III.

Nie do wytrzymania jest skowyt pamięci, jaki da się słyszeć w okolicach Sandomierza. Zapewne i tam mirabelki kwitną przy bramie, a w srebrnej poświacie księżyca pięknie rysują się bezlistne drzewa. Ale również tam połamane kości i sponiewierane ciała oblekają się w te resztki szmat, których im nie ukradziono. A potem biegają pochylone od drzwi do drzwi spokojnych domów zanurzonych w mirabelkowe i wszelkie inne sady gdzieś w podsandomierskich wsiach. Ci, którzy owe dwunożne zmory spotkali, mówią tak:
„Każdy Żyd miał zakopane to złoto gdzieś, czy to przy swoim grobowcu, czy przy cmentarzu też, gdzieś w jakimś tajemniczym miejscu. No i oczywiście dużo Żydów zginęło na wojnie i tych skarbów nikt już nie odkopał. Tak że prawdopodobnie na tym terenie jest bardzo dużo zakopanego żydowskiego złota. No, normalnie... I to jest naprawdę. Dziadkowie wiedzieli o tym, wujkowie, i opowiadali, że pozakopywane złoto. To teraz, gdzie ono jest, to nie wiadomo... No, być może przy cmentarzach żydowskich”.
Choć mówią też tak:
„Ja szłam z mlekiem do mleczarni, bo to oddawałam ziemniaki, mleko, zboże... I te Żydzi stały już czwórkami na rynku, powyganiane na rynek. Strasznie dużo ich było. Starszych to od razu zastrzelił, jak widział, że nie mógł już iść czy że wdówka, to na mieście go zostawił. I, wie pani, wyszło takie małżeństwo młode z domu, stałam i przyglądałam się, jak te Żydzi stały smutne. I niezamknięte jeszcze było u Żydów w mieszkaniu. Tego mieszkania nie zamknęły. Tylko Niemcy szły i gdzie Żydy już wyszły, to one te domy już zamykały. I miała Żydówka takie dziecko małe, może rok miało, a może dwa lata. Pani, do dziś dnia to nie mogę słyszeć o Niemcach... I wszedł Niemiec, że dziecko gdzieś płacze. A dziecko spadło z łóżka i za łóżkiem płakało. No, tak jak pod łóżkiem. Wyciągnął to dziecko, proszę panią, za nóżki złapał i o ścianę bach! Och! O matko!”.
Ale bywa, że mówią i tak:
„W samym rządzie, proszę pani. Co się widzi? Niezabitowska z Żyda pochodzi, teraz... ta... Waltz – Żydówka. Przecież Kwaśniewski gdzieś tu był, to w krymce chodził! A teraz co się tak jąka i jest redaktorem, i pamiętam, nagrywali go, w krymce wyszedł i też Żyd jest! Co niby był w więzieniu, jak Solidarność była – Gieremek, rodem Żyd. Chował się u zakonników w Zawichoście. To, to mi mówił facet z wykształceniem, bo ja to bym nie wiedziała. Właściwie to ja słyszałam, że jak w Radomiu był strajk, co miała Solidarność wejść i mieli z rządu przyjechać, to wystawili tablicę za bramą ci robotnicy – w rządzie 42 Żydów pracowało! Na najgórniejszym szczeblu”.
Monumentalna praca Joanny Tokarskiej-Bakir i jej zespołu (Legendy o krwi. Antropologia przesądu, W.A.B., Warszawa 2008; powyższe cytaty pochodzą z przytaczanych w książce wypowiedzi mieszkańców Sandomierza i okolic z wywiadu terenowego przeprowadzonego przez zespół badaczy) to jedna z najbardziej ponurych opowieści we współczesnej polskiej humanistyce. W pierwszej jej części – mniej mnie tutaj interesującej – autorka, sięgając po narzędzia na pierwszy rzut oka dość anachroniczne (wydawać by się mogło, że Władimir Propp i jego prestrukturalistyczne analizy morfologii narracji zostały już na zawsze zesłane do czyśćca historii koncepcji teoretycznoliterackich), dokonuje nadspodziewanie pożywnej intelektualnie rekonstrukcji dyskursów o Żydach bezczeszczących hostie i zabijających na macę chrześcijańskie dzieci. W części drugiej, korzystając z bogatego materiału zgromadzonego przez zespół badawczy w trakcie wywiadów terenowych, badaczka konfrontuje ustalenia z części pierwszej swej syntezy z tym, jak dyskurs o krwi żyje w opowieściach mieszkańców okolic Sandomierza. Miejsce nie zostało wybrane przypadkowo – wszak to w sandomierskiej katedrze umieszczono słynne w swoim czasie, będące przedmiotem wcale ożywionej społecznej dyskusji malowidła przedstawiające żydowski mord rytualny.
Nie jest moim zamiarem analizowanie tutaj książki Tokarskiej-Bakir – podobnie jak nie wchodziłem bliżej w materię powieści Ostachowicza, tym bardziej Dukaja. Legendy o krwi (zwłaszcza ich druga część) interesują mnie jako przerażające memento do tego, co pomyślało i napisało mi się w związku z Festung Warschau. Bo tak jak przewodnik Janickiej jest opowieścią o buncie (a właściwie o wielu buntach) pamięci niemogącej się uporać z traumą powstań warszawskich, zwłaszcza tego żydowskiego, tak praca warszawskiej antropolożki to zapis skowytu pamięci zetkniętej z niewyrażalnym doświadczeniem wielowiekowego antysemityzmu skonfrontowanego z Zagładą. Przez wynurzenia mieszkańców Sandomierza i okolic zapisane w Legendach o krwi brnie się z najwyższym trudem – nie dlatego, że opisują one rzeczy straszne (choć opisują), nie dlatego też, że budzą poznawczy i moralny sprzeciw (choć zdarza się, że budzą). Po prostu fizycznym niemal bólem napełnia konieczność postępowania po śladach pamięciowych tak splątanych, tak wzajem się wykluczających, tak zgodnie wiodących donikąd; bo jeśli coś wszystkie te opowieści łączy, to tym czymś jest ruch osobliwie okrężny, prowadzący naokoło tego wielkiego innego zbiorowej sandomierskiej nieświadomości, jakim jest prawda o skrytej tożsamości Żyda chowającego złoto, dodającego chrześcijańską krew do macy, bezczeszczącego hostie, Żyda mordowanego przez hitlerowców oraz Żyda dążącego do panowania nad Polską i światem. Pierwszy, drugi i trzeci Żyd to Żyd jeden i ten sam – Żyd jako figura najskrajniejszej obcości. Tak: jeśli kolektywna nieświadomość gojowska posiada jakąś najskrytszą traumę, to figuratywizuje się ona w garbatym nosie, pejsach i odorze czosnku.
Tego pamięć nie chce przyjąć do (ś)wiadomości. Dlatego się buntuje. Dlatego wypiera, racjonalizuje, symbolizuje. Nadaje wyższe sankcje. Zrzuca na innych. Bije się w nie swoje piersi. I nie ma się co dziwić: nam (nam, podkreślam, nam – więc również mnie: wszak podobno mój dziadek i jego koledzy robili przed wojną sądeckim mośkom jakieś tam głupie żarty ze świńskim smalcem), których nie było przecież w Jedwabnem i Kielcach, których rodzice nie szukali przecież srebrnych łyżeczek i złotych zębów, trudno jest pogodzić się z tym, że wiąże nas jakieś najodleglejsze choćby kulturowe pokrewieństwo z bojówkarzami przedwojennej radykalnej endecji i z żołnierzami posługującymi się insygnium z trupią główką. Tak... sporo wysiłku kosztuje mnie w czasie niedzielnej Mszy Świętej niepamiętanie o tym, że wśród świętych mojego Kościoła jest także Jan Kapistran.
Nie. To jest nie do wytrzymania.

IV.

Chciałoby się uciszyć skowyt zbuntowanej pamięci, ten skowyt, który powtarza słowa Hioba wyryte na pomniku upamiętniającym Umschlagplatz, słowa jakże mocno rzucone przez Władysława Bartoszewskiego w sine, zimowe niebo nad Auschwitz podczas rocznicy jego wyzwolenia, słowa parafrazowane przez Ostachowicza w otwarciu jego powieści: „ziemio, nie kryj mojej krwi, iżby mój krzyk nie ustawał”. Chciałoby się pamiętać w sposób uładzony, bezpieczny. Ale się nie da. I dlatego obawiam się, że ta opowieść się nie kończy. Ale jeśli już – to być może jakoś w ten sposób, słowami Mirona Białoszewskiego z jego Tajnego dziennika
„I w ogóle jest tak, że jak tylko gorzej mi się powodzi i ze sobą świadomym toczę grę o dobrą minę, to podświadomość zaczyna rządzić w moich snach w sposób bezwzględny. Syntetyzuje mi to wszystko w tortury, szantaże i ostatecznie w powstanie warszawskie. Powstanie zawsze na mnie czyha. To, że powstanie przeżyłem, to jeszcze nie wyklucza tego, że w powstanie mogę zginąć. Kiedy będę umierał, w malignie może mnie dopaść sen, że ginę w powstaniu”.

Kraków, 13 sierpnia 2012/Kroke, 26 aw 5772

[Przypis po półtora roku: niniejszy tekst został w swoim czasie odrzucony bez szczególnego wyjaśnienia przez dwie redakcje czasopism o profilu jakoby społeczno-kulturalnym; czy ze względu na jego kiepską jakość, czy też dlatego, że porusza sprawy nadmiernie nienadające się do poruszania - zostawiam do oceny Czytelnikowi. Tak czy inaczej, trafia on poniewczasie tutaj - w ramach czyszczenia (komputerowej) szafy z rzeczy, którymi jakoś chciałoby się podzielić.]

środa, 16 kwietnia 2014

Epifanie wiosenne

***

Cielesność, to pewne - myślę sobie patrząc, jak małolaty, jakoś tak zapewne gimnazjalne, bawią się w Parku Lotników w wielkie fotografowanie. Cóż, tak to już sobie natura wymyśliła, że nastoletniość jest czasem budzenia się nowej świadomości ciała - nic na to nie poradzimy (i dobrze, że nie poradzimy: wierzganie przeciw ościeniowi mądrej natury rzadko się opłaca). Mówiąc najoględniej: ciało w tym wieku zaczyna chcieć się podobać - a jedynym miernikiem owego się-podobania może być inne ciało, najczęściej zawężone do oka. Bywa, że wyradza się to w coś niedobrego, co może cedować pracę nad sobą pod wyłączną ocenę jakichś zewnętrznych instancji. Ale jeśli prowadzić ma to do głębszego poznawania siebie w lustrze tego, co sobą nie jest - to to jest dobre, bez dwóch zdań. A całe te zabawy w wielką fotografię, których tak dużo po parkach w te bełkoczące nową witalną siłą dni wiosenne, wydają mi się naprawdę świetlistą ścieżką inicjacji w siebie-samego-cielesnego, czymś nieskończenie zdrowszym od przypadkowych obłapek na domówkach. Oczywiście, zatwardziali obrońcy moralności (albo tego, co apodyktycznie za moralność zwykli oni uważać) będą sarkać na takie bezeceństwa, ale są tacy, którzy nawet na obrazach Balthusa i na zdjęciach Claudine Doury z obozu w Arteku widzieć będą wyłącznie wynaturzenie i pornografię - wystawiając tym samym swojemu instrumentarium skojarzeniowemu nader dwuznaczne świadectwo... A przecież myślenie, że świadomość ciała musi prowadzić do sponiewierania ducha, to nic więcej jak najbardziej spotworniałe popłuczyny po platonizmie, które z sednem judeochrześcijańskiej antropologii mają tyle samo wspólnego co stosy i krucjaty: kiedy Jahwe stwarzał człowieka, to nie uczynił go ciałem i odseparowaną odeń duszą, ale duszą-w-ciele; gdy skutkiem boskiego tchnienia kupa gliny staje się "istotą żywą", to hebrajszczyzna Księgi określa ten nowy byt słowami lenepeš haya, gdzie samo słowo nepeš oznaczać może też "gardło" lub "krtań" (podobnież pochodzący od tego rzeczownika czasownik nāpāš, oznaczający oddychanie). Człowiek przed pośmiertnym powrotem boskiego tchnienia do miłujących płuc Stwórcy nie jest przeto jakimś dualistycznym potworkiem: istnieje jako dusza tylko o tyle, o ile istnieje jako ciało. A zatem dojrzewanie ciała ku pełni samoświadomości jest tym samym, co doskonalenie duszy.

***

Trzydzieści kilometrów rowerem w niedzielny poranek - a biorąc pod uwagę, co w niedziele zwykło się porankiem określać, raczej bladym świtem, czyli między godziną siódmą a dziewiątą... Obserwacje fauny z wolna zapełniającej bulwary nad Wisłą fascynują swoją godną najwyższych pozytywizmów precyzyjnością: od parku na Dąbiu aż po Salwator dokładnie te same, autystycznie natarczywe w swej regularności objawy budzącego się życia. Najpierw z drzewa ewolucji złażą właściciele psów ze swymi czworonogami (albo psy ciągnące na smyczach niedospanych dwunogich). Potem - rowerzyści. Dalej - biegacze. Jeszcze chwilę później: poobijani weterani sobotnich melanży pochłaniający pierwsze (lub ostatnie: kierunek ten sam, tylko wektory przeciwne) piwo i zapóźnieni łowcy złomu przemykający się w coraz bardziej rzednących cieniach do opuszczonych ogródków działkowych i coraz bardziej kurczących się labiryntów ruder na Podgórzu. Czasem te dwa typy gwiazd średnio zarannych wchodzą na orbitę kolizyjną: teraz mniej już idzie o przysłowiową złotówkę, bardziej o symbolicznego papierosa, czasem nawet śmielej, o łyk wspomnianego, ulatniającego się w gęściejące powietrze browara.
Mija mnie joggerka. Moją uwagę skupia wyłącznie powiewający za nią w rytm kroków koński ogon blond włosów - podobnie jak ta wiewiórka, o której za chwilę, powtarzać będzie swoim pozorowanym bezruchem dynamikę pnia, tak to falowanie włosów pozostaje w doskonałej korespondencji z leniwym przepływem Wisły.

***

Wiewiórka przycupnięta na pniu drzewa. Nieskończenie obecne w tu i teraz zwierzęta zawsze mają w sobie jakąś niedostępną naszemu stanowczo nadrefleksyjnemu gatunkowi doskonałość, ale wiewiórki (tak jak koty i gawrony) są owej doskonałości wcieleniem bodaj najpełniejszym. Rosnące, bure drzewo pozostaje w ruchu - rozciągniętym na dekady i stulecia, niepostrzegalnym, ale przecież pewnym i niepowstrzymanym; bezruch wiewiórki jest wstrzymującą mi dech kondensacją gotowości do innego na pozór (zdecydowanie na pozór), ale też ruchu: wystarczy ćwierć okamgnienia, by zmieniła się w smugę zabarwionego na rudo powietrza.
Patrząc na tę wiewiórkę na tym pniu, nie myślę o opozycji równie pozorowanych bezruchu i pędu, staram się ogarnąć myślą niemożliwą do opisania korespondencję tych dwóch dynamik: tętniące życiem kosmate ciałko, dokładnie odtwarzające linie przezroczystego światła, którymi sączy się niedocieczona drzewna mądrość.

***

Pierwsze takie jakby upały (wiosną używanie tego słowa przychodzi z dziwnym wstydem, ma się poczucie, że to coś niestosownego, że to jeszcze nie teraz, że ciągle za wcześnie; widać to po konfekcyjnej konfuzji przechodniów: niektórzy w puchowych kurtkach, bo to przecież jeszcze marzec, inni już w bermudach, bo przecie kanikuła jak w czerwcu), pierwsze zmywające je deszcze - zapach mokrego asfaltu, kwintesencja czasu, kiedy ciepło obejmuje w posiadanie widzialny świat. Przez żyły zaczyna przesączać się wtedy pragnienie czegokolwiek, co byłoby ruszeniem się z miejsca, podróżą, wędrówką, włóczęgą - nazwy są tu zresztą nieważne, bezradne i nieużyteczne. Ale jest jeszcze inna woń, znacznie bardziej niepochwytna: wilgotnej ziemi wzruszanej przez wszelkie kiełkujące zielsko. By naprawdę ją poczuć, konieczny jest rozmakający śnieg, więc w tym roku pozostaje czymś bardziej wyobrażeniowym niż realnym: ale jest, jest, nie ma siły, która byłaby zdolna ją do szczętu wytłumić.
Jakiś czas temu kartkowałem gdzieś w kiosku czasopismo (tytułu nie pamiętam, ale było to coś pretendującego do prestiżowości), bo zaintrygował mnie pomieszczony w środku materiał o zdjęciach Henri Cartier-Bressona. I trafiłem na fotografię przedstawiającą kobiety w muzułmańskich zawojach, które witają wstające nad Himalajami słońce. Cztery postacie na zboczu, gdzieś chyba w Kaszmirze, zmęczone burki powielające swą brudną fakturą chropowatość dookolnej ziemi; z jednym wyjątkiem ustawione plecami do oglądającego, przed sobą mają głęboką dolinę, a w niej - rozsypane drzewa, domy, nade wszystko zaś szerokie rozlewisko jakiejś szczodrym gestem meandrującej wody, rozświetlonej brzaskiem. Dopiero nad ostatnim horyzontem wyszczerza się najwyższy grzbiet świata ocierany przez chmury. Moją uwagę przykuwa - zgodnie z opisaną ongiś przez Rolanda Barthesa ekonomią punctum - to, że część obłoków zdaje się wzlatywać wprost z dłoni jednej z kobiet.
Właśnie w tym momencie, nad tym zdjęciem - w ciasnym wnętrzu kiosku w jednej z galerii handlowych, które to galerie są wszak sukcesorkami dziewiętnastowiecznych pasaży, tak jak je opisywał Walter Benjamin: jako emanację tryumfu mieszczańskiej sztuczności nad utopią tęsknot za stanem natury - najmocniej dało się poczuć zapach drżącej od nabrzmiewającej wiosny ziemi.

***

Drzewa okrywające się puchem tego, co za parę tygodni wybuchnie w liście - tak osobliwie lśnią we wstającym, przymglonym słońcu, stapiają się z powietrzem niczym na malarskiej wprawce impresjonisty. Od czasu do czasu któryś z tych płowożółtych kłębków z nagła zaczyna się poruszać, podskakiwać, wiercić ruchami szybszymi niż percepcyjna wydolność źrenicy nierozszerzonej jeszcze poranną kawą, nieuzbrojonej w zapomniane, wciąż dosypiające na książce przy łóżku okulary, by w końcu wystrzelić w niebo sikorką.

***

Na wahających się między jeszcze żółtym a już zielonym trawnikach stada jakichś ptaków. Podrywają się do lotu, kołują i lądują całą gromadą w synchronizacji tak nieskończenie doskonałej, że można to porównać wyłącznie z pląsem księżyca za oknem samochodu, wystukującego dodekafoniczne staccato na strunach nagich, rozpuszczonych przez atrament nocy pni.

***

Wielki Post, czyli - oczywiście - Gorzkie żale. Kwintesencja tego, co najlepsze w polskim katolicyzmie - bezrefleksyjnym, rozbuchanym, czasem obskuranckim, z niewiarygodnym przerostem tego, co sercowe, nad wszystkim tym, co od mózgu, ale w chwilach śpiewania kolejnych lamentacji Męki (a śpiewa się to bodaj mocniej niż nawet kolędy), kiedy duch niesiony hiperwentylacją kolejnych długich, molowych tonów odrywa się od skurczonego w przyklęku ciała, zdolnym przenosić w przestrzenie doświadczenia religijnego niedostępnego najwyszukańszej scholastycznej spekulacji. Dziki, surowy, arcydzielny barokowy poemat wyśpiewywany, wywrzaskiwany i zawodzony w polskich kościołach już od ponad dwustu lat... lubię wsłuchiwać się w to, jak niezgodne są głosy śpiewających (każdy zna trochę inne melodie gorzkie i żalne, każdy wkłada w nie całego siebie - pamiętam dobrze, że w mojej rodzinnej wsi staruszkom zdarzało się ronić rzewne łzy nad cierpieniem Pana naszego Jezu-Chrysta, choć żalne i gorzkie opowieści o nim snuły w każdą wielkopostną niedzielę od dzieciństwa); ta święta niezgoda to istota transgresji myślanej w czas Gorzkich żali Męki. I zdarza się, że niekiedy słyszę ich wszystkich: zmacerowanych jak nieurodzajna ziemia chłopów błagających, by Pan raczył zachować ich od cholery i Szweda; podgolone sarmackie łby włączające się w śpiew głosami zachrypłymi od okowity i nawoływania na bitewnych polach; rozpalonych ogniem walki z luterską zarazą jezuitów rzuconych z rzymskich kolegiów w tę szarą, tkwiącą w nieprzebytych błotach i śniegach krainę na krańcach cywilizowanego świata, gdzie nocami (jak wieść niesie) po świętych gajach wciąż jeszcze ciągnie się na spotkania z cieniami zmarłych.
Wielki Post, czyli - oczywiście - wielkopiątkowa adoracja krzyża. W podszytym fanatyczną miłością zbliżaniu się do zaślinionego setkami ust (wypomadkowanych, nakremowanych, spękanych, obłażących zajadami i opryszczkami) kawałka drewna jest głębia kontemplacji, w obliczu której czymś śmiesznie zesnobowanym wydają się światłocienie Caravaggia, rozlewne nuty Leçons de ténèbres Couperina, dylematy ciemnych nocy świętego Jana od Krzyża... Ten widok sprzed kilku lat: starszy pan z ręką na temblaku, za który robi poplamiony, zawiązany na supeł krawat, pochylający się przed lśniącym od wylizywania krucyfiksem - jeśli kiedyś dane mi było jedno mistyczne drgnienie serca, to właśnie wtedy.

***

Późne popołudnie, niedojrzała pomarańcza słońca zachodzi nad dachami w ornamencie obsypanych białokremowymi kwiatami drzew. Podchodzi do mnie kilkuletni chłopiec i wskazując na najniższą okwieconą gałąź pyta: "przepraszam, czy mógłby pan mi taką urwać? Dla mojej mamy..."
Moment, w którym myślę, że ludzkość ma jeszcze szansę.

niedziela, 16 lutego 2014

Kocham Cię

Lubię dzień, gdy wspomina się świętego Walentego - i pewnie dlatego tym bardziej mierzi mnie cały ten walentynkowy kicz, jednako obrzydliwy w obu swoich najbardziej widocznych wcieleniach: tym infantylnym i cukierkowym, i tym przaśno-pornograficznym. I myślę o świętym Walentym, zmarłym śmiercią męczeńską w połowie III wieku rzymskim lekarzu i kapłanie, który wbrew cesarzowi błogosławił małżeństwa rzymskich legionistów, chroniąc ich tym samym w ramionach ich żon przed wątpliwą chwałą wojny - i który podobnoż wysłał z celi, w której oczekiwał na egzekucję, pierwszą walentynkę: do swej ukochanej, której wedle legendy przywrócił wzrok.

Ten dzień w tym roku spędziliśmy z Kasią w Czechach - i wracam dziś do wspomnienia Walentego właśnie po to, by powiedzieć, że bardzo kocham moją żonę. Której całe życie szukałem, którą znalazłem, z którą przechodzę przez wszystkie nasze małe, idiotyczne piekiełka i przez wszystkie nasze wielkie, święte nieba - siódme, dziewiąte i dwunaste. Aż poza kres wszystkich czasów i wszystkich wszechświatów.

Długo myślałem, co mógłbym napisać - aż przyszedł do mnie ten muzyczny fragment: finał wielkiej opery Philipa Glassa Einstein on the Beach. Tam, gdzie kierowca autobusu opowiada o dwojgu zakochanych, których widział na ławce w parku. Te jego słowa z libretta samego Glassa - tak nieudolnie przeze mnie przetłumaczone - niech posłużą tu za wszystko inne. Bo przecież ów poczciwy kierowca widział na tej ławce nas, Kasiu - wszystkich innych kochających się poza kres wszystkich czasów i wszystkich wszechświatów, czyli właśnie nas...



Dzień ze swymi troskami i zmartwieniami dobiega końca i otula nas noc, która winna być czasem spokoju i ciszy, czasem odpoczynku i wytchnienia. Pragniemy kojącej opowieści, która odegna niespokojne myśli dnia, ześle spoczynek rozumowi, wygładzi rozwichrzoną duszę.

Co trzeba nam usłyszeć? Och, będzie to rzecz znana: coś bardzo, bardzo starego - a przez to słyszanego wciąż na nowo. Oto stara, najstarsza historia miłości.

Dwójka zakochanych na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Cisza pomiędzy nimi. Tak głęboka była ich miłość, że nie musiała szukać ujścia w słowach. Tak zatem siedzą w ciszy na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Wreszcie ona pyta: "kochasz mnie, John?" "Najdroższa, ty wiesz, że tak" - odpowiada. "Kocham cię bardziej niż słowa są w stanie wyrazić. Jesteś światłem mojego życia, moim słońcem, księżycem i gwiazdami. Jesteś dla mnie wszystkim. Bez ciebie nie mam po co żyć."

I znów cisza, a dwójka zakochanych siedzi na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca. I ona mówi raz jeszcze, "jak bardzo mnie kochasz, John?" - pyta. Odpowiada: "jak bardzo cię kocham? Policz gwiazdy na niebie. Odmierz ocean łyżka po łyżce. Policz ziarnka piasku na brzegu morza. Niemożliwe, powiadasz?

Tak niemożliwe jak to, bym zdołał powiedzieć, jak bardzo cię kocham.

Moja miłość ku tobie sięga wyżej niż niebo i głębiej niż otchłań, ciągnie się aż po krańce ziemi. Nie ma granic, nic jej nie powstrzyma. Wszystko na tym świecie przeminie prócz mojej miłości ku tobie."

Jeszcze większa cisza, a dwójka zakochanych siedzi na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Raz jeszcze daje się słyszeć jej głos: "pocałuj mnie, John" - błaga. Pochylając się, z żarem przyciska swoje wargi do jej ust w płomiennym pocałunku.

środa, 5 lutego 2014

Kieszonkowa antropologia słabości

Byliśmy z Kasią czas jakiś temu, niedawno, na warsztatach - czego one w całości dotyczyły, o tym zamilczę, ale ta akurat ich odsłona była o zdrowym odżywianiu. No i znów: nie czas ani miejsce tu na to, by zastanawiać się nad tym, co prowadzący - znakomici specjaliści od naturopatii, jogi, fizjo- i fitoterapii, wszelkich masaży, medycyny chińskiej, dietetyki i całego mnóstwa innych fascynujących rzeczy - mówili, co zrobili dobrze, co źle (jeśli idzie o jakość samego warsztatu), z czym bym się zgodził, z czym tak trochę, a z czym w ogóle. Bo najbardziej zafascynowało mnie to, co J. powiedział ot, tak sobie, mimochodem, gdy dyskusja zeszła na szeroko pojmowaną immunologię. A powiedział - ni mniej, ni więcej - że Europejczyk jest słaby. Tylko tyle i aż tyle.

Długo mi się o tych trzech prostych słowach myślało, bardzo długo, sporo się też z Kasią o nich pogadało. Bo o słabości kondycji Europejczyka słyszy się niby zewsząd - najczęściej w tonie nadciągającej apokalipsy, której grozie naprzeciw wychodzić mają pomruki wszelkiej maści szaleńców (głównie o fałszywie pojętych prawicowych, nacjonalistycznych i tradycjonalistycznych korzeniach; korzeniach oczywiście spotworniałych, zrakowaciałych, tkniętych wynikłym z przerostu niedowładem), wzywających do renesansu, rewolucji, zwarcia szeregów, dania odporu... Wedle takiej narracji najbliższa rzeczywistość będzie wyglądać następująco: zatracimy naszego helleńsko-chrześcijańskiego ducha, który zostanie pożarty przez lewackie: demoralizację, indyferentyzm, egoizm, takoż przez niekontrolowaną migrację, głównie z krajów arabskich i afrykańskich; na fali takiej degrengolady przestaniemy się rozmnażać, a to, co się jeszcze pocznie, będzie permanentnie zagrożone przez dwie przedwczesne śmierci: aborcję i eutanazję - przestaniemy też kontrolować otaczający nas świat, bo ekoterroryzm cofnie nas do etapu człowieka jaskiniowego (oczywiście zbieracza, Boże broń myśliwego!); cały nasz potencjał ekonomiczny zostanie trwale zmarnotrawiony przez Unię Europejską, biurokratycznego Molocha na żołdzie międzynarodowego spisku Żydów, gejów, komunistów i feministek; wreszcie na to wszystko nadciągnie fala islamskiego tsunami, po którym nie pozostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalonym - koniec będzie tak straszny, że finał Nie-Boskiej komedii to przy nim najbardziej ckliwa i przesłodzona sielanka. Ostatni zgasi światło (oczywiście lewacko energooszczędną żarówkę).

No dobra - ale przecież moim celem nie jest (nie tym razem) pisanie filipiki na prawacki bełkot; przecież zgadzam się z J., że Europejczyk to słabeusz i cherlak - tak na poziomie biologii, jak i ducha. W czym zatem różnica? Ano w tym, że widzi mi się, iż nadciągająca - być może - agonia żywiołu północno-zachodniego (czyli europejsko-północnoamerykańskiego) wcale nie musi być apokalipsą. To po pierwsze. Po wtóre - gdzie indziej niż zakamieniali tradycjonaliści upatrywałbym naszej słabości... Ale po kolei.

Sprawa pierwsza: globalna supremacja Europy i wyrosłych z najszczytniejszych tradycji europejskiego etosu Stanów Zjednoczonych nie jest bynajmniej czymś oczywistym. Jeśli wierzyć choćby temu, co pisze Jan Sowa w Fantomowym ciele króla (a z częścią rzeczy tam opisanych nie zgodzić się trudno), jeszcze w średniowieczu panowanie Europejczyka nad światem wcale nie było czymś w sposób oczywisty przesądzonym - to szczęśliwy zbieg okoliczności (konieczność rozwinięcia ekspansji morskiej, co spowodowało niebywały rozwój nauki i technologii; obsługujący takąż ekspansję, najefektywniejszy model handlu opartego nie na towarze czy kruszcu, a na papierach dłużnych) sprawił, że to właśnie my, zamiast takich na przykład Chińczyków, uczyniliśmy sobie ziemię poddaną. Ale to prawda, zawsze (na długo przed lekturą Sowy) wydawało mi się, że to raczej Maurowie z Grenady mieli pełne prawo patrzeć ze zgrozą na nadciągające hordy kastylijsko-aragońskie jak na cuchnących i brudnych, półzwierzęcych dzikusów, w żadnym razie nie odwrotnie... No dobra, może określanie tego jako wyłącznie zbiegu okoliczności jest jednak czymś w nadmiarze dezawuującym, ale w żadnym razie nie jest też chyba tak, że supremacja naszego fenomenu cywilizacyjno-kulturowego jest czymś przez jakąś metafizyczną instancję raz na zawsze zadekretowanym. Krótko mówiąc - ewentualny (bo przecież nie przesądzony) uwiąd żywiołu północno-zachodniego wpisywałby się w logikę cyklicznych bądź cyrkularnych tąpnięć wielkich formacji kulturowych, a to nie jest ideą szczególnie nową: od Giambattisty Vico i jego Nauki nowej, przez Heglowską Fenomenologię ducha, aż po (co najmniej) Zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego Edwarda Gibbona i Zmierzch Zachodu Oswalda Spenglera, kwestia logiki postępu dziejowego jako nieuchronnego i dogłębnego przeobrażania się jego ludzkich stanów skupienia fascynowała nienajwątlejsze przecież umysły. Skoro zatem idea nienajświeższa, to co jest w jej współczesnej masowej percepcji dziwacznego? Odpowiedź wydaje mi się prosta: resentyment.
Mniej u Vico i Hegla, bardziej u Gibbona i Spenglera (by pozostać przy czterech wyżej wymienionych wieszczycielach zmierzchu), ale w różnym natężeniu zawsze widoczna jest jasna zależność: schyłek każdej wielkiej formy kulturowo-cywilizacyjnej poprzedzony jest etapem jej dekadencji, która nie wytrzymuje próby z witalnością tych czy tamtych barbarzyńców (nader sugestywnie i subtelnie ambiwalencję owej grozy i pragnienia w wyczekiwaniu przerafinowanych przedstawicieli ducha śródziemnomorskiego na barbarzyńskie oczyszczenie przedstawił oczywiście w swym słynnym wierszu Konstantinos Kavafis). Bądźmy zatem uczciwi: skoro Europejczyk jest słaby, to nie biadajmy, że nadchodzący Azjata czy Afrykanin jest jeszcze słabszy - jakby był słabszy (nie tylko w sensie witalnej żywiołowości, ale też w znaczeniu pewnej głębokiej kulturo- i cywilizacyjnotwórczej potencji), to nie byłoby się czego lękać, słabsze silniejszemu rady nie da, a przekonanie o własnej bezwzględnej we wszystkim wyższości (choć wszystko zdaje się jej istnieniu zaprzeczać) to przecież nic innego jak paskudna ekonomia myślenia resentymentalnego w stanie czystym. Jak bardzo nieuzasadnione (i życzeniowe) jest takie myślenie, przekonał się jeden z niegdysiejszych guru amerykańskiej sceny intelektualnej, Francis Fukuyama, który w pamiętnym Końcu historii starał się wykazać nieusuwalną, organiczną wyższość demoliberalnego kapitalizmu jako najdoskonalszej formy organizacji i funkcjonowania społeczeństwa, linearną historię redukując do synchronicznego, poziomego rozprzestrzeniania się owego najlepszego z najlepszych modeli... Cóż - krytyka koncepcji Fukuyamy prędko opuściła akademickie wieże z kości słoniowej: po 9/11 i po plajcie Lehman Brothers niektórzy uznali za wskazane przypomnieć sobie o pokrywających się bibliotecznym kurzem egzemplarzach Zderzenia cywilizacji Samuela Huntingtona, a nie do końca jeszcze zaczadzeni neoliberalizmem ekonomiści lekturę Miltona Friedmana zaczęli uzupełniać mgliście pamiętanym ze studiów Johnem Maynardem Keynesem.
Czyli - jak sądzę - stopniowe słabnięcie żywiołu północno-zachodniego wcale nie musi oznaczać apokalipsy; to, co nadejdzie, będzie charakteryzowało się wyższym (bądź po prostu hic et nunc lepszym) stopniem organizacji, choć Bóg jeden raczy wiedzieć, jakie kształty owa wyższość/lepszość przyjmie... A, no właśnie - Bóg; ponurzy zwiastuni końca Europy i Stanów Zjednoczonych jako końca wszystkiego dobrego podnoszą argument o wadze niebagatelnej: że oznaczać to musi kres świata chrześcijańskiego, a zatem (z perspektywy wiary) najzwyklejszy koniec świata w ogóle i nadejście królestwa Złego. Dopowiedzmy: Złego, czyli muzułmanina, który w kreślącej owe ponure wizje kolektywnej świadomości spełnia ostatnio funkcję (po heretykach, żydach, niewiernych, czarownicach, innowiercach, komunistach, masonach) podstawowego ośrodka metafizycznych lęków, dla pozoru przybranych w pseudonaukowe szatki rzekomo racjonalnie sprawdzalnego zagrożenia ekonomicznego, demograficznego, kulturowego czy terrorystycznego. Ale czy pustoszejące kościoły Niemiec i Francji rzeczywiście muszą oznaczać kres chrześcijaństwa jako takiego? No chyba nie bardzo... Owszem, Europa zaczyna się - czy kto chce, czy nie chce - od chrześcijaństwa, na którym wzniósł się masywny niczym katedra w Chartres gmach średniowiecza (no pewnie, wcześniej były jakieś tam Grecje i Rzymy, ale dla nich nie istniało coś takiego jak świadomość europejska: była po prostu polis, potem - matka Roma i rubieże, a poza nimi już tylko ultima Thule i wszystkie inne miejsca ubi sunt leones); owszem, chrześcijaństwo miało w historii Europy swoją ciemną stronę mocy, ale umówmy się, że tak per saldo to wychodzi jednak na plus (o tym, że Boska Komedia, Caravaggio i Wielka Msza h-moll są pośrednimi dowodami istnienia Boga, szkoda się nawet w nadmiarze rozpisywać), a myśl o Europie wzniesionej na innych niż chrześcijańskie fundamentach bynajmniej nie widzi mi się alternatywą jednoznacznie kuszącą... Pytanie brzmi jednak, czy faktycznie kryzys chrześcijaństwa europejskiego musi oznaczać kryzys chrześcijaństwa w ogóle. Otóż - nie: zeszłoroczny wybór na papieża Jorge Mario Bergoglio był aż nadto mocnym wyrazem tendencji już od dawna wyraźnej: że duch, który (o czym wiadomo już od czasów Pawła z Tarsu) tchnie, kędy chce, najżywszym płomieniem gorzeje teraz w Afryce, Azji, Ameryce Południowej. Stajemy więc wobec sytuacji równie paradoksalnej jak ta opisana przez Jacka Dukaja w znakomitym, dywersyjnym opowiadaniu In partibus infidelium - co począć, gdy krzewienie chrześcijaństwa rozprzestrzeni się poza granice rasy człowieczej i natrafi na jakiś kosmiczny gatunek przewyższający nas inteligencją, który bardziej niż ochoczo zechce przyjąć łaskę chrztu? Czy będziemy w stanie znieść sytuację, w której to my zostaniemy zmuszeni do tego, by zmienić jakże łechcącą naszą kolonialną próżność rolę misjonarza na wymagającą nierównie większej pokory pozycję nawracanego? Już teraz widać, że nie przyjdzie nam to łatwo - że myśl o tym, by chrześcijaństwo oddać temu, co nieeuropejskie, budzi w nas instynktowny lęk, tak jakby Chrystus zawarł z Europą jakiś dziwny pakt prymatu i wyłączności (zresztą w ogóle ten prawacki Jezus, ograniczony do roli obrońcy tradycyjnego modelu rodziny, najlepiej wielodzietnej, strażnika własności prywatnej, propagatora konserwatywnych wartości, jakoś nie za bardzo skleja mi się z tym świętym burzycielem, którego znam z mojej lektury ksiąg Drugiego Przymierza). Najlepiej chyba ten resentymentalny, neokolonialny, europocentryczny lęk wyraża jeden z bohaterów wspomnianego opowiadania Dukaja, gdy z najwyższej próby wyczuciem groteski deliberuje: "Dziewięćdziesiąt osiem procent katolików nie należy do gatunku homo sapiens. [...] Cóż święty Paweł powiedziałby na widok Świerszcza? [...] Schizma jest nieunikniona. Pomimo wszystko większość ludzi nie zaakceptuje papieża, który oddycha chlorem, znosi jaja, żyje tysiąc lat, zjada własne odchody, nie ma twarzy ani rąk i nie potrafi mówić po angielsku".
Dukaj Dukajem, ale czasem mam wrażenie, że lęki wyżej opisane sięgają jeszcze dalej, ku rozmiarom dającym się opisać przez inne literackie porównanie - z tym przeczuciem zgrozy, które nawiedza świat wykreowany przez H. P. Lovecrafta; a zatem byłaby to zgroza (o czym żadnego miłośnika paranoicznej wyobraźni Samotnika z Providence przekonywać nawet bym nie śmiał) cyklopowa, bluźniercza, plugawa, obmierzła... Skończyłem właśnie czytać ponad osiemset stron nader gęstego druku Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści, wydanych przez poznański Vesper, ze zdejmującymi należytym (bo niewysłowionym) przerażeniem ilustracjami Johna Coultharta i w fenomenalnym tłumaczeniu Macieja Płazy (temu ostatniemu za złe mam tylko posłowie do książki, W przeddzień potwornego zmartwychwstania, bo odbiera mi ono szansę powiedzenia tu czegokolwiek mądrego, a już na pewno odkrywczego). Tym, co aż po szaleństwo mąci umysłowy spokój bohaterów tej prozy, jest dotknięcie prawdy, że historia naszego gatunku na planecie, którą zwykliśmy uważać za wyłączność swoją własność, jest czymś niekoniecznym, przypadkowym, znikliwym i - nade wszystko - śmiesznie krótkotrwałym. Czymże są nasze traktaty filozoficzne, symfonie, katedry, teleskopy, laboratoria, penicyliny, jedwabie, samochody, pociągi, marsjańskie łaziki i bomby wodorowe w porównaniu z tymi wszystkimi monstrualnymi, pozadyskursywnymi, blasfemicznymi miastami liczącymi sobie miliony lat, ukrytymi w oceanach, jak R'lyeh, albo na nietkniętych ludzką stopą antarktycznych płaskowyżach, jak Kadath? Jak wyglądamy z perspektywy mieszkańców planety Yuggoth, dla których einsteinowskie i wszelkie inne (nie)możliwe kontinua czasoprzestrzenne są dziecinną igraszką? Narratorzy Zewu Cthulu albo Cienia spoza czasu wszystkiego tego mogą dotknąć - a przecież myśl o tym, że trzeba będzie ustąpić miejsca temu, co nieskończenie (już nie ilościowo, ale jakościowo) nas przerasta, napełnia ich trwogą tak wielką, że możliwą do wyrażenia jedynie w języku somatycznym - rozciągniętym w niekończący się skowyt.
To znaczące, że pisarz doświadczający tak mocno zagrożenia tym, co inne, postrzegający naszą cywilizację i kulturę jako chwiejące się na wąskiej grani oddzielającej otchłań, z której przychodzimy, od tej, do której już, za niewiele znaczącą chwilę się osuniemy, był jednocześnie skrajnym konserwatystą - z wszystkimi możliwymi tamtego amerykańskiego konserwatyzmu obciążeniami: anglocentryzmem, ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem... I coś jeszcze bardziej zdumiewającego: jak często scenami, na których rozgrywają się pierwsze akty owego "potwornego zmartwychwstania" tego, co inne, o którym pisze Płaza, stają się kościoły - opuszczone, sprofanowane, użytkowane przez jakieś zwyrodniałe sekty... Jak ten w Kingsoprt, na którego "upiornej wieżycy przysiadł przez chwilę Aldebaran"; albo te w Innsmouth, które "brutalnie zbezczeszczone przez zmianę nazw i wprowadzenie dziwacznych szat oraz obrzędów liturgicznych, stanowiły teraz siedlisko innowierczego, tajemniczego kultu"; czy wreszcie (najbardziej może) ten na Federal Hill w Providence, gdzie "pod okapami nie widać było nawet śladu ptaków, murów nie okrywał ani jeden listek bluszczu. Aura zgnilizny i ogólnej opustoszałości wisiała nad tym miejscem niby żałobny kir". A przecież Lovecraft to nie tylko żałobnik zawodzący tren nad zmierzchem białej, protestanckiej, anglojęzycznej kultury - to także nieodrodny syn wieków oświeconych i pozytywnych, zdeklarowany ateista! I nawet dla niego figurą nieuchronnego końca kultury staje się wizja wyczerpywania chrześcijańskiego paradygmatu religijnego - tak jakby sprawą oczywistą było, że wszystko inne musi być najpierw antychrześcijańskie... Nie mam wątpliwości, co Lovecraft miałby do powiedzenia na temat Świerszcza, papieża tak gargantuicznego jak ten opisany powyżej przez Dukaja - z pewnością miałby kłopot nawet z o wiele bardziej oczywistymi, czarno- bądź żółtoskórymi kardynałami, z którymi coraz słabszy Europejczyk dzieli się swym Kościołem (podobnoż apostolskim i powszechnym) z tak trudną czasem do zamaskowania niechęcią...

Dość jednak o tym - bo miało być jeszcze przecież o słabości, skąd ona i czym jest.
Sprawa wydaje mi się daleko głębsza i bardziej elementarna niż wspomniane wyżej indyferentyzmy, laicyzacje, spadki dzietności - bo chodzi przede wszystkim o fundamentalny, od pokoleń pielęgnowany z jakąś przedziwną, autodestrukcyjną i masochistyczną Schadenfreude kryzys zaufania. Nie, nie względem autorytetów, mediów, kościelnych hierarchów, instytucji szkolnych i państwowych, bo to bywa czasem (oczywiście utrzymywane w rozsądnych ryzach) oczyszczające; chodzi o brak zaufania do samego siebie, w tym również do czegoś tak źródłowego jak własne ciało. A uważam - jakkolwiek przesadnie by to nie zabrzmiało - że taki brak zaufania, jego stopniowe cedowanie na wszystko, co nie jest mną, to jedna z głównych osi rozwoju cywilizacji północno-zachodniej.
W swojej zupełnie podstawowej, wydanej ponad dwie dekady temu Nowoczesności i tożsamości Anthony Giddens opisywał socjologiczne zmienne, którymi scharakteryzować można późnonowoczesne społeczeństwa wyrosłe ze wspólnego europejsko-północnoamerykańskiego pnia. Jedną z owych zmiennych, szczególnie mnie intrygującą, była teza, iż współczesność charakteryzuje się nader intensywnym rozrostem czegoś, co kanadyjski socjolog nazwał kulturami eksperckimi. Sprawa jest dość oczywista - nasza rzeczywistość, nawet ta najbardziej codzienna, cechuje się tak niewiarygodnym stopniem komplikacji, że musimy pozbyć się istotnej części naszej suwerenności, by w ogóle móc w niej egzystować. Od opieki zdrowotnej, przez poruszanie się w rzeczywistości prawa, aż po instalację systemu operacyjnego lub naprawę iPoda - wszędzie potrzebujemy kogoś, kto podejmie działania za nas, często w sytuacji, które dotyczą najbardziej prywatnych stron naszej egzystencji. No i w porządku - absolutnie nie mam ani ambicji, ani kompetencji, by gmerać w domowej instalacji gazowej bądź samodzielnie przeprowadzać leczenie kanałowe zęba; pytanie jednak brzmi, czy powierzenie się tej lub tamtej kulturze eksperckiej jest aby zawsze konieczne i jakie są tego faktyczne koszta.
Wiedza to władza - ta sprawa nie ulega wątpliwości i wcale nie trzeba czytać Michela Foucaulta czy Petera Sloterdijka, żeby dojść do takich wniosków, ale sprawowanie władzy przy użyciu wiedzy to równocześnie proces wprzęgnięty w grę rynkową. Inaczej rzecz ujmując: dana kultura ekspercka, żeby przeżyć, musi mieć zbyt na to, co oferuje. Fundamentem tego zbytu są dwie taktyki: chronienie symbolicznego i realnego kapitału własnej wiedzy, dbanie o jej ekskluzywność (gdyby każdy potrafił naprawić sobie cieknący kran, profesja hydraulika przestałaby istnieć) i przedstawianie tego, co ma się do zaoferowania, jako niezbędnego - czyli, innymi słowy, pozbawianie ludzi zaufania w kwestii tej właśnie wiedzy praktycznej, którą ma się do zaoferowania.
Zbliżonym do doskonałości modelem takiej kultury eksperckiej, zwłaszcza w Polsce, byłby zawód lekarza wraz ze stanowiącym jego zbrojne ramię przemysłem farmaceutycznym. Tu muszę jasno podkreślić: spotkałem w swoim życiu wielu znakomitych luminarzy sztuki medycznej: pediatrów, laryngologów, stomatologów, dermatologów, a także pokornie oddanych swej służbie lekarzy pierwszego kontaktu i wszystkim im kłaniam się nisko z należnym szacunkiem - ale w niczym nie zmienia to mojej ogólnej wizji tak eksperckiej kultury środowisk lekarsko-farmaceutycznych, jak i zachodniej filozofii medycyny.
Lekarz w tradycji zachodniej - zwłaszcza w cechującej się przez całe wieki niezwykle niskim poziom skolaryzacji i samoświadomości polskiej kulturze intelektualnej - urósł do rangi mistrza wiedzy tajemnej, po gnostycku niepodstępnej profanom, obwarowanej wyjątkowo restrykcyjnymi regułami ekskluzywności i gwarantującej trudno z czymkolwiek porównywalny poziom społecznego uprzywilejowania. To pierwsze widać zarówno w osobliwej filozofii studiów medycznych (gdzie tak trudno się dostać, gdzie utrzymać się tak niełatwo, gdzie nauki tak dużo, które zawsze bytują na wzniosłym marginesie uniwersyteckich instytucji i hierarchii), ale tak po prawdzie już wcześniej, kiedy dzieci z rodzin lekarskich od absurdalnie małoletniego wieku formatowane są przez ich rodziców do wstępowania w ślady przodków na doktorstwie. To drugie... cóż, nie oszukujmy się: owego uprzywilejowania mistrzów medycznej gnozy doświadczył każdy, komu za dziesięć minut diagnozy (a raczej potwierdzenia tego, co się już i tak wiedziało) przyszło zapłacić - lekko licząc - połowę swojej dniówki. Tematem na osobne rozważanie jest zamocowanie owych ekskluzywności i elitarności choćby w społecznych mitologiach dostania się po znajomościach do wybitnego specjalisty, które jako żywo można opisać przy użyciu narzędzi, z jakich Władimir Propp korzystał przy swoich analizach bajki magicznej (z wszystkimi tymi pomocnikami, środkami magicznymi, przeciwnikami i temu podobnym ustrojstwem)...
Tymczasem owo szczególne społeczne funkcjonowanie wiedzy medycznej oparte jest na fundamentalnym pomyleniu pojęć - bo lekarz nie jest od tego, by dbać o moje zdrowie; on jest po to, by leczyć mnie z chorób, a tych wcale nie jest tak dużo, albo inaczej: znakomita ich większość nie wymaga nijakiej lekarskiej ingerencji, ale właśnie tego, o czym tu meandrycznie mówię, a mianowicie zaufania sobie.
Medycynie zachodniej mam za złe nade wszystko bezkontekstowe oraz inwazyjno-agresywne, mechanicystyczne podejście do zdrowia; czyli - jakkolwiek bluźnierczo by to nie zabrzmiało - zachodnia medycyna stała się w głównym swoim nurcie odstręczająco antyhumanistyczna. Przywoływanie tu dla kontrastu tradycji lecznictwa Dalekiego Wschodu jest narażaniem się na pobłażliwe uśmieszki i na oskarżenia o sekciarstwo, ale nic na to nie poradzę: holistyczne podejście choćby wspaniałej filozofii leczenia kształtującej się przez tysiąclecia w Chinach przemawia do mnie stokroć bardziej niż chemiczno-operacyjne spojrzenie aroganckiej europejskiej nauki, która wiekami kształtowaną sztukę masaży, akupresury i akupunktury, ziołolecznictwa traktuje z zazdrości godnym dobrym samopoczuciem jako mniej lub bardziej nieszkodliwe dziwactwo, chwilową modę. A przecież niewątpliwe sukcesy tradycji wschodnich na tym polu nie są bynajmniej kwestią stosowania tych czy innych egzotycznych technik - wyrastają one z dwóch fundamentalnych założeń: że człowiek jest jednością tak całego swojego organizmu, jak i ciała wraz z wolą, umysłem, duchem, oraz że nikt nie zna pacjenta lepiej niż on sam, czyli że najlepszą terapią jest słuchanie tego, co mówi moje własne ciało. Co tam zresztą Wschód: w Europie jeszcze żyjący na przełomie XI i XII wieku Mojżesz Majmonides pisał w Traktacie o astmie, że leczy się nie chorobę, lecz człowieka - w związku z tym próby leczenia ciała bez uwzględnienia łagodzenia cierpień duszy są podstawowym i kardynalnym błędem w sztuce. A dziś?... Lekarze pierwszego kontaktu nie mają problemu z tym, żeby na jednym oddechu postawić diagnozę choroby o podłożu wirusowym i przepisać dewastujące połowę innych niż schorzałe organy, antybakteryjne antybiotyki; utytułowani położnicy usiłują uczyć rodzącą kobietę, jak ma oddychać w czasie skurczów i parć; zasięgając opinii różnych specjalistów od na przykład zwyrodnień kręgosłupa, przynosi się zestaw absolutnie wykluczających się zaleceń chirurga, ortopedy, reumatologa, fizjoterapeuty...
I wcale nie chcę powiedzieć, że to są źli specjaliści - wydaje mi się jednak, że są oni wprzęgnięci w machinę kompletnie irracjonalnego systemu, który wykształca odruchy niebezpiecznie bliskie arogancji: tak wobec pacjenta, jak i w stosunku do wszystkiego, co nie jest tą i żadną inną jednostką chorobową. Podobnież nie uważam, że szczepionki, chemioterapie i antybiotyki są wcielonym złem (jakkolwiek znam sporo osób, które nie bez podstaw twierdzą, że są to jedne z najbardziej szkodliwych medycznych mitologii) - ale sądzę też, że sięganie po dalece nieobojętne środki chemiczne przy każdym jednym bólu głowy, gorączce, nieżycie gardła czy katarze siennym przynosi w ostatecznym rozrachunku dalece więcej szkód niż pożytków.

No tak, oddaliłem się na pozór (ale chyba jednak tylko na pozór) od głównej mojej kwestii - a mianowicie od refleksji o naczelnej słabości Europejczyka, którą jest utrata zaufania do samego siebie... A więc jeśli jesteśmy słabi, to - powtarzam - przede wszystkim dlatego, że zachodnie społeczeństwo przez wieki organizowało się wokół instytucjonalnych narzędzi przejmowania ufności, jaką każdy winien jest głównie sobie; najbardziej charakterystycznym rezerwuarem owej scedowanej ufności są dziś kultury eksperckie (opisane wyżej medyczne, ale też przecież polityczne, prawne, bankowe, informacyjne...), które - aby przeżyć - muszą mieć tej ufności jak najwięcej, choćby nawet jej pozyskiwanie odbywało się przy użyciu nie zawsze czystych reguł. I nikogo nie oskarżam - bo też śmiesznym i nawiedzeńczym absurdem byłoby wyruszać na krucjatę przeciw prawidłom społecznej i kulturowej ewolucji, który kształtowały się z niezliczonej ilości zmiennych przez całe wieki; ale też bardzo mocno stwierdzam, że jeśli nie odzyskamy najbardziej podstawowej, opartej na zaufaniu komunikacji z samymi sobą, z naszymi ciałami i duszami, to rzeczywiście zostanie nam już tylko to, czego doświadcza Nathaniel Wingate Peaslee w Cieniu spoza czasu Lovecrafta: "utraciłem fizyczną zdolność odczuwania; nawet już się nie bałem - strach łypał na mnie jakby z góry, bezsilny i bezradny jak wyszczerzony gargulec".