sobota, 7 stycznia 2023

Belfer gore (2). Intermezzo nieplanowane, wyjaśniające i demitologizujące

To jest kawałek moich utyskiwań na nową maturę z języka polskiego, którego (kawałka, nie języka polskiego) nie planowałem. Ale jakoś tak się złożyło, że w ramach rozwijania nieoczekiwanej kariery medialnego antymaturalnego krzyżowca przyszło mi udzielić wywiadu redaktor Magdalenie Radusze z Interii, czego skutkiem był ten oto artykuł. Cóż - artykuł jak artykuł, przejrzysty, kompetentny i merytoryczny (przy okazji bardzo dziękuję pani Magdalenie za profesjonalną dziennikarską robotę). Poczytałem sobie jednak przy okazji komentarze, które pod tekstem pozostawił ludek internetowy. Wiadomo - bywa to doświadczeniem granicznym, ale wszak to vox populi (choć niekoniecznie vox Dei), więc wysłuchać trzeba... I tak się trochę zadumałem. Bo kto jest z nami, protestującymi siostrami polonistkami i braćmi polonistami, doskonale wiem: rzesza sfrustrowanych, wymęczonych, rozjuszonych nauczycielek i nauczycieli, zdołowane uczennice i zrozpaczeni uczniowie, przerażeni i bezradni rodzice. Kto jest przeciw nam - też wiem: zachłyśnięci przekonaniem o własnej genialności, sztukujący rozpaczliwe braki w kompetencji agresywnym zideologizowaniem, groteskowo pozorujący społeczny dialog funkcjonariusze MEiN i CKE. Ale z tego, co wyczytałem w dyskusji pod linkowanym wyżej tekstem, wyłoniła mi się jeszcze jedna grupa osób już to niechętnych naszemu sprzeciwowi, już to nie rozumiejących jego istoty. Jest to grupa o tyle spójna, że na różne sposoby powtarzająca pewne sądy i opinie, które postanowiłem tu sobie z grubsza zebrać i na nie odpowiedzieć. Czy kogoś przekonam? Zapewne nie - przynajmniej spośród tych, do komentarzy których się tu bezpośrednio odnoszę (powód jest prosty: nie sądzę, bo zaliczali się oni do czytelników mojego bloga), ale jest w ich myśleniu coś, co być może w jakiejś części podziela ktoś inny. I może faktycznie trzeba sobie to i owo wyjaśnić.

No to do roboty. Poniżej wielkimi wołami będzie parafrazowany konkretny sąd, któremu chciałbym dać rzeczowy odpór, a sam odpór pojawi się poniżej, skromniutko, normalną czcionką.

MATURA Z POLSKIEGO MUSI BYĆ TRUDNIEJSZA, TERAZ MŁODZI NICZEGO JUŻ NIE POTRAFIĄ

Abstrahując na wstępie od samej materii języka polskiego - obiegowa opinia o tym, że dziś młodzież niczego się nie uczy, niczego nie umie, po prostu nie znajduje potwierdzenia w faktach: poziom akademickiego niemal wyśrubowania treści upakowanych w podstawach programowych z matematyki, fizyki, chemii czy biologii, dawno już wywalił skalę zdrowego rozsądku oraz rozeznania możliwości psychorozwojowych i poznawczych nastolatka. Czy są to treści potrzebne do czegokolwiek prócz podniesienia wyniku egzaminu maturalnego i czy to dobrze, że absolwent biolchema wie wszystko o genetyce, a w lesie nie jest w stanie rozróżnić jodły od świerka - to już zupełnie inna sprawa... 

Wracając jednak do polskiego: tak, matura powinna być może nie tyle trudniejsza, co bardziej wymagająca. Ale powinna być wymagająca mądrze. Co to znaczy w praktyce? To oczywiście zależy od tego, czego chcemy nauczyć. Jeśli o mnie chodzi, to widziałbym to następująco - absolwent szkoły ponadpodstawowej powinien: a. w sposób co najmniej komunikatywny posługiwać się polszczyzną w piśmie i mowie (im bardziej komunikatywność ta jest urodziwa językowo i stylistycznie, w im ciekawszych ramach kompozycyjnych się objawia, im lepiej służy precyzji argumentowania - tym oczywiście lepiej); b. znać podstawowe zasady funkcjonowania i praktycznego stosowania różnych modeli opisu języka jako systemu gramatycznego; c. posiadać całościową wiedzę o kulturze polskiej wobec innych kultur - w stopniu umożliwiającym formułowanie samodzielnych, krytycznych sądów na temat relacji międzykulturowych; d. dysponować narzędziami interpretacyjnymi służącymi samodzielnemu, pogłębionemu i otwartemu odczytywaniu tekstów literackich o wysokim poziomie złożoności (w kontekście innych tekstów kultury); e. być wyposażonym w umiejętność podstawowego deszyfrowania struktur retorycznych, dekodowania intencji jak największej ilości różnych możliwych tekstów; f. postrzegać literaturę jako ważną część dyskursu społecznego (również w jej uwikłaniu w filozofię, teologię, ekonomię, płeć, ideologię, władzę etc.). 

Nowa matura z języka polskiego, wyrastająca z anachronicznej, przeładowanej niepotrzebnymi treściami podstawy programowej, obwarowana kretyńskimi, niemożliwymi do uczciwego zastosowania, uznaniowymi i krzywdzącymi wymaganiami egzaminacyjnymi - nie uczy niczego z tych rzeczy, które powyżej wymieniłem jako jedyne warte uczenia i nauczenia się. Dosłownie - niczego. Narzuca (jako jedyny możliwy - co wprost zapisane jest w materiałach CKE i MEiN) pseudoobiektywny reżim uczenia literatury wyłącznie w kluczu historycznym, co w praktyce szkolnej oznacza konieczność odtworzenia przez ucznia bezkrytycznie przyswojonych ogólników poznawczych. Skutecznie ogranicza (skutkiem wspomnianego już, absurdalnego przeładowania) ilość czasu, który należałoby dać uczniom na samodzielny namysł nad tym, co przeczytane. Zmusza do pisania wypracowań z odwołaniem do lektur, których uczeń nie lubi - a czasem nawet nie do końca rozumie. Utrwala w najwyższym stopniu szkodliwe traktowanie literatury jako wyłącznie zasobnika drętwych argumentów na poparcie wydumanych, narzuconych tez rozprawek. Ruguje możliwość dokonywania syntez, kontekstualizacji i szerokich uogólnień. 

No i ja się grzecznie pytam - po co to wszystko? Jaki będzie dalekosiężny skutek tak rozumianego podwyższania poziomu trudności egzaminu maturalnego? Czy rzeczywiście - jak lubią katarynkowo powtarzać edukacyjni oficjele - wykształcimy w ten sposób w pełni świadomego uczestnika pewnej wspólnoty kulturowej? Oczywiście - nie. Ci nieliczni absolwenci szkół ponadpodstawowych, którzy wybiorą studia polonistyczne, już za chwilę będę się uczyć jeszcze raz tego samego, tylko z większą ilością szczegółów, z odwołaniem do następnych i jeszcze następnych tekstów. Reszcie cała ta z mozołem przyswajana przez lata liceum bądź technikum wiedza ulotni się szybciej niż kac po hucznym oblewaniu zakończonej sesji maturalnej.

O CO CAŁE TO LARUM Z ILOŚCIĄ LEKTUR? MYŚMY CZYTALI WIĘCEJ

Owszem, zmuszano nas - jako uczniów szkół ponadpodstawowych nie będących zawodówkami ani przyzakładówkami - do czytania zdecydowanie większej niż dziś ilości lektur (kiedy chodziłem do klasy humanistycznej w swoim liceum, w latach 1993-1997, rynek opracowań dopiero się rozpędzał i faktycznie czytać trzeba było - inna rzecz, że w praktyce naprawdę różnie to bywało, bądźmy uczciwi; niektórzy moi koledzy, którzy przez większość tygodnia docierali na lekcje wprost z ostrych melanży, zionąc nieprzetrawioną gorzałą i niedopalonym zielskiem, naprawdę mieli na głowie co innego niż kolejną powieściową cegłę do przyswojenia). Czasem próbuję sobie przypomnieć, ile tych książek - a byłem uczniem uczciwym, z konkretną polonistyczną zajawką i po prostu lubiącym czytać - przeczytałem, i wychodzi mi, że faktycznie sporo... Ogniem i mieczem, Potop, Nad Niemnem, Chłopi - bez żadnej taryfy ulgowej, wszystkie tomy; w czwartej klasie zwłaszcza - wiele rzeczy nawet dziś traktowanych jako nieoczywiste, wyśrubowanie ponadprogramowe: Przed nieznanym trybunałem, Zniewolony umysł, Dolina Issy, Rozmowy z katem, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Operetka, Kartoteka, Bohiń, Następny do raju... Sporo z tego należało sobie przyswoić we fragmentach, ale niektórzy z własnej woli sięgali po całość - i owszem, bywało i tak, że dyskutowało się potem nad ranem na imprezach o Małej apokalipsie i o Folwarku zwierzęcym, o Becketcie i Witkacym, o ówczesnych książkowych modach (Wharton, Vonnegut, Carroll), o zawsze powracających, wiecznie młodych buntownikach (Kerouac, Salinger, Stachura); serio, grało się w klasy z Cortázarem, można było sobie nabić dodatkowe punkty do towarzyskiej atrakcyjności, kiedy się wylegitymowało (jak niżej podpisany) przeczytaniem całego Ulissesa.

Tylko - co z tego? Co poszło nie tak, skoro dziś statystyczny Polak nie czyta praktycznie wcale (a w wyrabianiu tej smętnej średniej wcale duży udział ma właśnie moje pokolenie, plus-minus czterdziestolatków, co to jakoby wyrastali we wzniosłej kulturze intensywnego czytania)? Czy moi rówieśni rzeczywiście są uczestnikami jakiejś szlachetnej wspólnoty jednoczącego kulturowego kodu? Czy sens ich życiu nadaje oczekiwanie na kolejną książkę takiej choćby Tokarczuk? Czy przymus przyswajania sobie przemysłowej ilości lektur nauczył nas demaskowania postprawdziwościowych dyskursów polityki albo ekonomii?

Żadna - ani długa, ani krótka, ani taka w sam raz - lista lektur szkolnych nie zrobi z nikogo erudyty, nawet zwykłego amatora czytania nie zrobi. Ten cud zdziałać jest w stanie - choć nawet wtedy gwarancji sukcesu nie będzie - jedynie taki dobór tekstów (i chodzi tu zarówno o ich ilość, jak i całościową spójność tzw. kanonu), który młody człowiek będzie w stanie przemyśleć, przedyskutować, skonfrontować ze światem swoich doświadczeń, rozterek, dylematów i wyborów. I który - co najtrudniejsze - będzie dla niego po prostu atrakcyjny. I to jest w ogóle osobny problem - bo żyjemy w czasach tym się różniących choćby od ostatniej dekady poprzedniego stulecia, że dziś książka przestaje być podstawowym źródłem rozrywki; i wcale nie mam pewności, że gdybym dziś był w wieku moich uczniów, dałbym radę zadawać szyku na osiemnastkach erudycją, może z równym zaangażowaniem dyskutowałbym nie o książkach, a o youtuberach i o serialach Netfliksa. A skutek tego taki, że coraz więcej czasu i pomysłowości (też przecież w każdym tego słowa znaczeniu czasochłonnej) wymaga udowodnienie nastolatkowi, że czytanie Trenów albo Dziadów ma jakiś sens. A jak tenże nastolatek tego sensu nie zobaczy, to nie przeczyta (jednocześnie zdobywając wymaganą, drętwą i powierzchniową wiedzę o konkretnej książce, o co na rozbuchanym rynku ściąg, bryków i opracowań naprawdę nie będzie mu trudno). A jak przeczyta - z ulgą zapomni. I na nic się zdadzą z taką satysfakcją powtarzane przez Marcina Smolika, dyrektora CKE, argumenty, że wreszcie nie będzie można napisać matury w oparciu o literackie barachło (czy też o to, co pan dyrektor za barachło raczy akurat uważać). No dobra, nie da się - i znów to samo depresyjne pytanie: co z tego? Czy jeśli uczeń z musu odwoła się na maturze w funkcji argumentacyjnej nie do tekstu Zdechłego Osy, tylko do jakiegoś na pamięć wyuczonego banału związanego z Lalką - czy będzie to dowodem na to, że on powieść Prusa przeczytał, zrozumiał, przemyślał, jakoś tam przeżył i (buahahaha!) polubił? Odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek jej udzielę: nie.

I jeszcze jedna sprawa: ci, którzy tak chętnie snują kombatanckie wspominki o czasach niegdysiejszego przymusu taśmowego czytania, chętnie też obśmiewają kanon lektur obowiązujący na egzaminie maturalnym po roku 2015 - że taki szczątkowy, że zakładający konieczność poznania tylko kilku tekstów ujętych w podstawie programowej jako obowiązkowe. Z jednej strony jest to po części prawdą: od ucznia na egzaminie maturalnym w ostatnich latach wymagana była znajomość całości zaledwie paru książek. Z drugiej jednakowoż - ta sama podstawa programowa sugerowała wcale pokaźną ilość innych tekstów, które nauczyciel mógł wybierać do omówienia kierując się wieloma czynnikami: preferencjami uczniów, możliwościami uczonego zespołu klasowego, realną ilością godzin przedmiotu, zawartością wybranego programu nauczania i podręcznika, wreszcie (w czym nic złego) własnymi sympatiami, fascynacjami i kompetencjami... Krótko mówiąc: dotychczasowy model kanonu (znikoma ilość lektur obowiązkowych i pokaźny zasób tekstów do indywidualnego wyboru) wyrastał z założenia, że nauczyciel jest człowiekiem wolnym, dawał temuż nauczycielowi możliwość wykazania się pomysłowością, tworzenia w zasadzie indywidualnego subkanonu - a z drugiej strony, nie zmuszał do postrzegania każdego ucznia jako bezwolnej bryły masy solnej, z której w akcie jakiegoś ponurego bladaczkizmu (chodzi mi o model uczenia preferowany przez Bladaczkę z Ferdydurke - wykluczający jakąkolwiek podmiotowość uczącego i uczonego, zamieniający ich wzajemną relację w terror formowania jedynej obowiązującej strategii odbiorczej, ufundowanej na absolutnym braku jakiejkolwiek krytycznej refleksji nad czytanym) trzeba urobić ściśle określony kształt, wypalany następnie w bezlitosnym ogniu egzaminu maturalnego. Cóż - to, że wielu nauczycieli z wolności tej korzystało źle albo nie korzystało wcale, to inna sprawa... Ale tego, co było do naprawienia, postanowiono nie naprawiać, tylko zniszczyć, zastępując wolność przymusem, a pomysłowość poddając pod srogi nadzór maksymalnie usztywnionej programowej reguły. Czyli zrobiono to, co w domenie edukacji jest prostą emanacją generalnej PiS-owskiej filozofii sprawowania władzy.

NASZE EGZAMINY MATURALNE BYŁY O WIELE TRUDNIEJSZE: TRZEBA BYŁO ZNAĆ WSZYSTKIE LEKTURY, PISAĆ DŁUGIE WYPRACOWANIA, A ZA KILKA BŁĘDÓW ORTOGRAFICZNYCH DOSTAWAŁO SIĘ NIEDOSTATECZNY

To bardzo często powracający zarzut - zarzut totalnie przestrzelony, oparty na pamięciowych przekłamaniach, na nostalgicznym samooszukiwaniu się, na jakiejś przedziwnej (choć zupełnie oczywistej z punktu widzenia kulturoznawstwa bądź psychologii społecznej) mitologii. Spróbuję się z nim rozprawić w punktach.

1. Zacząć wypada od rzeczy najoczywistszej, choć może okrutnej: egzaminy maturalne przed wielką reformą roku 2005 sprawdzane były w szkołach macierzystych, czasem przez nauczyciela konkretnego zdającego. To sprawiało - nie oszukujmy się - że kryteria oceniania były traktowane bardziej niż wybiórczo: żeby szkoła dobrze wypadła, żeby nie skrzywdzić ucznia, którego się uczyło, żeby nie wejść w sytuację konfliktową z koleżanką/kolegą z pracy, z którą/którym przez lata niejedną wódkę się wypiło i niejednym klubowym się w pokoju nauczycielskim (tak, były czasy, kiedy pokoje nauczycielskie były zadymione gorzej niż uczniowskie kible) wzajem częstowało. Do tego dołożyć wypada to, co wyrabiało się w salach egzaminacyjnych: nauczyciele już to bardzo starali się nie słyszeć chóru podpowiedzi (na egzaminie z historii - do dziś pamiętam - konsultowałem daty z kumplem siedzącym trzy ławki za mną), już to wręcz podpowiadali sami, proceder przemycania ściąg osiągał rozmiary w zasadzie gargantuiczne.

2. Nie, wcale nie trzeba było znać wszystkich lektur... Było nawet takie nauczycielsko-uczniowskie porzekadło: w czym Ludzie bezdomni podobni są do gumki w majtkach? Bo dadzą się naciągnąć na każdy temat. A te tematy - otwarte, bez konieczności odwoływania się do konkretnych książek, problemowo rozmyte; serio, ktoś w miarę ogarnięty bez problemu radził sobie z napisaniem w zasadzie czegokolwiek, jeśli tylko nie miał całkowitej czarnej dziury w miejscu, gdzie powinien mieć podstawową wiedzę z romantyzmu i pozytywizmu. Sam podjąłem się pisania czegoś, co brzmiało mniej więcej tak: jakie utwory z literatury powszechnej uważasz za szczególnie wybitne i dlaczego (albo jakoś podobnie). I z moim ówczesnym oczytaniem mogłem bez problemu temat ten zrealizować bez czegokolwiek z listy lektur licealnych - a jeśli odwoływałem się do Zbrodni i kary i do Mistrza i Małgorzaty, to wyłącznie dlatego, że obie te powieści autentycznie uwielbiałem. A co do tej legendarnej długości... Pisaliśmy, owszem, prace długie - ale czy długość faktycznie z automatu oznaczała lepszą jakość? Poza tym - nie przesadzajmy: moje wypracowanie (jeśli dobrze pamiętam) liczyło osiem stron, może dziesięć, a na pewno było jednym z najdłuższych w szkole. Podejrzewam, że większość zdających było takich, którzy pisali między cztery a sześć stron - czyli nie aż tak znowu wiele więcej niż dzisiejszy maturzysta (który - tadam! - na napisanie własnego tekstu ma wciąż skokowo mniej czasu niż ongiś bywało). A że dobrze było użyć w wypracowaniu jakiegoś cytatu? Oj, to wtedy - patrz punkt pierwszy: od czego stosowna kartka podłożona w bułeczce albo przekupiony woźny podrzucający co trzeba do odpowiedniej kabiny w toalecie?

3. Błędy ortograficzne... Zacznijmy od rzeczy najważniejszej: zasada, że kilka pierwszorzędnych naruszeń normy ortograficznej prowadzi z automatu do ocenienia dowolnej długości wypracowania (nawet bardzo rzetelnego) na niedostateczny, była jednym z największych kretynizmów tamtej mitycznej "starej" matury, totalną aberracją wyrastającą z jakiejś niemożliwie zwichniętej edukacyjnej ideologii. To, że się jej pozbyto - jest bezwzględnie pozytywnym postępem i nikt mnie za żadne skarby nie przekona, że nie. Ale - znów, patrz punkt pierwszy: stawiam diamenty przeciwko orzechom, że nauczyciele poprawiający bardzo, ale to bardzo starali się tych słynnych błędów nie widzieć. No bez jaj, nie wierzę w cuda (to znaczy - generalnie wierzę, ale akurat nie tutaj): jeden serdeczny mój przyjaciel jeszcze w ostatnich pisanych przed końcem czwartej klasy wypracowaniach był zdolny napisać, pardon my French, "menszczyzna", a maturę zdał na bardzo dobry. I co, nagle jakoś spłynęło na niego światło ortograficznego geniuszu? Naprawdę, wierzy ktoś w to? Sorry - ja nie.

4. Reasumując: czy te egzaminy rzeczywiście były tak trudne? Dałoby się to sprawdzić w dość prosty sposób - porównując ich zdawalność z tą z ostatnich kilkunastu lat. Nie będę teraz robił takiego dość żmudnego reaserchu, ale mam wcale mocne przeświadczenie, że odsetek oblanych matur z polskiego po roku 2005 wzrósł skokowo. Oczywiście - można to podpiąć pod sympatyczne dla wielu myślenie, że oto dzisiejsza młodzież tak głupia jest, ale z poglądami tak krzywdzącymi i tak fałszywymi jakoś nie bardzo chce mi się dyskutować. Gdybym chciał być okrutny, powiedziałbym, że z tych samych powodów, z których nie wdaję się w dyskusję z antyszczepami, płaskoziemcami i onucami; ale ponieważ okrutny nie jestem, więc przyjmijmy, że po prostu nie chcę niektórych pozbawiać ich nostalgicznych złudzeń...

Aha - i jeszcze jedno ważne zastrzeżenie: absolutnie nie twierdzę, że niegdysiejsze kryteria oceniania były zupełną fikcją, a nauczyciele co do jednego uczestniczyli w jakimś skandalicznym oszustwie. Nie: oszukiwali (bądź oszukiwać próbowali) przede wszystkim uczniowie i ich rodzice, a nauczyciele czasem po prostu, by tak rzec, przesadzali w życzliwości. Przede wszystkim jednak robili to samo, co robią dzisiaj ich następcy: starali się, by absurdy systemu niepotrzebnie nie krzywdziły zdającego. I dlatego chwała im za każdy niezauważony błąd ortograficzny w dobrej pracy, za każdą podciągniętą ocenę ponadprzeciętnego ucznia, który akurat tego jednego majowego dnia był w słabszej formie...

MATURA Z POLSKIEGO JEST W OGÓLE NIEPOTRZEBNA, DZIŚ LICZY SIĘ WYŁĄCZNIE MATEMATYKA, FIZYKA, INFORMATYKA I BIOLOGIA Z CHEMIĄ, A POZA TYM W WIELKIM BIZNESIE I TAK UŻYWA SIĘ WYŁĄCZNIE ANGIELSKIEGO

Cóż... tu w zasadzie można by rozkręcić osobny temat na sążnistą rozprawę, zaczynając od tego, jak niepowetowane szkody niesie ze sobą przymuszanie coraz młodszych uczniów do kształcenia coraz bardziej specjalistycznego (prowadzące w efekcie do hodowania skrajnie nieelastycznych, intelektualnie przeraźliwie okaleczonych, beznadziejnie biernych niewolników tzw. rynku pracy), a kończąc na tym, że w rozwiniętych społeczeństwach świata zachodniego od dawna już cenieni są właśnie zwłaszcza absolwenci humanistycznych kierunków studiów (bo łatwiej się uczą do nowych zadań, posiadają wyższą zdolność twórczej improwizacji i myślenia niestandardowego, lepiej zarządzają zespołami ludzkimi i rozwiązują sytuacje konfliktowe, posiadają ponadprzeciętnie rozwinięty system posługiwania się kompetencjami miękkimi i generalnie potrafią cokolwiek więcej niż tylko realizowanie wąskich zadań narzucanych przez zarządy korporacji). Ale nie czas i nie miejsce na takie dywagacje. Powiem więc krótko: tak, matura z języka polskiego w wariancie proponowanym na najbliższy maj przez CKE, jest faktycznie doskonale niepotrzebna. Ja jednak głęboko wierzę w taką edukację polonistyczną (której to edukacji egzamin maturalny powinien być logicznym zamknięciem), która uczy krytycznego myślenia i zdrowej nieufności w stosunku do otaczającego nas znakowego jazgotu (a tego krytycyzmu i tej nieufności nabywa się poprzez poznawczo otwarte, refleksyjne i niespieszne obcowanie z trudnymi i bardzo trudnymi tekstami literackimi), która wyzwala umiejętność formułowania fundamentalnych pytań dotyczących naszej kondycji - zarówno w jej wymiarze jednostkowym, etycznym i epistemologicznym, jak i społeczno-politycznym, wreszcie: metafizycznym. Nie będąc w najmniejszym stopniu idealistą, chyba jakoś tam głęboko wierzę w słynne zdanie Sokratesa - że życie bezmyślne nie jest warte życia. I dlatego chciałbym takiej matury z polskiego, która sprawdza nie to, co maturzysta WIE, ale to, co ROZUMIE.

Ale o tym, czemu najbliższa matura będzie czyniła gwałt rozumieniu w imię źle pojętej wiedzy - napiszę już następnym razem...

***

Coś się zadziało. Pojawiła się grupa kapitalnych polonistek i polonistów, które/którzy postanowiły/postanowili nadać temu narastającemu wzburzeniu środowiska nauczycielskiego cokolwiek bardziej konkretne ramy. Jednym z efektów ich działań - najbardziej widocznym, ale bynajmniej nie jedynym - jest ta oto petycja, do której podpisywania gorąco zachęcam wszystkich, którzy jakimś cudem i dzięki niezmierzonej swej cierpliwości dobrnęli aż do tego miejsca mojego przydługiego marudzenia. A Siostrom Polonistkom i Braciom Polonistom walczącym "o ludzki wymiar nowej matury z języka polskiego" dedykuję ten oto pasek z jednego z tomów Fistaszków zebranych Charlesa M. Schulza (niestety, nie jestem już w stanie podać bardziej konkretnej bibliograficznej lokalizacji). Jeśli ktoś chce - może sobie podstawić za bohaterów tej historyjki Aleksandrę Korczak, Marcina Dzierżawskiego, Pawła Lęckiego, Darka Martynowicza i Wojtka Rzehaka - ale przymusu nie ma... Lepiej by było, żebyśmy my sami uwierzyli w to, że nawet pewien dyrektor może czasem zblednąć.


 

środa, 7 grudnia 2022

Belfer gore (1). Autoprezentacja

Zakładam, że to, co piszę na tym tu blogu, trafia do ludzi mniej więcej kulturowo kumatych (o ile oczywiście trafia do kogokolwiek, co wcale nie jest takie znowu pewne), w związku z czym nie muszę tłumaczyć niezrównanie zabawnego żarciku z tytułu - ani tego, kto to jest "belfer", ani tego, czym jest nurt w kinie grozy nazywany "gore", wreszcie tego, że jak się połączy oba te wyrazy, to wychodzi coś, co brzmi podobnie do "Belfegora". To, że Belfegor to demon, też pewnie wszyscy wiedzą (mniej powszechna jest może wiedza, że ta kanalia zdaniem jednych odpowiada za odkrycia i pomysłowość, zdaniem innych z kolei - wiedzie na grzeszne manowce lenistwa; dzielę się tutaj tak od razu skrawkiem swej raczej przeciętnej demonologicznej erudycji, bo sporo będzie w tym moim właśnie rozpoczętym pisaniu i o przestrzelonych pomysłach, i o pokusie pogrążenia się w dobijającym lenistwie).

No dobra, to do rzeczy.

Tak, to ja jestem belfrem - którego to i owo w wykonywanym zawodzie doprowadza do stanu, w którym postrzegam siebie jako aktora przymuszonego do odgrywania roli w jakimś zwyrodniałym horrorze. A to z kolei zamienia moją zawodową kondycję w coś przeraźliwie upiornego. Więc owszem, chciałbym się w kilku odcinkach wyżalić, szpetnie ponarzekać, poutyskiwać, polamentować. W sumie - nic dziwnego, nie? Wiadomo, że w konkurencji biadolenia nikt na świecie nie podskoczy polskiemu nauczycielowi. Nie będzie to jednak takie sobie narzekanie: chciałbym poznęcać się nad czymś nad wyraz konkretnym.

Na początek jednak - jak to się mawia: kilka słów o sobie. Takie tam małe, bidne curriculum vitae.

Uczę języka polskiego - i robię to równo od dwudziestu lat, wciąż w tej samej placówce, czyli w krakowskim Liceum Ogólnokształcącym Zakonu Pijarów. Tu od razu - na prawach niejakiej dygresji - coś w rodzaju laudacji: trudno mi sobie wyobrazić lepsze miejsce pracy. Oczywiście - niektórzy, jak tylko zobaczą w nazwie szkoły słowo "zakon", od razu widzą coś pomiędzy oazą, klasztorem o surowej regule a pralnią mózgów dla wyznaniowych terrorystów. Otóż, miłe moje i mili moi - nic z tych rzeczy. Liceum Pijarów w Krakowie jest szkołą otwierającą głowy, pełną absurdalnie wręcz zaangażowanych w pomoc uczennicom i uczniom nauczycieli, miejscem budującym partnerską, partycypacyjną i emancypacyjną wspólnotę uczących się i uczonych. Dawno już daliśmy sobie spokój z żywym jeszcze tu i ówdzie mitem własnej, fałszywie pojmowanej elitarności, stawiając na to, by przychodzący do nas młodzi ludzie po prostu czuli, że nie są zostawieni sami sobie. A to, że katolickość (bardzo liberalna) mojej szkoły zgadza się z moimi metafizycznymi intuicjami i zasadza się na szalenie w sumie uniwersalnej etyce, z którą posiadam całkiem spory zbiór wspólny pewnych fundamentalnych przekonań - jest już tutaj sprawą doprawdy drugorzędną, do której nic nikomu.

Dobra, koniec laudacji. Wracam do sedna sprawy.

Jak wspomniałem - uczę już dwudziesty rok. Dlaczego w ogóle uczyć zacząłem? W sumie - chyba trochę przypadkiem... Skończyłem polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim na specjalizacji nauczycielskiej - wyłącznie dlatego, że jedynie polonistykę byłem w stanie i miałem ochotę studiować, a do wyboru miałem podówczas jeszcze tylko specjalizację teatrologiczną, czyli coś kompletnie już egzotycznego. Oczywiście - plany miałem zrazu inne, przyszłość swą widziałem wielką, miałem życzenie być genialnym poetą, wziętym krytykiem literackim, autorytatywnym pracownikiem naukowym. Ale już na ostatnich latach studiów, w czasie praktyk w podstawówce i w szkole średniej, odkryłem z niejakim zaskoczeniem, że uczenie jest fajne i że w sumie chyba wychodzi mi nienajgorzej - w tym sensie, że jestem w stanie zerknąć zza obwałowania konspektu ku czemuś poznawczo niestandardowemu i że owe zerknięcia napotykają na żywiołowy i pozytywny odbiór mierzony nieściemnianym zainteresowaniem uczniów. Kiedy zatem rok po magisterium pojawiła się okazja zatrudnienia na pół etatu w Liceum Pijarów, bez oporów, a nawet entuzjastycznie zgoła z niej skorzystałem - i jakoś tak zostało... Potem był jeszcze doktorat, parę lat grantu w dość prestiżowym projekcie badawczym, kompletnie nieudana próba aplikowania na asystenturę na uniwersytecie, dwa lata łatania budżetu zajęciami ze studentami zaocznymi, praca redaktorska w Biurze Literackim, dwie książki o literaturze (trzecia jest obecnie w drodze), sporo krytyki literackiej (i w ogóle różnych angaży w tzw. życie literackie) - ale za każdym z tych zakrętów coraz mocniej uświadamiałem sobie, że moje miejsce jest chyba tu, w szkole.

Czy jestem w związku z tym - trywialnie rzecz ujmując - dobrym nauczycielem? Szczerze - nie wiem... Z jednej strony - wyprawiłem na egzamin maturalny przemysłową ilość absolwentów, z których miażdżąca większość z egzaminem tym sobie z sukcesem poradziła, dochowałem się własnych finalistów i laureatów olimpiady polonistycznej, zrealizowałem kilka pomysłów, z których jestem autentycznie dumny. Z drugiej - większość moich lekcji przyprawiłaby o zawał profesjonalnych metodyków, bywam piekielnie nudny i niezrozumiały, złośliwy, choleryczny i narcystyczny (a czasem po prostu - śmiertelnie zmęczony i tym samym kompletnie nieużyty), w moim systemie oceniania panuje apokaliptyczny chaos; owszem, mam swoich zatwardziałych i nieuleczalnych niemal-psychofanów (nie przesadzam, są tacy i takie!), ale z pewnością wielu moich byłych uczniów wspomina mnie z niegasnącą niechęcią. Takie życie.

Jakkolwiek by nie było - kilka pryncypiów w mojej pracy zawodowej nie tylko się nie zmieniło, ale wręcz przeciwnie: z czasem wykrystalizowało się w kształt dogmatów. Po pierwsze - nigdy nikogo z moich uczennic i uczniów nie zmuszałem do wyrażania kłamliwej aprobaty dla jakiejkolwiek literatury (mówiąc Gombrowiczem: nie uczyłem tego, że w czymkolwiek napisanym na pewno mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt w nas wzbudza). Po drugie - zawsze przedkładałem żywioł hermeneutycznego z ducha rozumienia (zaświadczany meandryczną dyskusją opartą na intuicjach i interpretacyjnej inwencyjności) nad najdoskonalszą nawet, encyklopedyczną wiedzę; starałem się, by nawet z błędnych uczniowskich sądów wydobywać coś, co przysłuży się lepszemu wglądowi w akurat analizowane zjawisko czy dzieło. I podobnież (to po trzecie) dokładałem najszczerszych starań, by nawet najgorszą lekturową ramotę włączyć w doświadczeniową przestrzeń polskiego nastolatka, pokazać, że być może jakoś tam łączy się ona z jego (nastolatka) książkami, filmami, komiksami, tekstami piosenek. Po czwarte - kiedy tylko się dało, konfrontowałem swoich uczniów z tym, co wykracza nie tylko poza smętny światek podstawy programowej, ale też co sięga za granicę literatury. Po piąte - na ile tylko się dało, unikałem torturowania młodego człowieka bezustannym sprawdzaniem, diagnozowaniem, ocenianiem. I po szóste wreszcie - za najwyższy możliwy poziom polonistycznego wtajemniczenia możliwy do osiągnięcia w szkole ponadpodstawowej uznawałem (uznaję i uznawać będę) umiejętność niebanalnego i twórczego, zarówno jeśli chodzi o formę językową, jak i zamysł interpretacyjny, skomentowania na piśmie innego tekstu literackiego.

I tak jakoś sobie trwałem na straży tych swoich pryncypiów. A tymczasem latka leciały, przybywało mi certyfikatów egzaminatorskich, gdzieś tam chyłkiem dobrnąłem z ulgą do kresu żenującego procederu zwanego awansem zawodowym - i z upływem tego czasu zmieniała się też polska szkoła. 

Dynamika tych zmian rozwijała się w dwóch kierunkach. Pierwszy to wymuszone przez wprowadzenie procedury zewnętrznych egzaminów maturalnych (będących jednocześnie przepustką na studia) dążenie do zestandaryzowania i zobiektywizowania oceniania tychże egzaminów. Różnie z tym w praktyce bywało - po 2005 roku, przez pierwszych dziesięć lat, rzeczywiście nie brakowało absurdów i nadużyć (modele oceniania, zwane potocznie kluczami odpowiedzi, faktycznie doprowadzały czasem do sytuacji wypaczania pomysłowości i oryginalności zdających), ale począwszy od roku 2015 wypracowano coś, co nie było do końca pozbawione zdrowego rozsądku. Generalnie udawało mi się z tym jakoś żyć - ucząc młodzież radzenia sobie z kluczem, nigdy nie osiągnąłem poziomu upodlenia, którym byłoby uczenie pod klucz. Na lekcjach nadal oglądaliśmy Rękopis znaleziony w Saragossie, słuchaliśmy (w kontekście lekcji o literaturze lagrowej) Different Trains Steve'a Reicha, czytaliśmy lirykę prowansalską i Franka O'Harę, Joannę Mueller i Roberta Rybickiego, na zadanie domowe dalej była interpretacja Opowieści zimowej Tomasza Budzyńskiego - krótko mówiąc: robiliśmy mnóstwo kapitalnych rzeczy doskonale nieprzydatnych do matury, a do egzaminu i tak dało się jakoś całkiem sensownie i bez wzajemnego się dożynania przygotować.

Dynamika druga - nasilająca się wyraźnie od momentu przejęcia w Polsce władzy przez Prawo i Sprawiedliwość - to presja na zideologizowanie nauczania literatury i języka. Presja w sumie dość dziwna, bo niby to oczywista, ale w gruncie rzeczy nie znajdująca konkretnego odpowiednika ani w podstawie programowej (która jest oczywiście do wyrzucenia, ale z powodów zupełnie innych niż ideologiczne), ani w na podstawie tej opartych programach nauczania; najprościej mówiąc, rządzący nie pokusili się o zrobienie z edukacją polonistyczną czegoś tak bezczelnego i wulgarnego jak z kształceniem historycznym, które oflankowano propagandowym koszmarem znanym jako HiT (niektórzy mówią, że to skrót od "historia i teraźniejszość", ale jakoś im nie wierzę, skoro w tym czymś nie ma zbyt wiele ani o profesjonalnie rozumianej historii, ani o teraźniejszości znajdującej potwierdzenie w dość elementarnej empirii). Z tym też jakoś nauczyłem się żyć - a nawet więcej: dało mi to coś w rodzaju poczucia dywersyjnej misji. Niby robiłem to samo, co zawsze: mówiłem, że arcydzielność Nie-Boskiej komedii jest przeżarta prymitywnym antysemityzmem i klasizmem; wskazywałem, że najlepszych narzędzi do zrozumienia obrazu społeczeństwa w Lalce dostarcza socjologia marksistowska; do analizowania poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej używałem kategorii interpretacyjnych wypracowanych przez gender studies; sugerowałem, że owszem, na rabację galicyjską można patrzeć jak Wyspiański, czyli jako na zdradę narodową, ale że można też postrzegać ją jako powstanie ludowe; ukazywałem związki między dwudziestowiecznymi ludobójstwami a rasizmem i imperialistycznym kolonializmem piętnowanym w Jądrze ciemności... ale po raz pierwszy miałem przeświadczenie, że to nie tylko powinno być powiedziane (ze względu na dość prostą intelektualną uczciwość), ale że powiedziane być musi, że jeśli ja tego młodzieży nie powiem, to zaraz znajdzie się ktoś, kto będzie im wpierał, że wszystkie te marksizmy, antysemityzmy, rasizmy i inne dżendery to jeno lewacki spisek uknuty przez antypolskie kręgi elit z Berlina i Brukseli.

No i pewnie dalej byśmy tak sobie trwali w czymś w rodzaju niechętnego przymusu współistnienia (z jednej strony - ja, owładnięty dziaderską manią uczenia po prostu o literaturze i języku, czyli najzwyklejszego na świecie czytania i pisania, tylko takiego ciut bardziej skomplikowanego; z drugiej - możliwe do przełknięcia bez popitki wymagania egzaminacyjne i świetnie nadające się do obśmiania z dzieciakami ideologiczne nabzdyczenia), grzecznie starając się wzajem nie wchodzić sobie w szkodę. Niestety, znaleźli się tacy, którzy umyślili sobie dokonać systematycznej dewastacji polskiej szkoły. A co najgorsze - zachwyceni własną sprawczością (podarowaną im w drodze praktycznego zmonopolizowania wszystkich poziomów i rodzajów władzy w Polsce), postanowili wprowadzić swoje obłąkane pomysły w życie.

Zaczęto - co wszyscy wiedzą - od kompletnego rozpieprzenia struktury edukacyjnej. Nieważne, że gimnazja wreszcie zaczęły przynosić (po kilku rzeczywiście trudnych pierwszych latach) konkretne efekty, poświadczone zdumiewającymi sukcesami polskich uczniów w międzynarodowych badaniach wiedzy i umiejętności; nikogo nie obchodziło, że dzięki gimnazjom właśnie zaczęto w końcu likwidować w Polsce dysproporcje w dostępie do wykształcenia między dużymi ośrodkami miejskimi a zapadłą prowincją; szlag trafił ciężkie pieniądze władowane w infrastrukturę nowych budynków - i to oczywiście też nikogo z decydentów nie ruszyło; o lekceważeniu alarmistycznych głosów, że za szybko, że na kolanie, że w środku cyklu kształcenia, że skumuluje się ilość uczniów i treści w programach, szkoda nawet wspominać. Reforma tak naprawdę dedykowana była najbardziej zachowawczej części PiS-owskiego elektoratu, sierotom po zmityzowanych czasach małej PRL-owskiej stabilizacji, niosącej miałkie i często iluzoryczne, ale jednak poczucie bezpieczeństwa płynącego z otępiającej przewidywalności - i suwerena trzeba było zadowolić, nawet kosztem dobra nauczycieli, rodziców i przede wszystkim uczniów. Miało być tak, jak drzewiej bywało - i szlus, kończymy dyskusję.

A jak już zmajstrowano to całe czteroletnie liceum, to trzeba było jakoś wypełnić ten wydłużony o rok czas edukacji polonistycznej jakąś poznawczą treścią. Ktoś tam u góry odkrył, że młodzież jakoby mało czyta (piszę "jakoby", bo jeśli ktoś w tym na potęgę analfebetyzującym się kraju jeszcze w ogóle cokolwiek czyta, to raczej młodzi właśnie, ale to inny temat), ktoś inny uderzył w ton patetyczny, że oto sypie nam się narodowa wspólnota oparta na gromadnym uwielbieniu kanonu (w którym to kanonie - wiadomo, było już tu o tym - mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt w nas wzbudza; to, że takiej wspólnoty nigdy w Polsce na poważnie nie było, jest rzeczą tak trywialną, że nie ma co strzępić na ten temat ozora i klawiatury). A co się robi, żeby tą beznadziejną, nieczytającą, netfliksowo-tinderową młodzież zachęcić do czytania, uwspólnotowić, okazać jej siódme niebo nieśmiertelnego piękna, które zachwyt itd.? Oj, no przecież nic prostszego: wystarczy sponiewierać ją rozbudowaną listą lektur, najczęściej anachronicznych, a do tego dobranych chyba przez jakiegoś średnio ogarniętego bota, bez ładu i składu, bez jakiegokolwiek czytelnego klucza, bez cienia zamysłu całości, bez śladu hierarchizowania wedle jednego choćby możliwego do odtworzenia kryterium. A do tego jeszcze - jak się miało niebawem okazać - ten cały dziwny kanon nieśmiertelnego piękna (etc.) wciśnięto w gorset podstawy programowej tak przeładowanej (tu jedna ważna uwaga: wbrew obiegowej opinii, to nie sam ten żałosny spis lektur jest za długi; za długie jest to, o czym tu teraz piszę, czyli zestaw treści nauczania z tym spisem powiązanej), że w zasadzie wykluczającej możliwość zogranizowania uczniom jakiegokolwiek krytycznego namysłu nad tym, co się akurat czyta.

A przecież najgorsze i tak miało dopiero nadejść. 

Tym najgorszym okazał się pomysł na to, jak wprawić w ruch boże młyny egzaminu maturalnego, by sprawdziły one rzetelnie, że młodzież naprawdę opanowała podstawę programową. A ponieważ podstawa programowa jest - o czym wspomniałem - anachroniczna, sprowadzona do konieczności wyuczenia się sztuki reprodukowania historycznoliterackich klisz, przeładowana zbędnymi treściami, oparta na lekturach dobranych bez ładu i składu (naprawdę, rygorystyczny porządek historii literatury wcale nie jest - wbrew temu, co można by sądzić - wystarczającym gwarantem logiki i sensu, choć całkiem nieźle to udaje), więc forma egzaminu maturalnego (w połączeniu z jej integralną częścią, czyli zasadami oceniania) musiała być stosownie beznadziejna.

I jeśli coś się politrukom z Ministerstwa Edukacji i Nauki oraz z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej naprawdę udało, to właśnie to. Serio, przygotowano coś tak niestrawialnego, że aż się żółć w bebechach ścina.

A ja po raz pierwszy od dwudziestu lat stanąłem twarzą w twarz z niebezpieczeństwem, że zamiast uczyć o literaturze i języku, będę musiał zmienić swoje lekcje w jakiś śmiertelnie nudny kurs przygotowawczy do zdawania kretyńskiego egzaminu z powielania bezkrytycznie, taśmowo wchłanianych banałów.

I zmieniłem się w Belfegora.

Broniąc się przed byciem pożartym przez tę demoniczną kondycję, postanowiłem przeto napisać konkretnie o paru rzeczach. Po pierwsze - dlaczego funkcjonariusze CKE powinni oblać egzamin z teorii literatury (oczywiście jeśli mieliby pecha i egzaminator zapytałby ich o Wilhelma Diltheya i przełom antypozytywistyczny w badaniach literackich). Po drugie - dlaczego egzamin maturalny, tak na pozór na klęczkach podchodzący do literatury (zawsze powtarzam uczniom, że pozycja klęcząca jest przy czytaniu najbardziej niewygodna), w istocie uśmierca coś, co jest solą pisania, czyli poezję. Po trzecie - dlaczego to i owo w materiałach dla maturzystów jest upstrzone błędami rzeczowymi, za które zwykłem (czego szczerze nienawidzę) stawiać oceny niedostateczne. I może o czymś jeszcze napiszę, ale o tych trzech sprawach na pewno. Ale to już w kolejnych odcinkach.

***

Tymczasem spotkała mnie dość dziwna przygoda.

Jakiś czas temu napisałem u siebie na Facebooku krótki kawałek, który był prostym wywaleniem negatywnych emocji związanych z tym, o czym tu piszę. I ten post - czego ani nie planowałem, ani chyba do końca nie chciałem - zaczął żyć swoim życiem, odleciał z mojej bańki w jakiś najodleglejszy kosmos, zaczął być szerowany, cytowany, komentowany, dyskutowany, trafił do jakichś dziwnych mediów, a ja zacząłem być intensywnie nagabywany o wypowiedzi. Kilka z nich tutaj podrzucam:

Po pierwsze - "Gazeta Wyborcza". Nie wiem, czy każdy ma dostęp do tego artykułu Olgi Szpunar, więc na wszelki wypadek zostawiam też zdjęcie z wersji papierowej:

Po drugie - moja wypowiedź dla radia Tok FM. To niestety też tylko w płatnym dostępie, ale prowadząca rozmowę Anna Gmiterek-Zabłocka obiecała, że będzie też wersja tekstowa. Oczywiście będę się dzielił.

I po trzecie - krótki artykuł dla "Tygodnika Powszechnego", przed którego napisaniem autor, Jacek Taran, też był uprzejmy do mnie zadzwonić.

               

niedziela, 19 grudnia 2021

Zapiski z martwego domu (1). Jak złodziej

Umiłowane Siostry i umiłowani Bracia w Chrystusie!

Do Was piszę - wierzących, że przynależycie do Kościoła Katolickiego, choć coś mi się widzi, że trochę zapomnieliście, co znaczy "katolicki". To może przypomnę od razu: greckie słowo katholikos na samym początku oznaczało "powszechny" - czyli taki, który obejmuje cały świat, wszystkich ludzi, taki, w którym (jak pisał Apostoł) nie ma już Greka ni Żyda, niewolnika i jego pana. A Wy byście chcieli, żeby on był taki może mniej powszechny, żeby może bardziej narodowy. Dla wszystkich - ale jednak dla nas bardziej niż dla innych.

Nic z tego, niestety.

Wiecie, nie jestem teologiem ani biblistą, choć Pismo znam - tak sądzę - niezgorzej. A Ewangelie to nawet przeczytałem kilka razy i chyba dokładnie. I mam nadzieję, że w czasie tej lektury Duch nade mną czuwał i użyczał mi swego światła. I coś mi się mocno nie zgadza. 

No bo jak się Was, Siostry i Bracia, czyta, to wychodzi mi coś takiego, że Nauczyciel bronił tradycyjnych wartości, głosił pochwałę rodziny, był zagorzałym patriotą, jako święte traktował to, co ma się na prywatną własność. Naprawdę - może grzeszę złą wolą i może nie czytam Was tak dokładnie, jak byście chcieli, ale tak właśnie mi się jawicie, tak jakoś widzę Wasze chrześcijaństwo. Ma być tak, jak drzewiej bywało - bo Jezus. Rodzina jest święta i nierozerwalna - bo Jezus. Polskę trzeba kochać, honorowym trzeba być i w razie potrzeby ofiarę z życia w wojennej potrzebie złożyć - bo Jezus. Co moje, to moje i kraść tego nie wolno - bo Jezus.

E, gdzie tam.

Z rodziną to faktycznie, tu się możemy zgodzić - powiada Nauczyciel, że rozwodnik i rozwódka w ponownych związkach cudzołożą. A nawet - że jak się pożądliwie gapisz na żonę bliźniego swego, to już jest tak, jakbyś w myśli swojej dopuszczał się z nią cudzołóstwa. Tylko, wiecie - w tamtych czasach i w tamtej kulturze takie gadki to wcale nie była obrona tego, co etykietujecie jako tradycyjny model rodziny; bo wtedy to akurat tradycja była zupełnie inna i Jezus średnio miło trwanie przy tej tradycji nazywa, mówiąc, że to prawo wynikające z "zatwardziałości serc waszych". A ta jego wizja rodziny to naprawdę był trochę protofeminizm - bo wedle prawa "zatwardziałego serca" facet mógł się puszczać, a kobieta oddalona jako cudzołożna mogła skończyć marnie. Więc zakaz rozwodów niejedną nieszczęśnicę mógł ocalić przed kamienowaniem - że już o (nie obraźcie się, Siostry i Bracia, za słowo, od którego dostajecie czasem wysypki) równościowym potencjale takiego rozumienia świętości rodziny nie wspomnę.

Ale z całą resztą to naprawdę marnie to, Siostry i Bracia, wygląda.

No bo jakieś takie dziwnie nie pasujące do Waszego rozumienia chrześcijaństwa rzeczy mówił Nauczyciel. I w ogóle zachowywał się skandalicznie, nie jestem pewien, czy jakoś bardzo by Wam dziś do gustu przypadło to jego cudakowanie. Czas był napięty, Rzym trzymał Jerozolimę za twarz, proroków czytało się jak jakieś rewolucyjne broszury - i czekało się na tego Pomazańca, co to zstąpi w potędze i chwale, pogańskich najeźdźców i żydowskich zdrajców spopieli ogniem niebieskim i sprawi, że Góra Świątyni wystrzeli ponad pagórki i że popłyną do niej mnogie narody, by dać się olśnić blaskiem przywróconego, przemożnego królestwa Izraela. Fajna perspektywa, nie ma co udawać, że nie - tyle tylko, że ten zabawny facet z Galilei pogan, jak już ogłosił się Mesjaszem (chyba bez szczególnego parcia na szkło, skoro co i rusz nakazywał swym uczniom, żeby zatrzymali tę rewelację dla siebie), to zachowywał się tak, jakby wziął sobie na ambit, żeby wszystko to, co obiecywali prorocy, poszło nie tak.

Włóczył się w tak szemranym towarzystwie, że aż wstyd - dziwki, łapownicy, kolaboranci, jakieś kaleki, jacyś żebracy. Przepisy dotyczące już to czystości rytualnej, już to świętości obyczaju (a dla prawowiernego Żyda było to kwintesencją tożsamości jednocześnie religijnej i narodowej) traktował, ot - tak sobie; i jeszcze miał czelność pouczać, że nic, co człowieka z zewnątrz otacza, nijak go nie kala, bo tylko z wnętrza pochodzi to, co złe i nieczyste. Otaczających go ludzi aż łapy świerzbiły, żeby spuścić łomot wrogom - a ten nawet w najbardziej krytycznym momencie rugał najbliższego sobie ucznia, że to nie czas, by wymachiwać zaostrzonym żelastwem. Kraść - owszem, nie pozwalał, nie dajmy się zwariować - ale już coś, co dziś nazwałoby się sprawiedliwą redystrybucją dóbr, zdecydowanie chodziło mu po głowie, powiedział wszak, że zasługuje robotnik na zapłatę swoją i że prędzej wielbłąd wykombinuje, jak przecisnąć się jedną z najwęższych jerozolimskich bram, niż bogaty osiągnie niebo (a jeśli historia z wdowim groszem to nie było całkiem niegłupie wprowadzenie do koncepcji wartości dodatkowej niejakiego Karola Marksa, to ja już chyba nie wiem, czym jest wartość dodatkowa). Handlarzy ze świątyni wyniósł na kopach - i w ogóle jakoś się z tą świątynią (i wszystkim, co ona sobą reprezentowała) nie za bardzo raczej lubił, skoro zapowiadał dzień, w którym prawdziwie wierzący będą mogli spotkać się z Bogiem gdziekolwiek bądź, byle podchodzili do sprawy w duchu i prawdzie. A jednemu z tych, którzy chcieli pójść za nim, ale dopiero po tym, jak pochowa swojego ojca, nakazał, by umarłym zostawił grzebanie umarłych: straszne, okrutne słowa - ale takie, które najdobitniej może pokazują, że Nauczyciel na obrońcę tradycji nadaje się, najoględniej rzecz ujmując, słabo.

Wy tymczasem, Siostry i Bracia, uparcie kreujecie sobie Jezusa-tradycjonalistę, Jezusa-konserwatystę, Jezusa-patriotę, Jezusa (wybaczcie żargon) reakcyjnego. I zawsze, ilekroć sobie tego Waszego Jezusa próbuję postawić przed oczy, słyszę Was przemawiających nostalgicznymi słowami uczniów uchodzących do Emaus: a myśmy się spodziewali... No właśnie: stworzyliście sobie Jezusa na swój obraz i podobieństwo swoje, spodziewaliście się kogoś, kto Wam powie to, co chcieliście usłyszeć, zaspokoi Wasze pragnienia.

I w ogóle - nie obraźcie się, Siostry i Bracia - Wasze chrześcijaństwo wydaje mi się takie bardziej od Barabasza.

Jakże to, zapytacie, co ma chrześcijaństwo wspólnego z Barabaszem? Wbrew pozorom - ma całkiem sporo.

Bycie chrześcijaninem oznacza wiarę w osobowe uobecnienie się starotestamentalnych obietnic mesjańskich - wszak greckie słowo "christos" i jego hebrajski synonim, "maszijah", oznacza kogoś namaszczonego na bycie królem. Owszem, nam, chrześcijanom, chodzi o bardzo konkretnego pomazańca - myśmy uwierzyli, że Tym-Który-Miał-Nadejść, był Joshua z Nazaretu, ale przecież Żydzi też wtedy, dwa tysiące lat temu, na niego czekali, spodziewali się go: miał zstąpić z mocą, stanąć na czele swego ludu, zwyciężyć Rzymian i rzucić wszystkie narody ziemi u stóp odnowionego tronu Dawida i Salomona. Czy Barabasz uważał się za pomazańca - nie wiemy, ale pewne sformułowania z Ewangelii pozwalają sądzić, że nie był pospolitym bandziorem, lecz politycznym buntownikiem, rebeliantem, ważną figurą w jakimś powstańczym tumulcie; że, krótko mówiąc, wychodził naprzeciw żydowskiemu oczekiwaniu na mesjańskiego wyzwoliciela. Nie dość na tym jednak - niektórzy wcale poważni bibliści sugerują, że żadnego Barabasza nie było, że przed Piłatem stał tylko Jezus, a ten drugi pojawił się jakoś tak w międzyczasie, jako pochodna kolejnych redakcji korpusu ewangelicznego! Idąc tym tropem, kardynał Joseph Ratzinger (tak, właśnie on, emerytowany papież!) stawia hipotezę, że Żydzi domagający się uwolnienia syna Abbasa po prostu dokonali wyboru między różnymi wizjami dopełnienia obietnic mesjańskich.

I opowiedzieli się po stronie takiego Mesjasza, który i Wam, Siostry i Bracia, chyba bardziej by odpowiadał: Mesjasza-wojownika, Mesjasza-patrioty, Mesjasza-powstańca, Mesjasza narodowego. Tamten drugi był dla nich - i dla Was może byłby - nazbyt nie z tego świata.

 

 

No dobra, przechodzę do rzeczy. Bo to powyżej to był taki wstęp.

Ważne miejsce w Waszym chrześcijaństwie, Siostry i Bracia (chrześcijaństwie na barabaszowe podobieństwo uczynionym) zajmuje oczekiwanie na czas próby. 

To jest w ogóle sprawa złożona i rozległa, niesłychanie istotny rys naszego zbiorowego temperamentu, sama kwintesencja polskiej duszy anielskiej w rubasznym czerepie więzionej - nie czas i miejsce tutaj na dogłębną analizę zjawiska. Krótko mówiąc: będąc peryferią kultury zachodniej (a jak się jest peryferią, to działa tu prawo kamienia rzuconego do wody - kręgi na tafli tym są słabsze, tym bardziej rozmyte i tym bardziej spóźnione, im dalej od centrum) i mając ukryty kompleks owej peryferyjności, przez wieki wykoncypowaliśmy sobie wielce krzepiącą mitologię, że naszym dziejowym posłannictwem jest już to obrona rubieży zachodniego świata, już to przechowywanie w formie jak najczystszej wartości, które ongiś świat ów ukonstytuowały, a dziś uległy dekadencji i nihilistycznej degeneracji. Stąd barokowe wizje antemurale christianitatis, stąd podkreślanie wyjątkowości w skali kontynentu Konstytucji 3 Maja, stąd kult bitwy warszawskiej jako czegoś, co powstrzymało bolszewizację Europy, stąd ciągłe podkreślanie, że gdyby nie Jan Paweł II i Solidarność, to nie runąłby mur berliński. I tak dalej, i tak dalej - długo by wymieniać te argumenty o nieodzowności Polski dla świata zachodniego. 

I to się oczywiście pięknie spaja z tym Waszym, Siostry i Bracia w Chrystusie, barabaszowym chrześcijaństwem. Lubicie nadawać tej rzekomo przyrodzonej nam konieczności dziejowego bycia rysy mesjańskie, zbawcze. Trzecią część Dziadów znacie, pozwolę sobie mniemać, tak bardziej mgliście i pobieżnie, ale wizję ks. Piotra Polski jako Chrystusa narodów wytatuowaliście sobie na zbiorowym narodowym serduszku naprawdę grubym rylcem. No i tak trwacie w tej swojej gotowości, szukacie okazji, spinacie się na każdy odgłos fantazmatycznej złotej surmy, pławicie się w makabrycznych sentymentach za czasami powstańczych rzezi, czekacie na moment, gdy będzie można instaurować boże królestwo na ziemi, tej ziemi.

I tak się do tej swojej wizji nadchodzącego czasu próby przywiązaliście, tak mocno się (na wzór tamtych dwóch z traktu do Emaus) spodziewaliście, że to będzie dokładnie to, o co Wam chodzi, tak się zafiksowaliście na swoich uwodzicielskich, krzepiących fantazjach - że coś chyba przegapiacie. A przecież Pan nasz ostrzegał, że dzień pański przyjdzie, gdy się tego najmniej będziecie spodziewać. Że dopadnie Was znienacka, jak złodziej.

A Wyście nie słuchali. Barabasz darł się głośniej, jego chcieliście mieć za mesjasza, widzieliście się się wśród bohaterów religijno-narodowego wzmożenia, które on Wam obiecywał.

Popatrzcie na wschód, Siostry i Bracia. Ex oriente lux, stamtąd, ze wschodu pojawia się światło. Tak oślepiające, że wolicie oczy zamknąć i udawać, że nic nie widzicie. Ciemność wybieracie.

To nie jest bardzo daleki wschód - to nasza polska granica, ta z Białorusią.

Tam są oni, ci, których Pan nasz nakazał przyodziać, nakarmić i napoić, pocieszyć i w dom przyjąć.

I nic nie było w nauczaniu Pana naszego o tym, żeby przed przyodzianiem sprawdzić metkę posiadanego przez przybysza ubrania, czy aby nie jest to jakiś ciuch podejrzanie markowy. Ani o tym, że jak się przybysz sam wpakował w miejsce, gdzie nie ma nic do jedzenia i picia, to niech się sam o siebie martwi. Że ich los nie jest naszym losem, więc nie ma co pocieszać. Że przyjęcie do domu się nie należy, bo za tym jednym przyjdzie dziesięciu innych i kto za to będzie płacił, a poza tym jak ktoś chce do tego naszego wspólnego polskiego i europejskiego domu, to niech się zapowie z wizytą w miejscu do tego przeznaczonym.

Nic z tych rzeczy, same rozkaźniki, które swoją katechizmową powagą potwierdza Magisterium Kościoła: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać. Proste słowa, tak - tak, nie - nie. Bo co ponad to, od złego pochodzi.

A co do tego ostatniego uczynku miłosierdzia względem ciała, tego o grzebaniu umarłych, to najbliżej nauk Panachrystusowych jest naszym braciom muzułmanom z mizaru w Bohonikach, oni zalecenie Isy spełnili co do joty i co do kreski.

Rozumiem wszystkie pytania, do jakich prowokuje konfrontacja takiego ewangelicznego rygoryzmu z Realpolitik, naprawdę rozumiem. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ruch ludzi przez granicę trzeba kontrolować. Boimy się, że wśród tych, którzy chcą dostać się do Polski i Europy, będą ludzie źli. Widzimy, że za tym wszystkim stoją interesy rosyjskiego cara i bojara zarządzającego jego białoruską gubernią - a ustępowanie im byłoby i niebezpieczne, i niegodziwe. Podejrzewamy, że wśród tysięcy nieszczęśników uwięzionych na zamarzających poleskich bagnach mogą być grupy wyszkolone przez carski i bojarski reżim do prowokowania i eskalowania przemocy. Ważymy ekonomiczne, społeczne i polityczne koszta napływu uchodźczych i imigranckich mas.

To są pytania, na które trzeba będzie sobie odpowiadać. Być może - bo wcale nie mam pewności, ile z nich jest naprawdę zasadnych, ale ile wynika z interesu propagandowego, obliczonego na doraźny wzrost sondażowego poparcia dla władzy. A ta władza z kłamstwa uczyniła swój znak firmowy - więc nie znajduję w sobie dających się logicznie obronić powodów, bym nagle miał zacząć jej wierzyć; a na każdy serwowany przez ośrodki władzy materiał przedstawiający (na przykład) szkolenie przez białoruskich funkcjonariuszy migrantów do ataku na polską granicę, dostaję film od aktywistów, ukazujący, że całe to szkolenie to po prostu przerażająco brutalny terror. I wierzę raczej bohaterskim aktywistom niż PiS-owskim politrukom. 

No ale załóżmy jednak, że te ważkie pytania nie są jednak tak całkiem niedorzeczne, że trzeba będzie je postawić. Jeśli nawet tak - to nie teraz. Bo teraz trzeba zapobiec temu, by tam nie umierali ludzie. Bo umarłym nie da się już postawić żadnych pytań. Bo umarli nie wybaczają, umarłych o wybaczenie nie da się prosić. S,. która jest w kontakcie z wieloma Kurdami (również tymi z granicy), napisała mi i moim przyjaciołom z pewnej zamkniętej grupy dyskusyjnej, że dostała pełną wściekłej goryczy wiadomość od kogoś, kto jest jeszcze u siebie, ale kto patrząc na los swoich uciekających na zachód ziomków napisał jej, że żałuje, że Hitler nie wymordował wszystkich Polaków. Ten ktoś, Kurd, potem się zmitygował i przeprosił, ale rozumiem jego obrzydliwie niesprawiedliwą gorycz. Rozumiem, że ludzie tygodniami przepychani pod ogrodzeniem z drutu żyletkowego na jedną bądź drugą stronę granicy, są doprowadzeni do ostateczności. Rozumiem, że po tak wielu nocach spędzonych w zimnie i wilgoci w prowizorycznym obozowisku łatwo jest rzucić kamieniem w policjanta albo ruszyć z łopatą na zaporę graniczną. Rozumiem, że nie rokujące szans na rychłe zwolnienie przetrzymywanie w przypominającym więzienie ośrodku (gdzie dzienna racja dla osadzonego ma zamknąć się w głodowej kwocie dziewięciu złotych) musi w końcu zrodzić bunt.

A zresztą - nie o geopolityce tu mówimy. Bo to w ogóle są dwa oddzielne porządki - geopolityka i miłosierdzie. No i w sumie to Jezus w geopolityce był słaby (może wyjąwszy ten kawałek o denarze, który - jako cesarski - winien wrócić do cezara), specjalizował się zdecydowanie w miłosierdziu.

Bo, rozumiecie, geopolityka jest stanowczo za bardzo z tego świata. I nieuchronnie ma w sobie coś cynicznego, coś makiawelicznego, darwinistycznego nawet. Waży argumenty, dzieli to, co najbardziej niepodzielne - czyli zło - na mniejsze i większe, na zimno kalkuluje niezbędne ofiary, uznaje konieczność poświęcenia ludzkiego życia, stara się przydać sobie siły, bo działa w obrębie logiki prawa silniejszego. Dobra, niech jej (geopolityce) będzie: świat mamy, jaki mamy - i lepszy może nie będzie, więc co z tego świata pochodzi, do niego przynależy. Ale nie udawajmy, że ma to cokolwiek wspólnego z chrześcijaństwem, bo nie ma.  

Siostry i Bracia, Pan Nasz - powtarzam - nie był reakcjonistą: kiedy rękę do pługa przykładał, wstecz się nie oglądał. Był radykałem - radykałem miłosierdzia.

I miłosierdzie jego - jak każda rzecz prawdziwie radykalna - nie z tego świata pochodzi; nie próbuje - w przeciwieństwie do geopolityki - światu temu dotrzymać kroku. Pewnie dlatego tak trudno mu, miłosierdziu, sprostać.

I to jest być może właśnie ta próba, której tak bardzo oczekiwaliście, że nawet nie zauważyliście, kiedy te Wasze oczekiwania zaczęły nabierać kształtu konkretnego wyobrażenia, jak próba owa będzie wyglądała - wyobrażenia wywiedzionego wprost z barabaszowej karykatury chrześcijaństwa.

Kto wie, może to właśnie jest znak czasu, zapowiedź nadejścia owego dnia, o którym nikt nie wie, nawet Syn, tylko Ojciec i ten, komu Ojciec zechce to wyjawić? Czyż nie powiedział Nauczyciel, że dzień ów przyjdzie wtedy, gdy się najmniej spodziewać będziecie? Że włamie się do naszych oczekiwań, wyobrażeń i pragnień jak złodziej?

Wyście się spodziewali, że surma anielska wezwie Was do świętej wojny w imię chrześcijańskiego imperium - a ona nakazuje nakarmić głodnych, napoić spragnionych i przyodziać nagich. Bez weryfikowania, czy owi głodni, spragnieni i nadzy pasują do naszej definicji głodu, pragnienia i nagości.

Wyście się spodziewali splendorów zstępującego z wyżyn Jeruzalem Niebieskiego i widzieliście się w roli budowniczych nieprzebytych, gwarantujących wiekuiste bezpieczeństwo murów owego Jeruzalem - tymczasem trzeba się wyrzec już nawet nie murów, ale umownej kreski oddzielającej na mapie Polskę i Białoruś. Bo za sprawą tej kreski przybysz staje się bezdomnym, a tutaj przybyszów trzeba w dom przyjąć.

Wyście się spodziewali chwały, zaszczytów i wybraństwa, a dostajecie wezwanie do chwalebnej pokory i zaszczytnej otwartości, wybrano Was do nie liczącego się z niczym, nie budującego hierarchii, nie sprawdzającego dokumentów, absurdalnego miłosierdzia.

Więc w sumie to nawet Wam się tak po ludzku nie dziwię, kiedy w Waszych barabaszowych pohukiwaniach słyszę echa słów wielkiego inkwizytora z ponurego "poematu" Iwana Fiodorowicza Karamazowa. Stajecie oto - tak jak on, niby groźny w swym starczym majestacie, a przecież ulepiony z samych lęków kardynał wielki inkwizytor - wobec powracającego Zbawiciela i pytacie: po coś przyszedł? czemu niszczysz nasze wyobrażenia o sobie samym? czemu chcesz nas wyzwolić z naszych geopolitycznych strachów? czemu psujesz nam plany bycia twoimi wybrańcami ukształtowanymi na obraz i podobieństwo naszych dumnych marzeń? czemu nie chcesz, byśmy byli rycerzami kolejnej krucjaty? Nie takiego ciebie się spodziewaliśmy. Nie chcemy cię. Wracaj, skąd przyszedłeś, do tego twojego królestwa nie z tej ziemi. My zostajemy i dalej będziemy czekać, aż wystawisz nas na taką próbę, której będzie nam się chciało sprostać.

A tymczasem próba właśnie się zaczęła, trwa i urąga Waszym, Siostry i Bracia, wyobrażeniom.

Trwa na granicy, gdzie objawia się, rozmnożony na rzesze głodnych, spragnionych, umierających z zimna braci swoich najmniejszych - Jezus. 

Tych, którzy tam czekają na Wasze chrześcijańskie miłosierdzie, lubicie postrzegać jak złodziei - swojej kultury, swojego bezpieczeństwa, swoich podatków. I to się wszystko zgadza: zapowiadał Zbawiciel, że dzień pański przyjdzie jak złodziej, czy nie zapowiadał? Zapowiadał. I przyszedł.

Kładzie przed nami wybór: albo on, złodziej, albo uzurpator Barabasz, który obiecuje Wam, że każdego potrzebującego będziecie mogli nazwać złodziejem i Wasze poczucie przynależności do Chrystusa nie tylko na tym nie ucierpi, ale nawet się wzmocni.

Wybierajcie, Siostry i Bracia. Wybierajcie.

[do tekstu został dołączony obraz Borysa Fiodorowicza Zona]     

środa, 23 października 2019

Naśladowanie Ginsberga

Autointerpretacje swoich wierszy mają w sobie coś już to rozpaczliwego, już to - nawet - żałosnego, więc tylko słowo komentarza; zwłaszcza że szczegółowe okoliczności powstania poniższego utworu są w nim samym opisane. Faktycznie - pisał się on przez (mniej więcej) dwadzieścia trzy godziny, 13 i 14 września 2019 roku między 10:00 a 9:00 dnia następnego, pisał może nie bez przerwy, ale z pewnością znacznie bardziej intensywnie niż zamierzałem. I tylko wtedy się pisał - nie zmieniłem w nim niemal nic, nie przeredagowywałem i nie poprawiałem (wyjąwszy ostateczne brzmienie tytułu, jedno - wymuszone technicznymi ograniczeniami tego bloga - łamanie wersu i jeden dodany w gramatycznie ewidentnym, a zrazu przegapionym miejscu przecinek). Zależało mi na powtórzeniu techniki zastosowanej przez Allena Ginsberga, głównego mego inspiratora, w poemacie Sutra Wibracji Wichity (ongiś przeze mnie spolszczonym) - chciałem, by kompozycję dyktował rytm myśli podsuwanych mi przez drogę i upływający czas (Ginsberg kolejne odsłony swego dzieła nagrywał na magnetofon, ja korzystałem z aplikacji do tworzenia notatek w smartfonie - musiałem podzielić swoje pisanie na dwie części, z uwagi na parametry owej aplikacji).

Pierwszą czytelniczką poematu była moja Żona. Swoją cokolwiek bardziej publiczną premierę miał on 22 października bieżącego roku w krakowskiej Kamienicy Szołayskich, podczas kolejnej odsłony Open Mic'a, tym razem zorganizowanego (jako wydarzenie towarzyszące tegorocznej edycji Festiwalu Conrada) pod hasłem "nieokrzesani, głodni i żarliwi". Z tego właśnie czytania pochodzi moje zdjęcie, które tu zamieszczam, jego autorem jest Piotr Idem (Pracownia Fotograficzna MNK).


 

Wichita Vortex Sutra Revisited. Palimpsest pamięci Mestre Bimby

Mam już swoje lata. Jestem jesienią.
Mam już swoje lata, więc jestem
jesienią. Jestem, jeszcze jakoś jestem.

Jesienią naśladuję Ginsberga
jadącego żółtym Greyhoundem do Wichita.
Naśladuję, idę po śladach, łapię trop Ginsberga
wyjeżdżając zielonym Flixbusem z Krakowa (Miejski Dworzec Autobusowy),
by przez Berlin (Der Zentrale Omnibusbanhof) dotrzeć do
Utrechtu (Centraal). Tysiąc sto dziewięćdziesiąt kilometrów (według Google Maps),
dwadzieścia godzin i dwadzieścia minut (według rozkładu jazdy przewoźnika),
wliczając trzy godziny i czterdzieści minut na przesiadkę w Berlinie. A ja mam już swoje lata.

I jestem jesienią. Wrześniowe niebo ma głębszy odcień i lepiej widać na nim chmury,
zmienność ich kształtów, wielorakość kolorów. Światło wypełniające powietrze
kontrastuje mocniej, nachylająca się już ku temu, co żółte zieleń traw, liści i igieł,
szarawa biel wapiennych okruchów na nasypach wzdłuż autostrady - to wszystko
ma teraz sens. Kominy elektrociepłowni w Jaworznie są dziś raczej majestatyczne.

Gdybym chciał wyjaśnić, dlaczego jestem jesienią, byłbym banalny. Wjeżdżam do Katowic,
które (tak wyszło) opuściłem zaledwie tydzień temu, dziwnie się z tym czuję - opuszczam,
przede mną tysiąc sto dziewiętnaście kilometrów (pięćset dwadzieścia jeden do Berlina),
a trochę jakbym wracał, bo dobrze mi było w Katowicach. Banalne
jest kojarzenie jesieni z przemijaniem, z doświadczeniem tego, że mam już swoje lata
i że jesienią, kiedy czas tyleż zwalnia, co po prostu staje się bardziej dotykalny,
bardziej zwracam na niego uwagę. Po prostu lubię jesień.

Banalne jest to, że wymyśliłem pisanie jako sposób na bez mała dobowy wyrok autobusu!
Banalne jest to, że podróżując autobusem naśladuję Ginsberga!
Banalne jest pisanie na ekranie smartfona wielkiego poematu drogi,
banalna jest metaforyczność tego aktu w czasach cyfry, czasach nano, czasach krzemu!
Banalny jest mój lęk przed pierwszą w życiu - a mam już swoje lata -
samotną podróżą za granicę! Po prawej lśnią kukurydze na Tauzenie!
Banalnych jest kilka powyższych wersów, które zaczynam anaforą, a kończę wykrzyknikiem,
by tym lepiej naśladować Allena Ginsberga!

Pauzujący kierowca autobusu odblokował drzwi do toalety, to dobrze.

Przede mną długa na tysiąc sto jedenaście kilometrów linia jezdni, która rozkłada mi się
w wachlarz trudnej do oswojenia przestrzeni; linia i jednocześnie wachlarz -
paradoks geometryczny godny Kuzańczyka i jego traktowań o uczonej niewiedzy.

Mam już swoje lata i jestem bezbrzeżnie próżny, chciałbym być szamanem,
wznoszę (nie mylić z podnoszeniem) głos, ale dalej z bycia
szamanem mam co najwyżej coraz dłuższą brodę. I choć płacą mi za to,
by słuchać mego wznoszonego, wznoszącego się (czasem podniesionego)
głosu, choć czasem czytają to, co głos mój zapisał,
boję się - wszak mam już swoje lata - że nie mam zbyt wiele do powiedzenia.

Skorzystałem z odblokowanej toalety. Udaję, że jestem Allenem Ginsbergiem,
by nie być wypłoszem z prowincji, intelektualnym kołtunem, drobnomieszczaninem,
który naczytał się poezji wyklętej i ponieważ nie miał szans na bycie himalaistą,
przeznaczył sobie rolę inteligenckiego hohsztaplera, wyjaśniacza nieswoich słów,
szamana, który nawet kiedy szepcze, to podnosi głos.

No dobra, utrzymajmy się w wymyślonej dla siebie roli: skowyta. Obejrzę film o Ginsbergu,
żeby grać jeszcze czytelniej, banał doprowadzić do parodii. Kiedy minę Opole, gdzie
w ogrodzie zoologicznym mają goryle, napiszę o śmierci ostatniego białego nosorożca.

W pisaniu wiersza na ekranie LCD najważniejsze są dwie rzeczy:
wyjątkowość somatycznej relacji linii papilarnych z powstającą literą
oraz dajmonion automatycznego uzupełniacza słów.

Kadry z filmu Epsteina i Friedmana przedłożyłem nad rozstępujące się wachlarzem pól
dolnośląskie pejzaże. Szyfr chmur nad Wrocławiem. Opole w przeszłości
bezzwrotnej jak ostatni biały nosorożec.
A przecież był czymś niezmożonym, figurą najwyższego majestatu natury,
w ciało przyobleczonym dziecięcym snem o dzikości.

Biały nosorożcu, jestem twoim rogiem,
na którym uczyłem się, czym jest jeden metr!
Biały nosorożcu, jestem twoją barwą,
w samej nazwie której coś nie z tego świata!
Biały nosorożcu, nauczyłeś mnie - dopiero ty, choć mam już swoje lata i nie jestem szamanem -
czym jest doznanie pustki, której nic, co z ciebie, już nie zapełni!
Biały nosorożcu, tyś pierwszym tchnieniem tego,
że być może rzeczywiście szykujemy zagładę ziemi, tej ziemi!
Biały nosorożcu, twoje ostatnie ciało
jest tak absolutnie martwe, jak zagłada ziemi, którą - ziemią i zagładą - oddychasz!
Biały nosorożcu, jedynie drapieżny czarnooki patos poezji Ilony Witkowskiej
mógłby unieść bezwładną żałobę po tobie!
Biały nosorożcu, byłbym z Tobą w Rockland,
ale jestem na trzysta dwudziestym szóstym kilometrze przed Berlinem,
dziewięćset dwadzieścia cztery kilometry od Utrechtu!

Staccato słupów wzdłuż autostrady. Zżęte pola w rzucik wróblich stad. Skłębione warstwy chmur, w połowie nieba w indygowe szramy, 
niżej gęstnieją i sinieją, wduszają Legnicę w ziemię.
Trzysta czterdzieści sześć kilometrów od Krakowa, wciąż jeszcze mam swoje lata
i jestem niewydarzonym szamanem bez władzy przyzywania zmarłych, jak zwykle
zachwycają mnie ceglane obejścia dawnych bauerowskich folwarków,
w tej podróży - pierwszej od dawna, pierwszej (mimo moich lat) tak dalekiej bez nikogo -
jestem samotny, sam jestem.

Pierwsze krople deszczu zaczynały rozpuszczać owadzie truchła
zapieczone na przedniej szybie, ale słońce liże już sosnowe lasy,
zaczynając od wysuszonej, piaszczystej gleby. Lubię sosny, ich jasne,
jakby okorowane w połowie wysokości pnie, ich fantazyjnie zjeżone korony
na tle wodnistego błękitu. Nie przeszkadzają mi nawet natrętne
skojarzenia z bitwą pod Racławicami, przeczucie, że zza drzew zaraz wypadnie
oddział obłąkanooki, spienione konie, wozy i lawety pójdą w drzazgi
na zbyt ostrym, daleko za gwałtownie wziętym zakręcie. I nie potrafię korzystać
z darowanego mi teraz osamotnienia, skupić się na jednej tylko rzeczy,
albo i na niczym zgoła. Jakby mnie w tej drodze nie było. Czterysta
czterdzieści
cztery kilometry,
pięć godzin
i czterdzieści pięć minut
od opuszczenia,
przekraczając granicę Reichu,
wciąż czekam,
żeby się zaczęło. I w ogóle lubię drzewa, nie

tylko sosny. Kiedy półtora roku temu kupiłem
pierwszego w życiu smartfona, chciałem
nawet napisać satyryczny wierszyk o strasznych
skutkach jego używania. Nie napisałem, ale gdybym
napisał, szedłby następująco: konsekwencją
słuchania playlisty Death Metal & Beyond w serwisie Spotify
jest niejasny lęk na widok liści
odwracających się na srebrną stronę
w nieoczekiwanie pustynnym podmuchu wiatru.
A przecież kocham drzewa, choćby
tęrozłożystątopól.

Ze zbitki słownej tarozłożystatopól (w żadnym razie nie topola, tylko topól!)
jestem najbardziej zadowolony. Jestem dziecięciem (mimo lat)
Europy, jadę przez
Niemcy i wiatraki ekoterrorystów młócą ciężkie jak
germańskie winy niebo,
bałkańską muzykę przerywają
angielskie reklamy, również te z zacięciem społecznym:

czy jestem gotowy na Brexit, czy sprawdziłem ważność swojego paszportu?
Czy chcę dołączyć do grona oficerów brytyjskiej policji? Słowiański

Perkun i płanetnicy wygrażają wrażej germańskiej ziemi i choć robią to z wyczuciem
piękna, z szacunkiem dla wielkiej tradycji niemieckiego romantyzmu,
to Norah Jones otwierająca playlistę Jazz Giants wydaje mi się grubym nieporozumieniem. 

Na przystanku przy berlińskim lotnisku wieje wiatr, podróżni palą papierosy w miejscach
prawie na pewno niedozwolonych. Dlaczego właściwie mówi się, że miejsce,
w którym czegoś tam nie wolno, jest niedozwolone? Właśnie miejsce, nie to, co się
w miejscu tym odbywa. Chciałbym być szamanem, chciałbym, by opanował mnie duch
starego Indianina, krwawiącego na autostradzie świtu, by wziął mnie w posiadanie
jak Jima Morrisona. Tymczasem

w mej duszy mieszka cień jaskółki, której urwałem głowę. To było
miejsce, w którym wyczerpała mi się pojemność telefonicznej notatki. A jaskółka,
jaskółeczka była w Estonii. Wypadła z gniazda, nie umiała jeszcze latać,
potrzaskała się, czekała ją pewna śmierć - z głodu i pragnienia, lub w gardle
drapieżnika. Nie było szans na weterynarza, chciałem skrócić jej cierpienia,
wziąłem w ręce, nie broniła się, drżała i myślałem, że od uderzeń serduszka
eksploduje mi w dłoni, złapałem jej łepek (mieścił się między palcem wskazującym
a kciukiem) i chciałem skręcić jej kark, główka kręciła się dookoła szyi, coraz bardziej się
bałem, szarpnąłem mocniej i stało się to, czego nie powtórzę. Gdybym

znał wtedy wiersz Góry o rozjechanym psie, gdyby Konrad już ten wiersz napisał,

modliłbym się kurwą za kurwą, pierwszy raz naprawdę. Jej krew na moich rękach,
niewątpliwie. Jej dusza - chciałbym
nie wątpić - w mojej. Berlin?

Berlin lubię (byłem tu raz), inaczej niż drzewa, ale też. A w miejscu, gdzie wysiadłem,
rośnie piękny platan, mój ulubiony gatunek, w sposób absolutny komponuje się
z kolorami ścian dostojnych kamienic Charlottenburga.

Dobre jest miejsce, w którym spocząłem, dobry to Berlin - niemieckie realia przeniesione
do czeskiej hospody sprzed lat trzydziestu. Są automaty do gry, wolno palić. Przywiódł mnie tu
spacer nieco nerwowy - zapodziałem się w stołecznych splendorach,
uwiodły mnie
platany. Platany
to drzewa na noc, przechwytują światło i emanują nim w zapadający zmierzch,
jakby podtrzymując dzień. Ale też zwodzą, mylą tropy, podwajają. Podobno -
co wiem od Radka Wiśniewskiego, jednego z cichych bohaterów tych strof -
na Islandii grzebano zmarłych sypiąc im na brzuch nasiona drzew. Drzewo zamiast
nagrobka - tak bym chciał, bo mam już swoje lata. Chciałbym, żeby to był

platan. Kto
będzie w stanie opisać ściegi, którymi jaskółki zszywają dzień z nocą, ten
poeta. I ten poeta, kto ujmie w słowa taniec cygańskich dzieci w fontannie
na rynku Ostravy. Była gwarna pełnia dnia, a ja mam w pamięci ciszę i nienaturalnie
wyostrzone tonacje powietrza.

Nie będę platanem. Czeka mnie raczej zgonsusznia. Moi synowie, niczym Fremeni,
ludzie pustyni z Arrakis, będą walczyć o każdą kroplę wilgoci, a moja woda
wróci do plemienia.

Mam już swoje lata, sam jestem (zawieszony między tęsknotą za tymi,
których opuściłem, a pragnieniem spotkania tych, ku którym zmierzam),
nie podnoszę głosu (podnoszą go aż nadto rodacy w autobusie relacji
Berlin - Amsterdam, na pięćset siedemdziesiąt pięć kilometrów przed
Utrechtem), wznoszę głos, inwokuję cień świętego brata Allena
i wysyłam w pomykającą nade mną w tył niemiecką noc
przesłanie: umrzyjmy platanami!
Niech nie będzie nam przeznaczona zgonsusznia,
niech woda nasza na nic się nie zda naszemu plemieniu, niech
dostąpią łaski beztroskiej rozrzutności!

Zaśpiewajmy wiersz świętego brata Tadeusza i świętego brata Marka
o Wildze i o ludziach, tak go zaśpiewajmy jak on w tamtą gorczańską
noc, gdy ciepło wstępujące od światła świec ku Lunie
niosło słowa i akordy ponad cynowe szczyty drzew.

Dziś oto kładę przed tobą, ludu mój, błogosławieństwo i przekleństwo,
życie i śmierć, na lewej i na prawej mej dłoni - platan albo zgonsusznia,
wybieraj!

Noc: hanowerskie Babilonie; pulsujące konstelacje czerwonych lamp na wiatrakach
oddają pokłon księżycowi; poświata diod, kontrolek, ekranów i złośliwa kocia zieleń
podświetleń wewnątrz autobusu.

Pewnie jestem tchórzem, ale nie zdobyłem się na opierdol rodaków, na słowo o tym,
że Polak, który ma w dupie sen dziecka (choćby było ono i syryjskie), to żaden tam
Polak, tylko kupa gówna.

Ja, szaman, wybrałbym modlitwę - bo oni co prawda kurwa za kurwą,
ale nie w modlitewnej intencji. Więc ja za nich, tym chętniej,
że schludność takiego Amersfoort ma w sobie coś przeraźliwego
w tej przedświtowej godzinie, coś upiornego,
nieludzkie
bezludzie,
jak u Hoppera. Bułki

maślane, które upiekłem przedwczoraj, choć przypalone,

smakują. Między Molochy ze szkła wjeżdża rower prowadzony
przez śniadoskórego chłopca. Wielką walizkę podtrzymuje
na bagażniku jego niewidomy ojciec. Zapalam papierosa
innemu śniademu, zbyt pijanemu, by władać zapałką. I wszystko się zgadza:

neonowe minarety,
rowery (przyzwyczajam się, że cyklościeżki szersze tu niż chodniki),
kanały,
zbożny bezwstyd protestanckich domów zapuszczających okna na ulicę,
graffiti z Miffy,
sklepy cynamonowe z zielskiem,
kombinaty z erotyką przy ulicy Krokodyli. Tak,

naprawdę zostawiłem za sobą niekończący się choinkowy sznur tirów
na granicy niemiecko-holenderskiej. Idąc od wschodu, byłem już kiedyś na
Ukrainie, w Estonii, na Łotwie, Litwie i w Rumunii, na Węgrzech, Słowacji i w Czechach,
w Niemczech, Francji, Anglii i Irlandii.

A teraz jestem

tutaj, jestem wciąż jesienią, nadal mam swoje lata,
nie podnosząc głosu wznoszę go, samotniczy i szamański
i w to niebo wzbite nad płożące się po łąkach mgły
ślę swoje przesłanie dla ciebie, ludu mój:

święty platan.