Autointerpretacje swoich wierszy mają w sobie coś już to rozpaczliwego, już to - nawet - żałosnego, więc tylko słowo komentarza; zwłaszcza że szczegółowe okoliczności powstania poniższego utworu są w nim samym opisane. Faktycznie - pisał się on przez (mniej więcej) dwadzieścia trzy godziny, 13 i 14 września 2019 roku między 10:00 a 9:00 dnia następnego, pisał może nie bez przerwy, ale z pewnością znacznie bardziej intensywnie niż zamierzałem. I tylko wtedy się pisał - nie zmieniłem w nim niemal nic, nie przeredagowywałem i nie poprawiałem (wyjąwszy ostateczne brzmienie tytułu, jedno - wymuszone technicznymi ograniczeniami tego bloga - łamanie wersu i jeden dodany w gramatycznie ewidentnym, a zrazu przegapionym miejscu przecinek). Zależało mi na powtórzeniu techniki zastosowanej przez Allena Ginsberga, głównego mego inspiratora, w poemacie Sutra Wibracji Wichity (ongiś przeze mnie spolszczonym) - chciałem, by kompozycję dyktował rytm myśli podsuwanych mi przez drogę i upływający czas (Ginsberg kolejne odsłony swego dzieła nagrywał na magnetofon, ja korzystałem z aplikacji do tworzenia notatek w smartfonie - musiałem podzielić swoje pisanie na dwie części, z uwagi na parametry owej aplikacji).
Pierwszą czytelniczką poematu była moja Żona. Swoją cokolwiek bardziej publiczną premierę miał on 22 października bieżącego roku w krakowskiej Kamienicy Szołayskich, podczas kolejnej odsłony Open Mic'a, tym razem zorganizowanego (jako wydarzenie towarzyszące tegorocznej edycji Festiwalu Conrada) pod hasłem "nieokrzesani, głodni i żarliwi". Z tego właśnie czytania pochodzi moje zdjęcie, które tu zamieszczam, jego autorem jest Piotr Idem (Pracownia Fotograficzna MNK).
Wichita Vortex Sutra Revisited. Palimpsest pamięci Mestre Bimby
Mam już swoje lata. Jestem jesienią.
Mam już swoje lata, więc jestem
jesienią. Jestem, jeszcze jakoś jestem.
Jesienią naśladuję Ginsberga
jadącego żółtym Greyhoundem do Wichita.
Naśladuję, idę po śladach, łapię trop Ginsberga
wyjeżdżając zielonym Flixbusem z Krakowa (Miejski Dworzec Autobusowy),
by przez Berlin (Der Zentrale Omnibusbanhof) dotrzeć do
Utrechtu (Centraal). Tysiąc sto dziewięćdziesiąt kilometrów (według Google Maps),
dwadzieścia godzin i dwadzieścia minut (według rozkładu jazdy przewoźnika),
wliczając trzy godziny i czterdzieści minut na przesiadkę w Berlinie. A ja mam już swoje lata.
I jestem jesienią. Wrześniowe niebo ma głębszy odcień i lepiej widać na nim chmury,
zmienność ich kształtów, wielorakość kolorów. Światło wypełniające powietrze
kontrastuje mocniej, nachylająca się już ku temu, co żółte zieleń traw, liści i igieł,
szarawa biel wapiennych okruchów na nasypach wzdłuż autostrady - to wszystko
ma teraz sens. Kominy elektrociepłowni w Jaworznie są dziś raczej majestatyczne.
Gdybym chciał wyjaśnić, dlaczego jestem jesienią, byłbym banalny. Wjeżdżam do Katowic,
które (tak wyszło) opuściłem zaledwie tydzień temu, dziwnie się z tym czuję - opuszczam,
przede mną tysiąc sto dziewiętnaście kilometrów (pięćset dwadzieścia jeden do Berlina),
a trochę jakbym wracał, bo dobrze mi było w Katowicach. Banalne
jest kojarzenie jesieni z przemijaniem, z doświadczeniem tego, że mam już swoje lata
i że jesienią, kiedy czas tyleż zwalnia, co po prostu staje się bardziej dotykalny,
bardziej zwracam na niego uwagę. Po prostu lubię jesień.
Banalne jest to, że wymyśliłem pisanie jako sposób na bez mała dobowy wyrok autobusu!
Banalne jest to, że podróżując autobusem naśladuję Ginsberga!
Banalne jest pisanie na ekranie smartfona wielkiego poematu drogi,
banalna jest metaforyczność tego aktu w czasach cyfry, czasach nano, czasach krzemu!
Banalny jest mój lęk przed pierwszą w życiu - a mam już swoje lata -
samotną podróżą za granicę! Po prawej lśnią kukurydze na Tauzenie!
Banalnych jest kilka powyższych wersów, które zaczynam anaforą, a kończę wykrzyknikiem,
by tym lepiej naśladować Allena Ginsberga!
Pauzujący kierowca autobusu odblokował drzwi do toalety, to dobrze.
Przede mną długa na tysiąc sto jedenaście kilometrów linia jezdni, która rozkłada mi się
w wachlarz trudnej do oswojenia przestrzeni; linia i jednocześnie wachlarz -
paradoks geometryczny godny Kuzańczyka i jego traktowań o uczonej niewiedzy.
Mam już swoje lata i jestem bezbrzeżnie próżny, chciałbym być szamanem,
wznoszę (nie mylić z podnoszeniem) głos, ale dalej z bycia
szamanem mam co najwyżej coraz dłuższą brodę. I choć płacą mi za to,
by słuchać mego wznoszonego, wznoszącego się (czasem podniesionego)
głosu, choć czasem czytają to, co głos mój zapisał,
boję się - wszak mam już swoje lata - że nie mam zbyt wiele do powiedzenia.
Skorzystałem z odblokowanej toalety. Udaję, że jestem Allenem Ginsbergiem,
by nie być wypłoszem z prowincji, intelektualnym kołtunem, drobnomieszczaninem,
który naczytał się poezji wyklętej i ponieważ nie miał szans na bycie himalaistą,
przeznaczył sobie rolę inteligenckiego hohsztaplera, wyjaśniacza nieswoich słów,
szamana, który nawet kiedy szepcze, to podnosi głos.
No dobra, utrzymajmy się w wymyślonej dla siebie roli: skowyta. Obejrzę film o Ginsbergu,
żeby grać jeszcze czytelniej, banał doprowadzić do parodii. Kiedy minę Opole, gdzie
w ogrodzie zoologicznym mają goryle, napiszę o śmierci ostatniego białego nosorożca.
W pisaniu wiersza na ekranie LCD najważniejsze są dwie rzeczy:
wyjątkowość somatycznej relacji linii papilarnych z powstającą literą
oraz dajmonion automatycznego uzupełniacza słów.
Kadry z filmu Epsteina i Friedmana przedłożyłem nad rozstępujące się wachlarzem pól
dolnośląskie pejzaże. Szyfr chmur nad Wrocławiem. Opole w przeszłości
bezzwrotnej jak ostatni biały nosorożec.
A przecież był czymś niezmożonym, figurą najwyższego majestatu natury,
w ciało przyobleczonym dziecięcym snem o dzikości.
Biały nosorożcu, jestem twoim rogiem,
na którym uczyłem się, czym jest jeden metr!
Biały nosorożcu, jestem twoją barwą,
w samej nazwie której coś nie z tego świata!
Biały nosorożcu, nauczyłeś mnie - dopiero ty, choć mam już swoje lata i nie jestem szamanem -
czym jest doznanie pustki, której nic, co z ciebie, już nie zapełni!
Biały nosorożcu, tyś pierwszym tchnieniem tego,
że być może rzeczywiście szykujemy zagładę ziemi, tej ziemi!
Biały nosorożcu, twoje ostatnie ciało
jest tak absolutnie martwe, jak zagłada ziemi, którą - ziemią i zagładą - oddychasz!
Biały nosorożcu, jedynie drapieżny czarnooki patos poezji Ilony Witkowskiej
mógłby unieść bezwładną żałobę po tobie!
Biały nosorożcu, byłbym z Tobą w Rockland,
ale jestem na trzysta dwudziestym szóstym kilometrze przed Berlinem,
dziewięćset dwadzieścia cztery kilometry od Utrechtu!
Staccato słupów wzdłuż autostrady. Zżęte
pola w rzucik wróblich stad. Skłębione warstwy chmur, w połowie nieba w
indygowe szramy,
niżej gęstnieją i sinieją, wduszają Legnicę w ziemię.
Trzysta czterdzieści sześć kilometrów od Krakowa, wciąż jeszcze mam swoje lata
i jestem niewydarzonym szamanem bez władzy przyzywania zmarłych, jak zwykle
zachwycają mnie ceglane obejścia dawnych bauerowskich folwarków,
w tej podróży - pierwszej od dawna, pierwszej (mimo moich lat) tak dalekiej bez nikogo -
jestem samotny, sam jestem.
Pierwsze krople deszczu zaczynały rozpuszczać owadzie truchła
zapieczone na przedniej szybie, ale słońce liże już sosnowe lasy,
zaczynając od wysuszonej, piaszczystej gleby. Lubię sosny, ich jasne,
jakby okorowane w połowie wysokości pnie, ich fantazyjnie zjeżone korony
na tle wodnistego błękitu. Nie przeszkadzają mi nawet natrętne
skojarzenia z bitwą pod Racławicami, przeczucie, że zza drzew zaraz wypadnie
oddział obłąkanooki, spienione konie, wozy i lawety pójdą w drzazgi
na zbyt ostrym, daleko za gwałtownie wziętym zakręcie. I nie potrafię korzystać
z darowanego mi teraz osamotnienia, skupić się na jednej tylko rzeczy,
albo i na niczym zgoła. Jakby mnie w tej drodze nie było. Czterysta
czterdzieści
cztery kilometry,
pięć godzin
i czterdzieści pięć minut
od opuszczenia,
przekraczając granicę Reichu,
wciąż czekam,
żeby się zaczęło. I w ogóle lubię drzewa, nie
tylko sosny. Kiedy półtora roku temu kupiłem
pierwszego w życiu smartfona, chciałem
nawet napisać satyryczny wierszyk o strasznych
skutkach jego używania. Nie napisałem, ale gdybym
napisał, szedłby następująco: konsekwencją
słuchania playlisty Death Metal & Beyond w serwisie Spotify
jest niejasny lęk na widok liści
odwracających się na srebrną stronę
w nieoczekiwanie pustynnym podmuchu wiatru.
A przecież kocham drzewa, choćby
tęrozłożystątopól.
Ze zbitki słownej tarozłożystatopól (w żadnym razie nie topola, tylko topól!)
jestem najbardziej zadowolony. Jestem dziecięciem (mimo lat)
Europy, jadę przez
Niemcy i wiatraki ekoterrorystów młócą ciężkie jak
germańskie winy niebo,
bałkańską muzykę przerywają
angielskie reklamy, również te z zacięciem społecznym:
czy jestem gotowy na Brexit, czy sprawdziłem ważność swojego paszportu?
Czy chcę dołączyć do grona oficerów brytyjskiej policji? Słowiański
Perkun i płanetnicy wygrażają wrażej germańskiej ziemi i choć robią to z wyczuciem
piękna, z szacunkiem dla wielkiej tradycji niemieckiego romantyzmu,
to Norah Jones otwierająca playlistę Jazz Giants wydaje mi się grubym nieporozumieniem.
Na przystanku przy berlińskim lotnisku wieje wiatr, podróżni palą papierosy w miejscach
prawie na pewno niedozwolonych. Dlaczego właściwie mówi się, że miejsce,
w którym czegoś tam nie wolno, jest niedozwolone? Właśnie miejsce, nie to, co się
w miejscu tym odbywa. Chciałbym być szamanem, chciałbym, by opanował mnie duch
starego Indianina, krwawiącego na autostradzie świtu, by wziął mnie w posiadanie
jak Jima Morrisona. Tymczasem
w mej duszy mieszka cień jaskółki, której urwałem głowę. To było
miejsce, w którym wyczerpała mi się pojemność telefonicznej notatki. A jaskółka,
jaskółeczka była w Estonii. Wypadła z gniazda, nie umiała jeszcze latać,
potrzaskała się, czekała ją pewna śmierć - z głodu i pragnienia, lub w gardle
drapieżnika. Nie było szans na weterynarza, chciałem skrócić jej cierpienia,
wziąłem w ręce, nie broniła się, drżała i myślałem, że od uderzeń serduszka
eksploduje mi w dłoni, złapałem jej łepek (mieścił się między palcem wskazującym
a kciukiem) i chciałem skręcić jej kark, główka kręciła się dookoła szyi, coraz bardziej się
bałem, szarpnąłem mocniej i stało się to, czego nie powtórzę. Gdybym
znał wtedy wiersz Góry o rozjechanym psie, gdyby Konrad już ten wiersz napisał,
modliłbym się kurwą za kurwą, pierwszy raz naprawdę. Jej krew na moich rękach,
niewątpliwie. Jej dusza - chciałbym
nie wątpić - w mojej. Berlin?
Berlin lubię (byłem tu raz), inaczej niż drzewa, ale też. A w miejscu, gdzie wysiadłem,
rośnie piękny platan, mój ulubiony gatunek, w sposób absolutny komponuje się
z kolorami ścian dostojnych kamienic Charlottenburga.
Dobre jest miejsce, w którym spocząłem, dobry to Berlin - niemieckie realia przeniesione
do czeskiej hospody sprzed lat trzydziestu. Są automaty do gry, wolno palić. Przywiódł mnie tu
spacer nieco nerwowy - zapodziałem się w stołecznych splendorach,
uwiodły mnie
platany. Platany
to drzewa na noc, przechwytują światło i emanują nim w zapadający zmierzch,
jakby podtrzymując dzień. Ale też zwodzą, mylą tropy, podwajają. Podobno -
co wiem od Radka Wiśniewskiego, jednego z cichych bohaterów tych strof -
na Islandii grzebano zmarłych sypiąc im na brzuch nasiona drzew. Drzewo zamiast
nagrobka - tak bym chciał, bo mam już swoje lata. Chciałbym, żeby to był
platan. Kto
będzie w stanie opisać ściegi, którymi jaskółki zszywają dzień z nocą, ten
poeta. I ten poeta, kto ujmie w słowa taniec cygańskich dzieci w fontannie
na rynku Ostravy. Była gwarna pełnia dnia, a ja mam w pamięci ciszę i nienaturalnie
wyostrzone tonacje powietrza.
Nie będę platanem. Czeka mnie raczej zgonsusznia. Moi synowie, niczym Fremeni,
ludzie pustyni z Arrakis, będą walczyć o każdą kroplę wilgoci, a moja woda
wróci do plemienia.
Mam już swoje lata, sam jestem (zawieszony między tęsknotą za tymi,
których opuściłem, a pragnieniem spotkania tych, ku którym zmierzam),
nie podnoszę głosu (podnoszą go aż nadto rodacy w autobusie relacji
Berlin - Amsterdam, na pięćset siedemdziesiąt pięć kilometrów przed
Utrechtem), wznoszę głos, inwokuję cień świętego brata Allena
i wysyłam w pomykającą nade mną w tył niemiecką noc
przesłanie: umrzyjmy platanami!
Niech nie będzie nam przeznaczona zgonsusznia,
niech woda nasza na nic się nie zda naszemu plemieniu, niech
dostąpią łaski beztroskiej rozrzutności!
Zaśpiewajmy wiersz świętego brata Tadeusza i świętego brata Marka
o Wildze i o ludziach, tak go zaśpiewajmy jak on w tamtą gorczańską
noc, gdy ciepło wstępujące od światła świec ku Lunie
niosło słowa i akordy ponad cynowe szczyty drzew.
Dziś oto kładę przed tobą, ludu mój, błogosławieństwo i przekleństwo,
życie i śmierć, na lewej i na prawej mej dłoni - platan albo zgonsusznia,
wybieraj!
Noc: hanowerskie Babilonie; pulsujące konstelacje czerwonych lamp na wiatrakach
oddają pokłon księżycowi; poświata diod, kontrolek, ekranów i złośliwa kocia zieleń
podświetleń wewnątrz autobusu.
Pewnie jestem tchórzem, ale nie zdobyłem się na opierdol rodaków, na słowo o tym,
że Polak, który ma w dupie sen dziecka (choćby było ono i syryjskie), to żaden tam
Polak, tylko kupa gówna.
Ja, szaman, wybrałbym modlitwę - bo oni co prawda kurwa za kurwą,
ale nie w modlitewnej intencji. Więc ja za nich, tym chętniej,
że schludność takiego Amersfoort ma w sobie coś przeraźliwego
w tej przedświtowej godzinie, coś upiornego,
nieludzkie
bezludzie,
jak u Hoppera. Bułki
maślane, które upiekłem przedwczoraj, choć przypalone,
smakują. Między Molochy ze szkła wjeżdża rower prowadzony
przez śniadoskórego chłopca. Wielką walizkę podtrzymuje
na bagażniku jego niewidomy ojciec. Zapalam papierosa
innemu śniademu, zbyt pijanemu, by władać zapałką. I wszystko się zgadza:
neonowe minarety,
rowery (przyzwyczajam się, że cyklościeżki szersze tu niż chodniki),
kanały,
zbożny bezwstyd protestanckich domów zapuszczających okna na ulicę,
graffiti z Miffy,
sklepy cynamonowe z zielskiem,
kombinaty z erotyką przy ulicy Krokodyli. Tak,
naprawdę zostawiłem za sobą niekończący się choinkowy sznur tirów
na granicy niemiecko-holenderskiej. Idąc od wschodu, byłem już kiedyś na
Ukrainie, w Estonii, na Łotwie, Litwie i w Rumunii, na Węgrzech, Słowacji i w Czechach,
w Niemczech, Francji, Anglii i Irlandii.
A teraz jestem
tutaj, jestem wciąż jesienią, nadal mam swoje lata,
nie podnosząc głosu wznoszę go, samotniczy i szamański
i w to niebo wzbite nad płożące się po łąkach mgły
ślę swoje przesłanie dla ciebie, ludu mój:
święty platan.
ryba z roku konia. kot z cheshire palący fajkę. ostatnia jaskółka jesieni. z estonii do czech w osiemdziesiąt światów dookoła dnia.
środa, 23 października 2019
środa, 18 września 2019
Po kolei
Wioli - bo Grabiński
Łukaszowi - bo kolej
Michałowi - bo pociągi
To było ze trzy lata temu, w wakacje (a jeśli nawet nie w wakacje, to w każdym razie jakoś późną wiosną lub wczesnym latem).
Siedziałem przed domem moich rodziców w Chomranicach, paląc, czytając, chłonąc aromat ciepłego mroku i słuchając tego, co ma do powiedzenia pogrążająca się we śnie wieś - musiało być koło północy. Nagle dotarły do mnie gwizdy i sapania parowozu, łoskot kół pociągu przetaczającego się w dolinie Smolnika po torach Linii Kolejowej nr 104, odcinka Galicyjskiej Kolei Transwersalnej łączącego Nowy Sącz z Chabówką, oddanego do użytku w roku 1884.
Nic niezwykłego - powie ktoś. No, jednak było to nie z tej ziemi - a właściwie to nawet z zaświatów: ostatnia parowa lokomotywa przejechała tędy w 1990 roku, a ostatni w ogóle pociąg czternaście lat później.
Nieswojo się poczułem. A tak dokładnie - to jak bohater Stefana Grabińskiego.
***
Wieści o zamierzonym rozbiorze przestrzeni okazały się przedwczesne; przetrwała jeszcze jedną wiosnę i lato. Lecz mówiono w okolicy, że od śmierci Wawery pętlica jakby ożyła. Zwłaszcza pod wieczór wąwóz rozbrzmiewał echem dziwnych odgłosów. Dudniły jakieś pociągi, szczękały rozpędzone koła, oddychała ciężko uznojona maszyna. Skądś z przestrzeni nadpływały na skrzydłach wiatru jakieś sygnały, rozlegały się przeciągłą skargą gwizdy świstawek, grały pobudkę odjazdu niewidzialne trąbki...
Ludzie omijali chętnie tę stronę, z lękiem obchodząc ją kołem. Nawet ptactwo spłoszone niezwykłym łoskotem porzuciło dziwny parów i przeniosło się w inne, gościnniejsze strony.
Dopiero gdy pod jesień następnego roku usunięto szyny i rozebrano starą budkę dróżnika, wszystko ucichło i "głucha przestrzeń" zamilkła na zawsze.
Ludzie omijali chętnie tę stronę, z lękiem obchodząc ją kołem. Nawet ptactwo spłoszone niezwykłym łoskotem porzuciło dziwny parów i przeniosło się w inne, gościnniejsze strony.
Dopiero gdy pod jesień następnego roku usunięto szyny i rozebrano starą budkę dróżnika, wszystko ucichło i "głucha przestrzeń" zamilkła na zawsze.
***
Cykl nowel zatytułowany Demon ruchu Grabiński wydał w 1919 roku - i dość powszechnie uważane jest to za szczytowe osiągnięcie pisarza. Opowieść niesamowita (czyli coś na wzór amerykańskiego weird story), fantastyka, groza, horror, ekspresjonizm - takie terminologiczne szufladki tu się uchylają; jeszcze coś, że "polski Poe", "polski Lovecraft"... No, trudno się nie zgodzić - najprościej rzecz ujmując, Demon ruchu to zbiór próz z pogranicza fantastyki i grozy, połączonych motywem kolei. Mnie jednak fascynuje - i w największym stopniu, jak sądzę, przejmuje niepokojem podczas każdorazowej lektury - dwuznaczność tych tekstów (rozpoczynająca się już od ustalenia natury genologicznej: tom można czytać jako zbiór samodzielnych opowiadań albo jako tematyczną całość). Z jednej przeto strony - futurologiczne wizje superszybkich lokomotyw, luksusowych transkontynentalnych ekspresów, z drugiej - porzucone, zarastające linie, uboczne stacyjki, ślepe tory gdzieś na głuchej prowincji. Metafizyka o proweniencji okultystycznej bądź wprost demonicznej, czasem podszytej jakowąś dalekowschodnią fascynacją - ale często przedstawiana w retorycznym rejestrze ultraracjonalistycznej psychologii czy pozytywistycznie zorientowanych astrofizyki lub przyrodoznawstwa. Zachwyt nad technologią - i nostalgiczne figury emerytowanych pracowników kolei niszczonych tęsknotą za heroiczno-mitycznym czasem swej młodości. Kolej jako przestrzeń uwolnionego szaleństwa, gwałtownej śmierci i makabry - i jednocześnie miejsce ukojenia (czasem wiecznego, jakie daje tylko śmierć).
Parowóz, który wtedy, w Chomranicach, zadudnił po martwych torach Linii Kolejowej nr 104, nie był niczym niezwykłym - po prostu dostarczano ze skansenu kolejowego w Chabówce zabytkowy tabor na turystyczne przejazdy pociągiem retro z Nowego Sącza do Krynicy i Muszyny. I prawie na pewno jego maszynista nie czytał Grabińskiego - ale lubię sobie wyobrażać, że jednak czytał, że wgapiając się w rozcinaną światłami lokomotywy noc czuł jakiś dreszcz, częściej niż zwykle sprawdzał, czy nie zbacza w jakąś nieoznaczoną na żadnych mapach odnogę, z nadmierną ulgą witał znane nazwy kolejnych stacji, że w ciemnych i pustych wagonach czuł obecność kogoś lub czegoś, czego z pewnością nie powinno tam być...
***
Pora była już późna, śródnocna, czas słotny, deszczowy. Mokre bicze dżdżu chłostały oświetlone jasno szyby i rozbryzgiwały się na szkle w łzawe różańce kropel. Skąpane w ulewie kadłuby wagonów, połyskujące pod światło przydrożnych latarń niby wilgotne pancerze, wyrzygiwały rynnami pluszczącą wodę. Od czarnych ich ciał szedł w przestrzeń głuchy postęk, zmieszany rozhowor kół, potrącających się zderzaków, tratowanych bez litości szyn. Zapamiętały w biegu łańcuch wozów budził w ciszy nocy uśpione echa, wywabiał zamarłe po lasach głosy, cucił drzemiące stawy. Podnosiły się jakieś ciężkie, senne powieki, otwierały w przerażeniu jakieś duże oczy i tak trwały w momentalnym wylęku. A pociąg mknął dalej w wichurze wiatru, w tańcu jesiennym liści, wlokąc za sobą wydłużoną tuleję wirów wstrząśniętego powietrza, leniwo wieszających się na tyłach dymów, kopciu i sadzy, pędził dalej bez tchu, rzucając poza siebie krwawe wspomnienie iskier i węglowych odmiotów...
***
Potrzeba napisania czegoś o kolei - o moim doświadczeniu podróżowania pociągami, doświadczeniu tak intensywnym - zrodziła się we mnie chyba też ze dwa lata temu, na początku roku 2016, kiedy to na moją redakcyjną (pracowałem wówczas jako jeden z redaktorów Biura Literackiego, odpowiedzialny za sieciowe przestrzenie wydawnictwa - Tawernę, Przystań, wreszcie biBLiotekę) skrzynkę pocztową spłynął trzeci odcinek cyklu tekstów Wioletty Grzegorzewskiej, publikowanych w biBLiotece pod wspólnym tytułem Wyspa (to, że cykl ten zgasł po pięciu zaledwie odsłonach, do dziś uważam za jedną z większych moich redaktorskich porażek). Ten akurat odcinek traktował właśnie o Grabińskim - i skłonił mnie do ponownego (znów urocznego) sięgnięcia po Demona ruchu. Potem była epifania, od której zacząłem te wynurzenia - a jeszcze potem jakoś to we mnie pracowało, gdzieś głęboko... Uwolniło się ostatecznie w przedostatni weekend września zeszłego roku, kiedy to schodząc z żoną i synami z Lubonia Wielkiego na Przełęcz Glisne, kontemplowałem niebywałą panoramę (ach, to jesienne niebo!...) szczytów Beskidu Wyspowego: Szczebla, kawałka Lubogoszcza, Śnieżnicy, Ćwilina, chyba też północnych stoków Mogielicy - i złapałem się na powidoku, że góry te widzę przede wszystkim z perspektywy Linii Kolejowej nr 104. Od niej więc zacznę - nie bez ważkich powodów.
Ta linia to w ogóle sprawa z pogranicza historii i legendy - począwszy od tego, że trasa do Chabówki uruchomiona została niespełna dekadę po tym, jak w Nowym Sączu w ogóle pojawiła się kolej (a miała ona dla rozwoju mojego rodzinnego miasta znaczenie kolosalne) i była strategicznie jednym z najważniejszych połączeń. No, ale to historia - w czasach, w których po raz pierwszy podróżowałem tą akurat żelazną drogą, Linia 104 rozpalała już wyobraźnię przede wszystkim łowców kolejowych przygód i kuriozytów. Po pierwsze: legendarna była jej ślimacza prędkość - siedemdziesiąt osiem kilometrów wiodących przez dwadzieścia stacji pociąg pokonywał (wedle ostatniego rozkładu jazdy; bezcennym źródłem różnych - również takich praktycznych - szczegółów na temat tej linii był dla mnie ten artykuł) w blisko trzy godziny, co oznacza, że rozwijał średnią prędkość mniej więcej 30 km/h; tu od razu przypominają się budzące dreszcz opowieści o tym, że to właśnie tutaj młodzież z nowosądeckich kolejówek (liceum, technikum i zawodówki) odbywała praktyki, że na niektórych odcinkach kładło się cegłówkę na jeden z pedałów w lokomotywie (na jaki - nie wiem, nie znam się), by maszyniści i adepci zawodu mogli oddawać się innym, niepomiernie bardziej twórczym i przyjemnym aktywnościom... Po wtóre: malowniczość - głęboko wciętymi dolinami, wiaduktami i stromymi zboczami pociąg wił się między widowiskowymi szczytami Wyspowego, by najpierw z mozołem wspinać się przez Limanową, Tymbark i Dobrą ku Kasinie Wielkiej i Skrzydlnej (najwyżej położone punkty trasy - i w ogóle jedne z wyżej położonych stacji kolejowych w Polsce), by potem sturlać się ku Mszanie Dolnej i Rabce, odsłaniając coraz rozleglejsze widoki wśród odstępujących od toru gór.
Kiedy jednak mówię o legendarności, to myślę przede wszystkim o sobie i moich przyjaciołach, nastoletnio fanatycznych górołazach. Kurde, no przecież bez przesady można powiedzieć, że ta linia to było dla nas doświadczenie formacyjne, pokoleniowe: chciało się w Beskid Wyspowy, w Gorce, trzeba było tyrpać się tędy (najlepiej tym składem, który odchodził z nowosądeckiej stacji głównej - do dziś pamiętam! - bodaj kwadrans po szóstej rano; ci mieszkający bliżej centrum wsiadali na Nowy Sącz Miasto, P. wskakiwał w Chełmcu. Chciało się gdzieś dalej i na dłużej, w Żywiecki albo Śląski - to samo: najpierw do końca, do Chabówki, a potem przesiadka w kierunku Suchej Beskidzkiej, Makowa Podhalańskiego (próby dotarcia przez Chabówkę w Tatry to już jednak były dla ekstremistów, tu już bardziej opłacał się autobus)... Jasne, jeździło się też gdzie indziej (i znacznie częściej) - w Beskid Sądecki, linią przez Dolinę Popradu, głównie do Rytra i Piwnicznej; ale to nie było to samo: nawet do Piwnicznej jechało się na pewno dobrze poniżej godziny, połączeń było daleko więcej, pociągi lepsze, wypełnione ludźmi, w razie czego spokojnie można było dostać się też autobusem.
Kiedy jednak mówię o legendarności, to myślę przede wszystkim o sobie i moich przyjaciołach, nastoletnio fanatycznych górołazach. Kurde, no przecież bez przesady można powiedzieć, że ta linia to było dla nas doświadczenie formacyjne, pokoleniowe: chciało się w Beskid Wyspowy, w Gorce, trzeba było tyrpać się tędy (najlepiej tym składem, który odchodził z nowosądeckiej stacji głównej - do dziś pamiętam! - bodaj kwadrans po szóstej rano; ci mieszkający bliżej centrum wsiadali na Nowy Sącz Miasto, P. wskakiwał w Chełmcu. Chciało się gdzieś dalej i na dłużej, w Żywiecki albo Śląski - to samo: najpierw do końca, do Chabówki, a potem przesiadka w kierunku Suchej Beskidzkiej, Makowa Podhalańskiego (próby dotarcia przez Chabówkę w Tatry to już jednak były dla ekstremistów, tu już bardziej opłacał się autobus)... Jasne, jeździło się też gdzie indziej (i znacznie częściej) - w Beskid Sądecki, linią przez Dolinę Popradu, głównie do Rytra i Piwnicznej; ale to nie było to samo: nawet do Piwnicznej jechało się na pewno dobrze poniżej godziny, połączeń było daleko więcej, pociągi lepsze, wypełnione ludźmi, w razie czego spokojnie można było dostać się też autobusem.
***
Przestrzeń kolejowa, na której odpoczywał "Infernal", była wąskim parowem wciśniętym pomiędzy dwie pierzeje prostopadłych niemal, dziko nawisłych skalnych ścian, strzelających w niebo na jakie 3000 metrów. Do stóp jednego z tych olbrzymów przywarł dworzec Buon Ritiro. Przywarł poddańczo i jakby z cichą rezygnacją zdjętego śmiertelną trwogą dziecka. Wyskakujące ze zbocza góry dwa okrutne wiszary, dwie drapieżne łapy tytana zaciążyły nad stacją, grożąc bezwzględną zagładą.
Od tych to prostopadłych ścian uderzył nagle ów dziwny fioletowy blask, który przepoił sobą wszystko. Skały Ustroni fosforyzowały.
Przy tym upiornie pięknym świetle ujrzał Leszczyc twarze towarzyszy podróży.
Były dziwnie spokojne i senne. Niedawno jeszcze tak natarczywie dopytujący się o przyczynę zatrzymania pociągu, pełni życia i zainteresowani ludzie teraz jakby zobojętnieli na wszystko. W ruchach powolni, ospali, snuli się pojedynczo lub grupami po torze przed stacją, przechadzali znużonym krokiem po peronie lub wyczerpani, bezsilni opadali na ławki. Kobiety z dziećmi schroniły się do poczekalni i zdawały się gotować na nocny spoczynek. Nikt nie myślał o dalszej podróży. Jakby wskutek tajemniczego porozumienia nie rozmawiano ze sobą prawie zupełnie. Pasażerowie milcząc wymijali się wzajemnie i jakby unikali spojrzenia sobie w oczy.
***
No więc właśnie - Linia 104 to było, po pierwsze, coś elitarnego. Autobusy mieliśmy w pogardzie (z różnych względów, choć również z tych zdroworozsądkowych; wtedy, ponad dwie dekady temu, kolej - zwłaszcza połączenia osobowe - była skokowo tańsza niż pekaesy, poza tym korzystaliśmy w uczniowskiej, pięćdziesięcioprocentowej podówczas zniżki; no i pociągi kursowały znacznie częściej i gęściej niż dziś), jak było trzeba, to owszem, wskakiwało się do jednego z tych zakupionych bodaj przez KMiG Piwniczna na jakimś skandynawskim demobilu, niewygodnych, zatłoczonych i kompletnie niedostosowanych do naszych warunków atmosferycznych "koziołków" (do dziś nie wiem, skąd wzięła się ta nazwa), które obsługiwały trasę do Kosarzysk, ale jak tylko się dało - wybieraliśmy pociąg.
A zmierzając na Chabówkę - gdzie dojechać się dało wyłącznie koleją; autobusem moglibyśmy dotrzeć pewnie najwyżej do Limanowej - mieliśmy uczucia porównywalne, jak sądzę, z tym, co mogli czuć pasażerowie pierwszych północnoamerykańskich połączeń transkontynentalnych albo pionierzy przejazdów koleją transsyberyjską: oto wcinaliśmy się w jakąś pierwotną dzicz, w jakiś nieodkryty jeszcze, niepomiernie szeroki świat, w tempie czujnie ślamazarnym wyrąbywaliśmy wąski klin w tym, co nieznane. Mijając kolejne stacje i przystanki (istniejące w naszej świadomości wyłącznie jako nazwy orientacyjne, stygmaty dworców, znikliwe punkty styczne między tym, co pokonywało się po szynach i tym, co można było przemierzyć wyłącznie na piechotę; do dziś nie wiem, czy kiedykolwiek zapuściłem się do centrum Tymbarku albo Dobrej), porzucaliśmy ze wzgardą drobnomieszczańskie wygody, wykopywaliśmy sobie spod stóp cywilizacyjne stołki.
A zmierzając na Chabówkę - gdzie dojechać się dało wyłącznie koleją; autobusem moglibyśmy dotrzeć pewnie najwyżej do Limanowej - mieliśmy uczucia porównywalne, jak sądzę, z tym, co mogli czuć pasażerowie pierwszych północnoamerykańskich połączeń transkontynentalnych albo pionierzy przejazdów koleją transsyberyjską: oto wcinaliśmy się w jakąś pierwotną dzicz, w jakiś nieodkryty jeszcze, niepomiernie szeroki świat, w tempie czujnie ślamazarnym wyrąbywaliśmy wąski klin w tym, co nieznane. Mijając kolejne stacje i przystanki (istniejące w naszej świadomości wyłącznie jako nazwy orientacyjne, stygmaty dworców, znikliwe punkty styczne między tym, co pokonywało się po szynach i tym, co można było przemierzyć wyłącznie na piechotę; do dziś nie wiem, czy kiedykolwiek zapuściłem się do centrum Tymbarku albo Dobrej), porzucaliśmy ze wzgardą drobnomieszczańskie wygody, wykopywaliśmy sobie spod stóp cywilizacyjne stołki.
***
Boroń zasadniczo nie cierpiał pasażerów; irytowała go ich "praktyczność". Dla niego istniała kolej dla kolei, nie dla podróżnych. Zadaniem kolei było nie przewożenie ludzi z miejsca na miejsce w celach komunikacyjnych, lecz ruch jako taki i pokonywanie przestrzeni. Cóż ją mogły obchodzić marne interesy ziemskich pigmejów, zabiegi przemysłowe oszustów, plugawe przetargi handlarzy? Stacje były nie na to, żeby na nich wysiadać, lecz by mierzyły przebytą drogę; przystanie kolejowe były probierzem jazdy, ich kolejna zmiana, jak w kalejdoskopie, dowodem postępów ruchu.
***
Po pierwsze zatem - elitarność, gówniarska inkarnacja mitu zdobywcy i pioniera... Po drugie (i stokroć, tysiąckroć ważniejsze) przejazdy Linią 104 uczyły nas istoty podróżowania koleją, którą to istotą jest podróżowanie dla podróżowania, czyste doświadczenie przemierzania przestrzeni; czyste - czyli niezmącone pyknoleptyczną (by sięgnąć po słynny termin Paula Virilio) neurozą pośpiechu. Narzekania na jakość połączeń kolejowych w Polsce - że powolne, że wiecznie spóźnione, że rzadkie, że zaczynające się i kończące daleko od zamierzonego punktu wyjazdu i dojścia - wydają mi się wyrastać z absolutnego niezrozumienia istoty kolei. Dla tych, którzy chcą szybko - jest samolot (zwłaszcza w czasie, gdy sieć połączeń krajowych jest tak rozbudowana i tak, przy odrobinie zapobiegliwości, niedroga); dla ceniących sobie transport od progu do progu i bez konieczności podporządkowania się rozkładom jazdy - samochód; również połączenia busowe i autokarowe (na większe odległości) to coś, co można polecić śpieszącym się. Ale pociąg to co innego, to sama istota podróży, drogi, metafizyki zmiany miejsca pobytu - i nie bez powodu pociąg bodaj najbardziej udomawia (kuszetki, bezproblemowo dostępne toalety, wagony restauracyjne, możliwość zmiany pozycji, pospacerowania) przestrzeń podróżowania: bo tu nie chodzi o to, by skądś wyjechawszy, dokądś dotrzeć, redukując czas między tymi punktami do wielkości jak najmniejszych, najlepiej niemierzalnych. Czyli - w sumie - mamy podróżować bez podróżowania, ideałem byłaby teleportacja. A w pociągu, wagonie, przedziale - mamy się ukorzenić, by móc celebrować właśnie drogę, odległość, ruch.
Tego właśnie uczyły nad przejazdy do Dobrej lub Tymbarku (bo Łopień i Mogielica), do Kasiny (bo Śnieżnica i Ćwilin), do Mszany Dolnej (bo Szczebel), do Raby Niżnej (bo Luboń, koniecznie percią Borkowskiego), do Zarytego i Rabki (bo Turbacz) - konieczności pogodzenia się z dostojeństwem groteskowo powolnego pokonywania kolejnych kilometrów. Czy tego chcieliśmy, czy nie - pustawe, szare, zużyte, brudne, wiecznie niedogrzane bezprzedziałowe wagony stawały się kapsułą wyjątkowo dotykalnego czasu. Nuda, puste trwanie, które na tak rozmaite (nie zawsze odpowiedzialne) sposoby próbowaliśmy zapełnić, nasycić czymś sensownym (rozmowami, gitarą, jedzeniem, kartami, zalotami) - ostatecznie kapitulowaliśmy i ze wzrokiem zastygłym w tak doskonale znanych pejzażach wtapialiśmy się w skład, zapuszczaliśmy korzenie w skajowe siedzenia, stawaliśmy się istotową częścią uporczywego trwania jazdy; na prawach jakiejś pogańskiej perychorezy - trzecią nieboską osobą w nieświętej wiekuistej trójcy pociągu, trasy i podróżującego ...
Tego właśnie uczyły nad przejazdy do Dobrej lub Tymbarku (bo Łopień i Mogielica), do Kasiny (bo Śnieżnica i Ćwilin), do Mszany Dolnej (bo Szczebel), do Raby Niżnej (bo Luboń, koniecznie percią Borkowskiego), do Zarytego i Rabki (bo Turbacz) - konieczności pogodzenia się z dostojeństwem groteskowo powolnego pokonywania kolejnych kilometrów. Czy tego chcieliśmy, czy nie - pustawe, szare, zużyte, brudne, wiecznie niedogrzane bezprzedziałowe wagony stawały się kapsułą wyjątkowo dotykalnego czasu. Nuda, puste trwanie, które na tak rozmaite (nie zawsze odpowiedzialne) sposoby próbowaliśmy zapełnić, nasycić czymś sensownym (rozmowami, gitarą, jedzeniem, kartami, zalotami) - ostatecznie kapitulowaliśmy i ze wzrokiem zastygłym w tak doskonale znanych pejzażach wtapialiśmy się w skład, zapuszczaliśmy korzenie w skajowe siedzenia, stawaliśmy się istotową częścią uporczywego trwania jazdy; na prawach jakiejś pogańskiej perychorezy - trzecią nieboską osobą w nieświętej wiekuistej trójcy pociągu, trasy i podróżującego ...
***
Od pewnego czasu pojawił się na liniach kolei państwowych jakiś pociąg nie objęty powszechnie znanym rejestrem, nie wciągnięty w poczet kursujących parowozów, słowem, intruz bez patentu i aprobaty. Nie zdołano nawet określić, do jakiej należał kategorii i z jakiej wyszedł fabryki, gdyż momentalnie krótki przeciąg czasu, przez jaki dawał się za każdym pojawieniem obserwować, uniemożliwiał jakąkolwiek w tym względzie orientację. W każdym razie, wnosząc z nieprawdopodobnej wprost chyżości, z jaką przesuwał się przed oczami zdumionych widzów, musiał zajmować bardzo wysoki stopień w skali pojazdów: był to pociąg co najmniej błyskawiczny.
Lecz rzeczą najbardziej niepokojącą była jego nieobliczalność. Intruz pojawiał się to tu, to tam, nadchodził nagle ni stąd, ni zowąd, skądś z odległej przestrzeni linii kolejowej, przelatywał z szatańskim szumem po torach i znikał gdzieś w dali; dziś widziano go koło stacji M., nazajutrz wyłonił się gdzieś w czystym polu poza miastem W., w parę dni później przeszybował z oślepiającym tupetem koło budki dróżnika w okolicach przystanku G.
Zrazu myślano, że szalony pociąg należy do istniejącego etatu i tylko opieszałość lub omyłka urzędników ruchu nie zdołała dotąd stwierdzić jego tożsamości. Zaczęły się więc dochodzenia, sygnalizacje bez końca, wzajemne porozumiewania się stacji - wszystko bez skutku: intruz po prostu drwił sobie z wysiłków funkcjonariuszy, wynurzając się zwykle tam, gdzie go się najmniej spodziewano.
Szczególnie przygnębiająco działała okoliczność, że nigdzie go nie można było przyłapać, nigdzie dopaść ni zatrzymać. Urządzony kilkakrotnie w tym celu pościg na jednej z najwyborniejszych maszyn, uznanej w całym tego słowa znaczeniu za ostatni wyraz współczesnej techniki, zrobił ohydne fiasko; niesamowity pociąg wziął rekord bez zająknienia.
***
Wszystko zatem zaczyna się właśnie tam - na Linii Kolejowej nr 104; nawet to, co było wcześniej.
Czyli - na przykład - pierwsza w ogóle moja podróż pociągiem: początek lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia, prawie na pewno jeszcze parowóz (regularny, nie jakaś tam retro-fanaberia), ekscytujący, z dawna obiecywany wyjazd do Barcic z Mamą, gdzie jesienią zawsze spotykaliśmy się z rodziną jej koleżanki z pracy, by wspólnie zbierać opieńki. Albo - niewiele później - pierwsza wyprawa nad morze (wycieczka pracownicza sądeckiego Urzędu Wojewódzkiego: mysz w przedziale, kilka nocy w wagonie socjalnym na bocznicy dworca w Gdyni, ciągłe spadanie z wąskiego łóżka kuszetki - mimo nadmuchiwanej pszczółki Mai w charakterze przytulanki). I wakacyjne wyjazdy do rodziny: pobudka po czwartej rano, pierwszy poranny autobus do Krakowa po szóstej, zwiedzanie Miasta Królów i posiłek w legendarnym barze mlecznym Smok (jego duch - niczym upiór z indiańskiego cmentarza, jak w prozie Kinga - nawiedza nocami puste połacie Galerii Krakowskiej), a potem - pociąg, ach, pociąg do Kluczborka lub Kłodzka, lub Wrocławia. I pierwszy wyjazd bez Mamy: na wczasy zdrowotne do Międzyzdrojów, w maju 1989 (bezsenna noc pokotem w przedziale bez miejsc do spania, apokaliptyczne łuny Górnego Śląska).
Także to, co potem - slajdy z tych zapewne tysięcy kilometrów spędzonych w monotonnym, hipnotycznym pląsie nad torami. Na przykład pierwsza dłuższa samotna podróż, której szczegółowe dane odtwarzam z odręcznie wypisanego przez kasjerkę blankietu biletowego, jednej z nielicznych zachowanych relikwii tamtego mojego życia: połączenie osobowe z Jawora do Nowego Sącza, 12 listopada 1995 (Jawor to Zlot w Krainie Łagodności, jedna z najświetniejszych cyklicznych harcerskich imprez tamtego czasu; pamiętam zgrozę, z jaką dzień wcześniej oglądałem w Jaworze ogólnopolski spęd skinów - na tak rozpaczliwe sposoby próbowaliśmy wtedy uświadamiać wszystkim niebezpieczeństwo odradzającego się nacjonalizmu; tak bardzo nikt nas wtedy nie słuchał, a dziś widać, że to my mieliśmy rację!), 494 kilometry, cena - o święta Katarzyno Aleksandryjska! - dziesięć i ćwierć (!) złotego.
To ennumeratio mogłoby nie mieć - jak każde szanujące się wyliczenie (królewska figura melancholii, a wszak wedle horoskopu celtyckiego urodziłem się w znaku wierzby, drzewa melankolicznego) - końca; jakbym chciał dokonać rzetelnej wiwisekcji wspomnień, utonąłbym w smakach, zapachach, echach przypadkowych (i nie) rozmów, powidokach lektur (mógłbym ułożyć osobną bibliotekę książek-szczególnie-akuratnych-na-podróż-pociągiem), wydarzeniach (litry gorzały i bimbru wypitego z Rumunami na łączeniu między wagonami, po kostki w śmieciach, w jedynym wolnym miejscu nocnego składu z Cluju do Gura Humorului; płackartne z Lwowa do Kijowa i z Kijowa do Chersonu; rozsłoneczniony bezkres Dunaju walącego przez Żelazną Bramę widziany z okien linii łączącej Drobeta-Turnu Severin i Orszowę; wymuszone przez powódź postoje w środku stepów gładzących wschodni Krym, w drodze do Kerczu; instrukcję wskakiwania do odjeżdżającego pociągu - "dwoma rękami się, kurwa, łap, zawsze dwoma!" - udzieloną mi przez przygodnego współpasażera, który wciągnął mnie na ostatni stopień; dzika, bezczelnie wolna twarz pięknej Cyganki odpluwającej łupiny słonecznika na podłogę w składzie rozpychającym cuchnące ropą powietrze gdzieś między Bukaresztem a Morzem Czarnym; nocny powrót z festiwalu Port Legnica, gdzie sterroryzowaliśmy obsługę Warsu, by pozwolili nam uczcić dyskusje o poezji i wsłuchiwanie się w popisy absolutnie nieprawdopodobnej erudycji Dycia paleniem; konduktor, który tak podejrzliwie sprawdzał legitymację szkolną Ł., że nawet nie zwrócił uwagi na to, iż opieczętowuje mu już ostemplowany bilet sprzed miesiąca, opiewający na całkowicie inną trasę; szalona krzyżówka świątecznej biesiady i jarmarku, którą wypełniały się upiornie stare wagony, odczepiające się od lokomotywy na opasującej wschodnie stoki Gorganów trasy z Jaremcza do Rachowa, jedynej znanej mi, po której pociąg ślimaczy się wolniej niż na Linii 104). I właśnie: często jest tak, że to, co wydarzyło mi się w czasie podróży, zapisało się trwalej niż to, co było przed i co nastąpiło po.
To ennumeratio mogłoby nie mieć - jak każde szanujące się wyliczenie (królewska figura melancholii, a wszak wedle horoskopu celtyckiego urodziłem się w znaku wierzby, drzewa melankolicznego) - końca; jakbym chciał dokonać rzetelnej wiwisekcji wspomnień, utonąłbym w smakach, zapachach, echach przypadkowych (i nie) rozmów, powidokach lektur (mógłbym ułożyć osobną bibliotekę książek-szczególnie-akuratnych-na-podróż-pociągiem), wydarzeniach (litry gorzały i bimbru wypitego z Rumunami na łączeniu między wagonami, po kostki w śmieciach, w jedynym wolnym miejscu nocnego składu z Cluju do Gura Humorului; płackartne z Lwowa do Kijowa i z Kijowa do Chersonu; rozsłoneczniony bezkres Dunaju walącego przez Żelazną Bramę widziany z okien linii łączącej Drobeta-Turnu Severin i Orszowę; wymuszone przez powódź postoje w środku stepów gładzących wschodni Krym, w drodze do Kerczu; instrukcję wskakiwania do odjeżdżającego pociągu - "dwoma rękami się, kurwa, łap, zawsze dwoma!" - udzieloną mi przez przygodnego współpasażera, który wciągnął mnie na ostatni stopień; dzika, bezczelnie wolna twarz pięknej Cyganki odpluwającej łupiny słonecznika na podłogę w składzie rozpychającym cuchnące ropą powietrze gdzieś między Bukaresztem a Morzem Czarnym; nocny powrót z festiwalu Port Legnica, gdzie sterroryzowaliśmy obsługę Warsu, by pozwolili nam uczcić dyskusje o poezji i wsłuchiwanie się w popisy absolutnie nieprawdopodobnej erudycji Dycia paleniem; konduktor, który tak podejrzliwie sprawdzał legitymację szkolną Ł., że nawet nie zwrócił uwagi na to, iż opieczętowuje mu już ostemplowany bilet sprzed miesiąca, opiewający na całkowicie inną trasę; szalona krzyżówka świątecznej biesiady i jarmarku, którą wypełniały się upiornie stare wagony, odczepiające się od lokomotywy na opasującej wschodnie stoki Gorganów trasy z Jaremcza do Rachowa, jedynej znanej mi, po której pociąg ślimaczy się wolniej niż na Linii 104). I właśnie: często jest tak, że to, co wydarzyło mi się w czasie podróży, zapisało się trwalej niż to, co było przed i co nastąpiło po.
***
Tłum rzuca się zwartym naporem ku balaskom i łamie je... Obłąkane oczy instynktownie patrzą w prawo, gdzie służba wyległa, i widzą spazmatyczne, bezcelowo wściekłe wibracje latarek usiłujących zawrócić pociąg jakiś, który z całym rozmachem nadjeżdża z przeciwnej strony torem zajętym przez osobowy z Brzeska. Wichurę gwizdów przerzynają rozpaczliwe odzewy trąbek i piekielna wrzawa ludzi. Nadaremnie. Nieoczekiwany parowóz zbliża się z zawrotną chyżością; olbrzymie, zielone ślepia maszyny roztrącają ciemność upiornym spojrzeniem, potężne tłoki obracają się z bajeczną, opętaną sprawnością...
Z tysiąca piersi wyrywa się okropną trwogą, bezdenną paniką nabrzmiały okrzyk:
- To on! Obłąkany pociąg! Szaleniec! Na ziemię! Ratunku! Na ziemię! Giniemy! Ratunku! Giniemy!
Jakaś gigantyczna, szara masa przelatuje nad pokotem ciał, popielata, mglista masa z wykrojami okien na przestrzał - czuć wicher szatańskiego przeciągu, wiejący z tych otwartych nor, słychać łopot rozwianych szaleńczo żaluzji, znać widmowe twarze pasażerów...
Wtem dzieje się coś dziwnego. Obłąkany pociąg zamiast zdruzgotać dosięgniętego już drapieżnie towarzysza, przechodzi przezeń jak mgła; przez chwilę widać, jak przesuwają się przez siebie dwie pierzeje wozów, ocierają bezgłośnie ściany wagonów, przenikają w paradoksalnej osmozie tryby i osie kół - jeszcze sekunda i intruz, przesiąkłszy z błyskawiczną furią przez stały organizm pociągu, sczeza i rozwiewa się po drugiej stronie gdzieś w polu. Ucichło...
Na torze przed stacją stoi spokojnie nienaruszony osobowy z Brzeska. Wkoło cisza bez kresu, bez dna. Tylko od łąk, tam w dali, idzie ściszony poświerk koników, tylko po drutach, tam w górze, płynie mrukliwa gawęda telegrafu...
***
Każdy sposób podróżowania obrasta swoją kulturą - strojem, językiem, infrastrukturą, normami grzecznościowymi, rytuałem... Jadalnia w schronisku studenckim, stacja benzynowa, bezcłowa strefa terminalu lotniczego, sekciarskie knajpy dla wielbicieli żeglowania, zlot motocyklistów - każda z tych przestrzeni staje się odrębnym ekosystemem tętniącym nieporównywalną, ekskluzywną, endemiczną formą życia. Na tym tle kultura kolei wydaje mi się czymś szczególnie wyrazistym, spektakularnym i zawłaszczającym: każdy metr nowych torów bywał w lokalnych warunkach pierwiastkiem epicznym, przepoczwarzającym wsie w miasteczka, miasteczka w miasta, ustronia w kurorty, sielskie łąki w przemysłowy rozgardiasz, chłopów i drobnomieszczan w wykwalifikowaną kadrę kolejową, statecznych domatorów w rozgorączkowanych globtroterów; snuły się nowe narracje, rychło poważniejąc w legendy, mity i klechdy.
To szczególne miejsce, jakie w naszej zbiorowej świadomości (i nieświadomości) zajmuje kolej, wynika - jak sądzę - z tego, że to właśnie pociąg przemienił nas w skali masowej w zwierzęta podróżujące. Koczownictwo naszych praprzodków to sprawa zupełnie inna - nie tyle podróż there and back again, co intuicyjna, wymuszona przez warunki zewnętrzne, radykalna zmiana miejsca pobytu całej społeczności, czasem doraźna, a czasem trwała przeprowadzka; karawany, krucjaty, pielgrzymki, zamorskie wyprawy żaglowców - to z kolei coś nadmiernie elitarnego, zawsze co najmniej na poły mistycznego, wymagającego szczególnego hartu ducha, rozumu i ciała (takoż przygotowania i funduszy) dostępnych jedynie nielicznym. Tymczasem wraz z rozrostem na skalę przemysłową infrastruktury kolejowej odkryliśmy w sobie moc ekspansji danej każdemu: pociągi podbijały przestrzeń, stawały się układem krwionośnym i nerwowym wielkich centrów cywilizacji, unieważniały różnice, działały jak stalowa sieć, w którą zagarniano kolejne miejsca i mieszkających tam ludzi; młodopolski dandys wsiadał do przedziału w Krakowie i parę godzin później wysiadał niezmienionym dandysem w Wiedniu, by udać się na poszukiwanie kielicha absyntu do czegoś, co w miarę najbardziej przypominałoby mu Jamę Michalika; bezrobotny tramp z lat Wielkiego Kryzysu wskakiwał do pierwszego lepszego towarowego, by gdzie indziej przeżywać te same frustracje i nadzieje swego trampowego bezrobocia.
Zrozumiałem to, gdy po raz pierwszy wsiadłem do parowozu pamiętającego takie właśnie heroiczne, epickie i mityczne czasy kolei - w muzeum Mały Świat Techniki U6 w Dolnych Witkowicach, industrialnej dzielnicy czeskiej Ostravy (nie mogę na marginesie nie wspomnieć, że cały ten fenomenalnie zaaranżowany poprzemysłowy kompleks wart jest ze wszech miar odwiedzenia); wyobraziłem sobie, jak to mogło być: małe piekiełko paleniska, para zmieszana z węglowym miałem i potężne szarpnięcie, wolą jednego człowieka wprawiające w ruch wielotonową żelazną bestię, która następnie pożerać będzie tysiące mil Wielkich Równin lub wiorsty syberyjskiej tajgi. Tak, tutaj człowiek mógł się poczuć panem świata, tłokiem cywilizacji, opancerzonym misjonarzem potęgi niezmożonego ducha Zachodu - kimś, kto pędem Maszyny rozdmuchuje iskry rozniecone przez płonące na dworcach Paryża, Londynu, Berlina i Wiednia ognie oświecenia.
Zrozumiałem to, gdy po raz pierwszy wsiadłem do parowozu pamiętającego takie właśnie heroiczne, epickie i mityczne czasy kolei - w muzeum Mały Świat Techniki U6 w Dolnych Witkowicach, industrialnej dzielnicy czeskiej Ostravy (nie mogę na marginesie nie wspomnieć, że cały ten fenomenalnie zaaranżowany poprzemysłowy kompleks wart jest ze wszech miar odwiedzenia); wyobraziłem sobie, jak to mogło być: małe piekiełko paleniska, para zmieszana z węglowym miałem i potężne szarpnięcie, wolą jednego człowieka wprawiające w ruch wielotonową żelazną bestię, która następnie pożerać będzie tysiące mil Wielkich Równin lub wiorsty syberyjskiej tajgi. Tak, tutaj człowiek mógł się poczuć panem świata, tłokiem cywilizacji, opancerzonym misjonarzem potęgi niezmożonego ducha Zachodu - kimś, kto pędem Maszyny rozdmuchuje iskry rozniecone przez płonące na dworcach Paryża, Londynu, Berlina i Wiednia ognie oświecenia.
***
- Należy pan do nielicznych wyjątków, w ogóle dotąd znalazłem w pociągu tylko siedem osób, które głębiej pojęły te historie i oświadczyły gotowość zapuszczenia się wraz ze mną w labirynt konsekwencji. Może w panu pozyskam ósmego ochotnika?
- To będzie zależało od stopnia i jakości objaśnień, które mi pan dłużny.
- Oczywiście. Po to tutaj jestem. - Przede wszystkim powinien pan wiedzieć, że tajemnicze wagony wyszły na linię wprost ze ślepego toru.
- Co to ma znaczyć?
- To znaczy, że przed puszczeniem ich w obieg odpoczywały czas dłuższy na ślepym torze i oddychały jego specyficzną atmosferą.
- Nie rozumiem. Przede wszystkim co to jest ślepy tor?
- Uboczna, wzgardzona odrośl szyn, samotne odgałęzienie toru, rozciągnięte na przestrzeni 50-100 m, bez wyjścia, bez wylotu, zamknięte sztucznym wzgórzem i rampą kresową. Niby uschła gałąź zielonego drzewa, niby kikut okaleczałej ręki...
Ze słów kolejarza płynął głęboki, tragiczny liryzm. Profesor patrzył nań zdumiony.
- Wokół zaniedbanie. Zielska przerastają zardzewiałe szyny; bujne, polne trawy, łoboda, rumian dziki i oset. Z boku odpada na poły strupieszała zwrotnica z wybitym szkłem latarni, której nocą nie ma komu zapalić. Bo i po co? Tor to przecież zamknięty, nie ujedziesz nim dalej niż 100 m. Opodal na liniach wre ruch parowozów, tętni życie, pulsują kolejowe arterie. Tu wiecznie cicho. Czasem zabłąka się w drodze maszyna przetokowa, czasem wtoczy niechętnie wóz odszybowany; niekiedy wjedzie na dłuższy spoczynek zniszczony jazdą wagon, zatoczy się ciężko, leniwo i stanie niemy na całe miesiące lub lata.
Głos kolejarza załamał się. Profesor odczuł jego wzruszenie; liryzm opisu zdumiał go i przejął zarazem. Lecz skąd ta nuta rzewności?
- Odczułem - podjął po czasie - poezję ślepego toru, lecz nie umiem wytłumaczyć sobie, jak atmosfera jego może wywołać wspomniane objawy.
- Z poezji owej - objaśnił garbaty - wieje głęboki motyw tęsknoty - tęsknoty ku nieskończonym dalom, do których dostęp zamknięty kopcem granicznym, zagwożdżony drewnem rampy. Tuż obok pędzą pociągi, pomykają w szeroki, piękny świat maszyny - tu tępa granica trawiastego wzgórza. Tęsknota upośledzenia. - Czy rozumie pan? - Tęsknota bez nadziei ziszczeń rodzi pogardę i nasyca się sobą, aż przerośnie mocą pragnień szczęśliwą rzeczywistość... przywileju. Rodzą się tu utajone siły, gromadzą od lat nie ziszczone moce. Kto wie, czy nie wybuchną żywiołem? A wtedy prześcigną codzienność i spełnią zadania wyższe, piękniejsze niż rzeczywistość. Sięgną poza nią...
- A czy można wiedzieć, gdzie się znajduje ów tor? Przypuszczam, że miał pan na myśli pewien ściśle określony?
- Hm - uśmiechnął się - to zależy. Zapewne jakiś jeden był punktem wyjścia. Lecz ślepych torów pełno jest wszędzie przy każdej stacji. Może być ten, może być ów.
- Tak, tak, ale mnie chodzi o ten jeden, z którego wyjechały na linię owe wagony.
Garbus pokręcił niecierpliwie głową:
- Nie rozumiemy się. Kto wie, może tajemniczy tor da się odkryć wszędzie? Tylko go trzeba umieć odszukać, wytropić - trzeba umieć wpaść nań, zajechać, wdrożyć się w jego koleinę.
Głos kolejarza załamał się. Profesor odczuł jego wzruszenie; liryzm opisu zdumiał go i przejął zarazem. Lecz skąd ta nuta rzewności?
- Odczułem - podjął po czasie - poezję ślepego toru, lecz nie umiem wytłumaczyć sobie, jak atmosfera jego może wywołać wspomniane objawy.
- Z poezji owej - objaśnił garbaty - wieje głęboki motyw tęsknoty - tęsknoty ku nieskończonym dalom, do których dostęp zamknięty kopcem granicznym, zagwożdżony drewnem rampy. Tuż obok pędzą pociągi, pomykają w szeroki, piękny świat maszyny - tu tępa granica trawiastego wzgórza. Tęsknota upośledzenia. - Czy rozumie pan? - Tęsknota bez nadziei ziszczeń rodzi pogardę i nasyca się sobą, aż przerośnie mocą pragnień szczęśliwą rzeczywistość... przywileju. Rodzą się tu utajone siły, gromadzą od lat nie ziszczone moce. Kto wie, czy nie wybuchną żywiołem? A wtedy prześcigną codzienność i spełnią zadania wyższe, piękniejsze niż rzeczywistość. Sięgną poza nią...
- A czy można wiedzieć, gdzie się znajduje ów tor? Przypuszczam, że miał pan na myśli pewien ściśle określony?
- Hm - uśmiechnął się - to zależy. Zapewne jakiś jeden był punktem wyjścia. Lecz ślepych torów pełno jest wszędzie przy każdej stacji. Może być ten, może być ów.
- Tak, tak, ale mnie chodzi o ten jeden, z którego wyjechały na linię owe wagony.
Garbus pokręcił niecierpliwie głową:
- Nie rozumiemy się. Kto wie, może tajemniczy tor da się odkryć wszędzie? Tylko go trzeba umieć odszukać, wytropić - trzeba umieć wpaść nań, zajechać, wdrożyć się w jego koleinę.
***
Dworce, dworce... Osobna epopeja. Czasem były to łapane na szybko zza okien powidoki (westernowe puste trwanie surowych i ubożuchnych stacyjek w Rabie Niżnej albo w Rabce-Zarytem i - a contrario - martwy, nieludzki luksus wciśniętego w najgłębsze siodło jednej z przecinających rumuńskie Karpaty przełęczy dworca w Sinai, wsi zamienionej niegdyś na prywatny wakacyjny folwark Nicolae Ceaușescu), czasem musiały zamieniać się w chwilowe domostwo (węgierskie Biharkeresztes, gdzie w mikroskopijnej poczekalni rozbijaliśmy na bezczelnego regularny obóz w noc przed przekroczeniem granicy rumuńskiej ziemi obiecanej). Bywały takie, które smakowały magią wielkich rozdroży (Tarnów, gdzie trzeba było podjąć ostateczną decyzję, czy z południa dalej na północ, czy może jednak na wschód lub zachód; Stróże, gdzie miała swój początek świetlna linia wiodąca w spowite legendami Bieszczady); niektóre straszyły (Aleksandrów Kujawski, rozbudowany ongiś na okazję jednorazowego pobytu cara Aleksandra ponad wszelką przyzwoitość, którego gigantyczne nieużywane potem połacie zasiedliło różnorakie nic), inne onieśmielały (prawdziwie bizantyński splendor Lwowa i Kijowa, gdzie zniesmaczeni funkcjonariusze gonili nas za próbę zrobienia sobie śniadania na wyłożonej w kącie holu karimacie).
Niektóre z nich pamiętam szczególnie dobrze z uwagi na jakieś jedno traumatyzujące przeżycie.
Na przykład ten w Busku - spory kęs drogi od miasta, już za tą otuliną sadów wgapioną w blokowiska, o czym tak pięknie pisał Wojciech Belon. Właśnie na grób Belona urządziłem sobie do Buska pielgrzymkę - był ostatni weekend października 1997, pierwszy rok studiów. Spełniwszy wszystkie żałobne powinności, powłóczywszy się po smętnym, co rusz zapaskudzanym pierwszymi tej jesieni mokrymi śnieżycami kurorcie - poczłapałem właśnie na dworzec, zamierzając doczekać w poczekalni pierwszego porannego połączenia do Kielc. Stację kolejową ma Busko piękną, nowoczesną, aż surrealną - zwiastująca nadchodzące nowe stulecie elegancja w środku niczego, w miejscu, gdzie pociągów i ich pasażerów jak na lekarstwo. I całe to dobro - jak się okazało - zamykane jest na noc, o czym poinformował mnie potężnie zaskoczony moją samotniczą obecnością dyżurny. Ponieważ kompletnie nie miałem co ze sobą zrobić (wracanie do miasta i szukanie ewentualnego noclegu nie miało sensu - czasy były jeszcze takie, że płaciło się gotówką, a tej miałem tyle, co na powrót i ewentualnie na jakieś nieskomplikowane żarcie, na pewno nie na opłacenie sobie dachu nad głową), przycupnąłem w kącie, gdzie akurat najmniej zawiewało śniegiem i pełen czarnych jak otaczająca mnie noc myśli zabrałem się do pisania listu do mojej ówczesnej wielkiej miłości, listu niewolnego od emfatycznych wyznań strachu przed zamarznięciem; listu poniekąd pożegnalnego... Po pewnym czasie otworzyły się drzwi od dyżurki i ten sam kolejarz, który uprzednio mnie spławił, zaprosił mnie do środka. Przysunął mi krzesło do biurka, życzył dobrej nocy i ułożył się na leżance. I tak jakoś przedrzemałem tę najdłuższą noc w roku (zmiana czasu na zimowy - stąd pamiętam, że to ostatnia październikowa sobota była). Pewnie tego nie przeczytasz, mój ówczesny najdroższy gospodarzu, święty człowieku - ale wiedz, że terapeutycznie przywołuję sobie ciebie w pamięci zwłaszcza wówczas, gdy ogarnia mnie najgłębsze zwątpienie w sens świata!
O, albo Symferopol. Wracaliśmy z Krymu, musiało być po połowie sierpnia 2002 roku - wielu z tych, których spotkaliśmy w czasie naszej ówczesnej peregrynacji (zwłaszcza lwowskich Polaków) nie mogło wyjść z zadziwienia, że my się tak włóczymy wtedy, gdy akurat w Łagiewnikach Jan Paweł II głosi pochwały bezwarunkowego bożego miłosierdzia... A w Symferopolu - jak to pisał w słynnym protest-songu o czorsztyńskich protestach ekologów Janusz Reichel - "taki mały stan wojenny": wizyta prezydenta Leonida Kuczmy na Krymie! Chyba musieliśmy wyglądać podejrzanie, skoro patrolujący okolice dworca milicjanci zgarnęli naszą czwórkę (i jeszcze jednego samotnego ukraińskiego turystę) na dworcowy posterunek na kontrolę bagażu. I może skończyłoby się na niczym - czyli na zwyczajowej łapówce - gdyby nie to, że ten zhaltowany razem z nami Ukrainiec miał ze sobą całą paczkę naprawdę groźnie wyglądających rakietnic... No to się zaczęło: jego gdzieś wyprosili, Kasię i K., żeńską połowę naszego antypaństwowego oddziału uderzeniowego, grzecznie puścili wolno, a plecaki mój i R. zaczęli wybebeszać do spodu. Na dłużej zainteresował ich portfel R.: tasowali banknoty, pytali o kurs złotówki do hrywny i nagle jakoś tak nieoczekiwanie kazali mu się pakować i zabierać (dopiero później się okazało, że R. skutkiem jakiejś kuglarskiej sztuczki wyszedł lżejszy o pięćdziesiąt zeta...). Zostałem sam - i niewesołe to było, bo nagle się okazało, że mój podróżny nóż nie spełnia jakichś tam norm, że kwalifikuje się jako broń biała (w domyśle: mógłbym nie bez widoków na sukces próbować wrazić go w dostojne prezydenckie serce), że konieczne jest wysłanie go do żmudnej ekspertyzy... No i tak sobie siedzieliśmy, a we mnie - początkowo obesranym ze strachu - narastał wkurw, bo dobrze było widać, że tu chodzi o to, bym zaproponował jakiś akuratny haracz za oswobodzenie, a ja po trzech tygodniach serdecznie dość już miałem tych ichnich mafijnych porządków. A chuj - myślę - chcecie siedzieć, to se siedźcie, mnie niespieszno (to akurat było nieprawdą, bo odjazd pociągu zbliżał się wielkimi krokami - a kupienie podówczas biletu na ukraińskie połączenie dalekobieżne to była operacja naprawdę karkołomna i z pewnością nie do zrobienia od tak, od ręki). Ale się zawziąłem okrutecznie i tak siedzimy, siedzimy, rozmowa nam się (delikatnie rzecz nazywając) nie klei - i w końcu to oni się znudzili, spękali, oddali mi rozpirzonego woodpeckera, oddali nóż i kazali wypierdalać. I rzucili na odchodne - "no, Przemek, ty to hardy jesteś". Do dziś mam to za jeden z największych komplementów, jakie w życiu usłyszałem.
Najważniejszy był jednak Przemyśl.
Dziś wygląda absurdalnie - odpicowany na wysoki błysk, wyświeżony, ale właściwie bezludny: coraz mniej połączeń, więc coraz też mniej podróżujących. Zmienił się w swoją własną parodię: kasjerki drzemią za nieskazitelnymi szybami, sprzątaczki bezsensownie pucują czystą jak świąteczny obrus podłogę, sokiści emanują nieutuloną tęsknotą za jakąkolwiek, najsłabszą nawet rozróbką do pogonienia. A kiedy byłem tu po raz pierwszy - końcem lata 1997 - miałem wrażenie, że wpadłem w sam środek jakiegoś podróżniczego pandemonium. Próbowałem drzemać w oczekiwaniu na świt, który miał porwać nas - po raz pierwszy w życiu - na Ukrainę, w Czarnohorę, P. (któremu parę godzin wcześniej zgubiłem gitarę na innym dworcu, tym tarnowskim) czuwał zabijając czas podczytywaniem mojego Próchna Berenta. A naokoło działa się wielka historia, zasypywały nas człowiecze gruzy z walącego się sowieckiego imperium - miało się wrażenie, że wszystkie ludy wschodu, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Mołdawianie i czort wie, kto jeszcze, właśnie tej nocy (choć pewnie była to noc jak każda inna tu wówczas) postanowili opuścić swą zombiaszczą międzynarodową ojczyznę proletariatu i uderzyć za zachód za chlebem. Kotłowało się to wszystko, przewalało, krążyło od jednego do drugiego szańca ułożonego z tych słynnych, niezniszczalnych kraciastych toreb, które stały się najłatwiej rozpoznawalnym materialnym fetyszem tamtych miejsc i czasów, handlarskiego losu tamtej koczowniczej ciżby rozwrzeszczanej kilkunastoma odmianami wschodniosłowiańskiego zaśpiewu. A potem następował dziki szturm na nocny skład odjeżdżający do Wrocławia - drzwiami i oknami, do przedziałów, na korytarze i do toalet, byle dalej w kierunku wyznaczanym przez dawno już zaszłe słońce, na targowiska niesyte tych ochłapów dawnego mocarstwowego życia, które my kupowaliśmy za bezcen nie bez wielkopańskiego poczucia, że wymierzamy oto akt dziejowej sprawiedliwości. Tak - do dziś myślę o dworcu w Przemyślu, tym sprzed ponad dwudziestu lat, jako o najważniejszym dla mnie symbolu tytanicznych przemian pojałtańskiego świata.
***
Jest wczesna, cudownie piękna jesień 1998 roku, z trzewi Warszawy Centralnej wytacza się pierwszy poranny pośpiech do Krakowa.
Zaiste - szalona była to noc. Przyjechałem popołudniem dnia poprzedniego do stolicy na urodziny Ł., przyjaciela z licealnej klasy, którego zaniosło tu na studia. Stołeczna diaspora sądeczan przywitała mnie radośnie na stacji i poprowadziła do jakiegoś podejrzanego kasyna oficerskiego, gdzie upiliśmy się po raz pierwszy. Potem ruszyliśmy na rynek i nad Wisłę, gdzie kolejną półlitrówką szybko zażegnaliśmy groźbę zbliżającego się wytrzeźwienia. Jeszcze potem akademik, chwila oddechu i kolejny rajd, tym razem do legendarnej Proximy. Tu znów alkohol, tańce i powrót późną nocą pod Pałac. Niektórzy z tych, którzy przetrwali, rozpełzli w poszukiwaniu jakiegoś otwartego jeszcze lokalu na after - moja droga wiodła na Centralny właśnie.
No więc ruszamy. Skład pusty. Zorze powoli wycinają z mroku kontury warszawskich wieżowców. Przy oknach na całej długości korytarza, kontemplując przedświt, stoi kilku facetów, wśród nich - ja. Palimy. Przechodzi konduktor, rzuca zza naszych pleców (do nikogo konkretnie) "panowie, tu się nie pali" - ale jakoś tak bez przekonania, nie wstrzymując kroku, ze wzrokiem wbitym w podłogę, zawstydzonym półszeptem. Nikt z nas nie odpowiada - po prostu w idealnej synchronizacji zaciągamy się swoimi papierosami. Wydmuchiwany na zewnątrz dym porywa pęd powietrza rozpędzającego się pociągu.
Niektóre z nich pamiętam szczególnie dobrze z uwagi na jakieś jedno traumatyzujące przeżycie.
Na przykład ten w Busku - spory kęs drogi od miasta, już za tą otuliną sadów wgapioną w blokowiska, o czym tak pięknie pisał Wojciech Belon. Właśnie na grób Belona urządziłem sobie do Buska pielgrzymkę - był ostatni weekend października 1997, pierwszy rok studiów. Spełniwszy wszystkie żałobne powinności, powłóczywszy się po smętnym, co rusz zapaskudzanym pierwszymi tej jesieni mokrymi śnieżycami kurorcie - poczłapałem właśnie na dworzec, zamierzając doczekać w poczekalni pierwszego porannego połączenia do Kielc. Stację kolejową ma Busko piękną, nowoczesną, aż surrealną - zwiastująca nadchodzące nowe stulecie elegancja w środku niczego, w miejscu, gdzie pociągów i ich pasażerów jak na lekarstwo. I całe to dobro - jak się okazało - zamykane jest na noc, o czym poinformował mnie potężnie zaskoczony moją samotniczą obecnością dyżurny. Ponieważ kompletnie nie miałem co ze sobą zrobić (wracanie do miasta i szukanie ewentualnego noclegu nie miało sensu - czasy były jeszcze takie, że płaciło się gotówką, a tej miałem tyle, co na powrót i ewentualnie na jakieś nieskomplikowane żarcie, na pewno nie na opłacenie sobie dachu nad głową), przycupnąłem w kącie, gdzie akurat najmniej zawiewało śniegiem i pełen czarnych jak otaczająca mnie noc myśli zabrałem się do pisania listu do mojej ówczesnej wielkiej miłości, listu niewolnego od emfatycznych wyznań strachu przed zamarznięciem; listu poniekąd pożegnalnego... Po pewnym czasie otworzyły się drzwi od dyżurki i ten sam kolejarz, który uprzednio mnie spławił, zaprosił mnie do środka. Przysunął mi krzesło do biurka, życzył dobrej nocy i ułożył się na leżance. I tak jakoś przedrzemałem tę najdłuższą noc w roku (zmiana czasu na zimowy - stąd pamiętam, że to ostatnia październikowa sobota była). Pewnie tego nie przeczytasz, mój ówczesny najdroższy gospodarzu, święty człowieku - ale wiedz, że terapeutycznie przywołuję sobie ciebie w pamięci zwłaszcza wówczas, gdy ogarnia mnie najgłębsze zwątpienie w sens świata!
O, albo Symferopol. Wracaliśmy z Krymu, musiało być po połowie sierpnia 2002 roku - wielu z tych, których spotkaliśmy w czasie naszej ówczesnej peregrynacji (zwłaszcza lwowskich Polaków) nie mogło wyjść z zadziwienia, że my się tak włóczymy wtedy, gdy akurat w Łagiewnikach Jan Paweł II głosi pochwały bezwarunkowego bożego miłosierdzia... A w Symferopolu - jak to pisał w słynnym protest-songu o czorsztyńskich protestach ekologów Janusz Reichel - "taki mały stan wojenny": wizyta prezydenta Leonida Kuczmy na Krymie! Chyba musieliśmy wyglądać podejrzanie, skoro patrolujący okolice dworca milicjanci zgarnęli naszą czwórkę (i jeszcze jednego samotnego ukraińskiego turystę) na dworcowy posterunek na kontrolę bagażu. I może skończyłoby się na niczym - czyli na zwyczajowej łapówce - gdyby nie to, że ten zhaltowany razem z nami Ukrainiec miał ze sobą całą paczkę naprawdę groźnie wyglądających rakietnic... No to się zaczęło: jego gdzieś wyprosili, Kasię i K., żeńską połowę naszego antypaństwowego oddziału uderzeniowego, grzecznie puścili wolno, a plecaki mój i R. zaczęli wybebeszać do spodu. Na dłużej zainteresował ich portfel R.: tasowali banknoty, pytali o kurs złotówki do hrywny i nagle jakoś tak nieoczekiwanie kazali mu się pakować i zabierać (dopiero później się okazało, że R. skutkiem jakiejś kuglarskiej sztuczki wyszedł lżejszy o pięćdziesiąt zeta...). Zostałem sam - i niewesołe to było, bo nagle się okazało, że mój podróżny nóż nie spełnia jakichś tam norm, że kwalifikuje się jako broń biała (w domyśle: mógłbym nie bez widoków na sukces próbować wrazić go w dostojne prezydenckie serce), że konieczne jest wysłanie go do żmudnej ekspertyzy... No i tak sobie siedzieliśmy, a we mnie - początkowo obesranym ze strachu - narastał wkurw, bo dobrze było widać, że tu chodzi o to, bym zaproponował jakiś akuratny haracz za oswobodzenie, a ja po trzech tygodniach serdecznie dość już miałem tych ichnich mafijnych porządków. A chuj - myślę - chcecie siedzieć, to se siedźcie, mnie niespieszno (to akurat było nieprawdą, bo odjazd pociągu zbliżał się wielkimi krokami - a kupienie podówczas biletu na ukraińskie połączenie dalekobieżne to była operacja naprawdę karkołomna i z pewnością nie do zrobienia od tak, od ręki). Ale się zawziąłem okrutecznie i tak siedzimy, siedzimy, rozmowa nam się (delikatnie rzecz nazywając) nie klei - i w końcu to oni się znudzili, spękali, oddali mi rozpirzonego woodpeckera, oddali nóż i kazali wypierdalać. I rzucili na odchodne - "no, Przemek, ty to hardy jesteś". Do dziś mam to za jeden z największych komplementów, jakie w życiu usłyszałem.
Najważniejszy był jednak Przemyśl.
Dziś wygląda absurdalnie - odpicowany na wysoki błysk, wyświeżony, ale właściwie bezludny: coraz mniej połączeń, więc coraz też mniej podróżujących. Zmienił się w swoją własną parodię: kasjerki drzemią za nieskazitelnymi szybami, sprzątaczki bezsensownie pucują czystą jak świąteczny obrus podłogę, sokiści emanują nieutuloną tęsknotą za jakąkolwiek, najsłabszą nawet rozróbką do pogonienia. A kiedy byłem tu po raz pierwszy - końcem lata 1997 - miałem wrażenie, że wpadłem w sam środek jakiegoś podróżniczego pandemonium. Próbowałem drzemać w oczekiwaniu na świt, który miał porwać nas - po raz pierwszy w życiu - na Ukrainę, w Czarnohorę, P. (któremu parę godzin wcześniej zgubiłem gitarę na innym dworcu, tym tarnowskim) czuwał zabijając czas podczytywaniem mojego Próchna Berenta. A naokoło działa się wielka historia, zasypywały nas człowiecze gruzy z walącego się sowieckiego imperium - miało się wrażenie, że wszystkie ludy wschodu, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Mołdawianie i czort wie, kto jeszcze, właśnie tej nocy (choć pewnie była to noc jak każda inna tu wówczas) postanowili opuścić swą zombiaszczą międzynarodową ojczyznę proletariatu i uderzyć za zachód za chlebem. Kotłowało się to wszystko, przewalało, krążyło od jednego do drugiego szańca ułożonego z tych słynnych, niezniszczalnych kraciastych toreb, które stały się najłatwiej rozpoznawalnym materialnym fetyszem tamtych miejsc i czasów, handlarskiego losu tamtej koczowniczej ciżby rozwrzeszczanej kilkunastoma odmianami wschodniosłowiańskiego zaśpiewu. A potem następował dziki szturm na nocny skład odjeżdżający do Wrocławia - drzwiami i oknami, do przedziałów, na korytarze i do toalet, byle dalej w kierunku wyznaczanym przez dawno już zaszłe słońce, na targowiska niesyte tych ochłapów dawnego mocarstwowego życia, które my kupowaliśmy za bezcen nie bez wielkopańskiego poczucia, że wymierzamy oto akt dziejowej sprawiedliwości. Tak - do dziś myślę o dworcu w Przemyślu, tym sprzed ponad dwudziestu lat, jako o najważniejszym dla mnie symbolu tytanicznych przemian pojałtańskiego świata.
***
On sam lubił porównywać siebie z Charonem, a stację powierzoną swej pieczy przemianował antycznym trybem na Ultima Thule. Widziałem w tym dziwactwie nie tylko reminiscencje ze studiów klasycznych, gdyż racja obu nazw tkwiła głębiej, niżby się na pozór zdawało.
Okolica Szczytnisk była dziwnie piękna. Chociaż oddalona od mojego posterunku ledwo o trzy kwadranse drogi pociągiem osobowym, zdradzała zasadniczo odrębny i swój charakter, jakiego nie spotykało się nigdzie w tych stronach.
Malutki budynek stacyjny, przytulony do potężnej, granitowej ściany spadającej prostopadle w dół, przypominał jaskółcze gniazdo, przypięte do wnęki skalnej. Wokoło spiętrzone na 2000 m szczyty grążyły w półmroku przestrzeń, stację i magazyny. Posępny smutek zwiany z czół olbrzymów owijał nieuchwytnym całunem kolejową przystań. W górze kłębiły się wieczne mgły i staczały w dół turbanami mokrych oparów. Na poziomie 1000 m, mniej więcej w połowie swej wysokości, tworzyła ściana gzems w kształcie olbrzymiej platformy, której wyżłobienie niby czarę wypełniało po brzegi modrzewiowe jezioro. Parę zaskórnych strumieni, zbratawszy się potajemnie w trzewiach góry, biło z jej boku tęczowym łukiem siklawy.
Po lewej usłoń skały w zarzuconym na ramiona wiecznie zielonym płaszczu jodeł i limb, po prawej dzikie urwisko z kosodrzewiną, naprzeciw, niby słup kresowy, nieugięta grań wirchu. Nad nią przestrzeń nieba chmurna lub pod brzask zrumieniona zorzą porannego słońca - poza nią... świat inny, obcy, nieznany. Dzika, zamknięta ustroń, groźną poezją szczytów owiana rubież...
Stację łączył z resztą przestrzeni długi, w skale wykuty tunel; gdyby nie on, izolacja zakątka byłaby zupełną.
Ruch kolejowy zabłąkany pomiędzy samotne turnie malał, słabł, wyczerpywał się. Nieliczne pociągi niby bolidy wytrącone z ruchu centralnego wyłaniały się rzadko z czeluści tunelu i zajeżdżały przed peron cicho, bezgłośnie, jakby w obawie, by nie zmącić zadumy górskich geniuszy. Nikłe wibracje wniesione za ich przybyciem w śródgórskie zacisze tężały rychło i krzepły wylękłe.
Po opróżnieniu wagonów maszyna szybowała parę metrów poza peron i pociąg podjeżdżał pod sklepistą, w granitowej skale wykutą halę. Tu stał długie godziny, wypatrując mroki pieczary oczodołami pustych okien, w oczekiwaniu na zmianę. Gdy nadszedł upragniony towarzysz, opuszczał leniwo skalne schronisko i odchodził w świat życia, w ognisko mocno grających tętn. A tamten zajmował jego miejsce. I znów stacja zapadała w senne drzemanie spowite kwefem mgieł. Ciszę odludzia przerywał chyba skwir orląt po okolicznych żlebach lub szmer staczających się w parowy piargów...
Lubiłem tę górską pustelnię ogromnie. Była dla mnie symbolem tajemniczych krańców, jakimś mistycznym pograniczem dwóch światów, jakby zawieszeniem między życiem a śmiercią.
***
Jest wczesna, cudownie piękna jesień 1998 roku, z trzewi Warszawy Centralnej wytacza się pierwszy poranny pośpiech do Krakowa.
Zaiste - szalona była to noc. Przyjechałem popołudniem dnia poprzedniego do stolicy na urodziny Ł., przyjaciela z licealnej klasy, którego zaniosło tu na studia. Stołeczna diaspora sądeczan przywitała mnie radośnie na stacji i poprowadziła do jakiegoś podejrzanego kasyna oficerskiego, gdzie upiliśmy się po raz pierwszy. Potem ruszyliśmy na rynek i nad Wisłę, gdzie kolejną półlitrówką szybko zażegnaliśmy groźbę zbliżającego się wytrzeźwienia. Jeszcze potem akademik, chwila oddechu i kolejny rajd, tym razem do legendarnej Proximy. Tu znów alkohol, tańce i powrót późną nocą pod Pałac. Niektórzy z tych, którzy przetrwali, rozpełzli w poszukiwaniu jakiegoś otwartego jeszcze lokalu na after - moja droga wiodła na Centralny właśnie.
No więc ruszamy. Skład pusty. Zorze powoli wycinają z mroku kontury warszawskich wieżowców. Przy oknach na całej długości korytarza, kontemplując przedświt, stoi kilku facetów, wśród nich - ja. Palimy. Przechodzi konduktor, rzuca zza naszych pleców (do nikogo konkretnie) "panowie, tu się nie pali" - ale jakoś tak bez przekonania, nie wstrzymując kroku, ze wzrokiem wbitym w podłogę, zawstydzonym półszeptem. Nikt z nas nie odpowiada - po prostu w idealnej synchronizacji zaciągamy się swoimi papierosami. Wydmuchiwany na zewnątrz dym porywa pęd powietrza rozpędzającego się pociągu.
niedziela, 11 listopada 2018
Moja Polska. Poemat prozą (erotyczny)
Mojej Polsce, na setne urodziny jej niepodległości
O mojej Polsce dwa wersy napisał Tadeusz Peiper - i tych trzynaście słów to summa mojego patriotyzmu, moich patriotycznych pragnień i wyzwań. Wiersz zatytułowany jest Powojenne wezwanie, a ukazał się po raz pierwszy w debiutanckiej książce poetyckiej Peipera, zatytułowanej A i wydanej w Krakowie w 1924 roku (choć - jeśli wierzyć autorowi - znajdują się tu wiersze pisane już dekadę wcześniej). Owe dwa wersy brzmią: "Była niegdyś od morza do morza, / dziś być musi od dłoni do dłoni". Wszystko, co teraz napiszę, jest próbą sprywatyzowania tych dwóch linijek.
O mojej Polsce w pieśni Źródło tak śpiewał Jacek Kleyff: "nie fetysz granic mnie tu trzyma, / lecz miejsca i w tych miejscach przyjaźń". Tak, właśnie tak, po stokroć i tysiąckroć: moja Polska to miejsca, w które wrosłem - miałem może siedemnaście, może osiemnaście lat, gdy Ł. powiedział mi, że jestem cholernie mocno ukorzenionym drzewem, i rzeczywiście, moim żywiołem jest ziemia, jestem zwierzęciem tellurycznym. Pewnie dlatego z taką nieufnością podchodzę do wszelkich internacjonalizmów (zarówno tych prawicowych, jak i lewicowych) - choć oczywiście moja Polska jest też bezgraniczna: do dziś ogarnia mnie wzruszenie, gdy bez zatrzymywania się mijam nawiedzone więzienne ruiny punktów odprawy paszportowej, wierzę w wolność przepływu ludzi, idei i pieniądza. Ale też Polska to dla mnie coś biologicznego, organicznego, to kończyna, po odcięciu której odczuwałbym dotkliwy fantomowy ból, to nieznośny ciężar koniecznych powrotów. I - raz jeszcze wracam do Kleyffa - moja Polska to ludzie.
Moja Polska nie wstydzi się za oligarchię magnacką, za pańszczyznę i za traktowanie ludności ruskiej, za Targowicę, za Niewiadomskiego i Berezę Kartuską, za Jedwabne, Kielce i Akcję Wisła - bo potrafi się do tego wszystkiego otwarcie przyznać. I ta odwaga przyznania się daje jej prawo, by pamiętać Wołyń i domagać się za niego przeprosin. Moja Polska - przeproszona - będzie miała w sobie siłę, by wybaczyć Wołyń.
Moja Polska śpiewa - Trenami, Dziadami, Panem Tadeuszem, Anhellim, Potopem i Lalką; śpiewa Micińskim, Berentem, Leśmianem, Przybosiem, Schulzem i Gombrowiczem; Miłoszem i Watem; śpiewa Ficowskim, Miłobędzką, Świrszczyńską, Stachurą i Wojaczkiem; śpiewa komiksami Baranowskiego (Tadeusza); śpiewa Sosnowskim, Stasiukiem, Tokarczuk, Bargielską, Słomczyńskim (Szymonem), Górą i Rybą.
Moją Polskę namalowali mi Malczewski, Weiss, młodszy Gierymski, Witkacy, Wróblewski i Nowosielski. Płoną a nie spalają się sztandary mojej Polski u Hasiora.
Moja Polska sprawiła, że nie przejdzie mi przez gardło duma z tego, że jestem Polakiem. Po pierwsze - żadna w tym moja zasługa. Po drugie - dumny mogę być tylko z tego, co sam zrobiłem: z tych paru podróży na granicy zdrowego rozsądku; z tego, jakim byłem ongiś drużynowym; z doktoratu; z kilku spośród tych kilkudziesięciu tekstów, które napisałem; z tego, że po trzydziestce znalazłem w sobie siłę, by zająć się (nie całkiem bez powodzenia) sportem; z tego, co udało mi się dobrego zrobić dla moich uczniów i dla książek Biura Literackiego; z kilku litrów oddanej honorowo krwi; z posadzonych w społecznym ogrodzie roślin, z niejedzenia mięsa i niekupowania ubrań na rynku pierwotnym; z tych wszystkim protestów, w których odważyłem się wziąć udział; z wszelkiej pomocy, której udzieliłem; z szacunku i przyjaźni, które sobie zaskarbiłem; z tego, jak zdrowi, nad wiek rozwinięci i pogodni są moi synowie; z tego, że do dziś potrafię rozśmieszyć do łez moją żonę (moja rodzina to ta najbardziej moja Polska). Ale z tego, że jestem Polakiem - nie. Wolę wdzięczność.
Bo moja Polska to ci wszyscy, którzy pracowali i walczyli po to, bym teraz pisał o mojej Polsce - a midichloriany ich astralnej obecności buzują w moich żyłach i tętnicach (tak jak nie wykorzenię się z mojej ziemi, tak nie wykrwawię z siebie duchów tych, którzy mnie poprzedzili). A przecież pod Grunwaldem śpiewano Bogurodzicę po to, bym mógł prowadzić drużynę harcerską; umierano pod Monte Cassino i pod Lenino, w Powstaniu i w Getcie w imię tego, żebym sobie trenował capoeira; ruch egzekucyjny szlachty w XVI wieku ustalił, że mam prawo praktykować jogę; w Konstytucji 3 Maja zapisano, że mogę być wegetarianinem; Aleksander Wielopolski starał się powstrzymać powstanie styczniowe dla dobra moich dzieci; dwudziesty drugi z dwudziestu jeden postulatów Sierpnia głosił, że mogę jechać pociągiem z Gdyni, a architekci Gdyni i Nowej Huty zaplanowali mi miejsce do pracy w redakcji biBLioteki; legiony Piłsudskiego maszerowały na północ po to, by mogły powstać second-handy; w 1905 roku stawiano barykady na ulicach Łodzi, by bronić mojego prawa do uczenia języka polskiego; mimo całego żalu, jaki mam do Lechów (Wałęsy i Kaczyńskiego), do Walentynowicz i Michnika - nie mogę nie być im wdzięczny za danie mi szansy napisania pracy doktorskiej.
Moją Polskę słyszę w koncertach skrzypcowych Szymanowskiego, w nokturnach Chopina i w III Symfonii Góreckiego; słyszę ją na płytach Enigmatic, Człowiek jam niewdzięczny, Marionetki i Aerolit Niemena, Blues i Ogień Breakoutu, Droga za widnokres Grechuty. Wykrzykują ją Brygada Kryzys, Dżem, Dezerter, Armia, Kult, Pustki, Mgła i Lao Che, wyśpiewują Osjan i Orkiestra św. Mikołaja. Skandują ją Taco Hemingway i donGURALesko. Nucą Jackowie (Kaczmarski i Kleyff), Wolna Grupa Bukowina, Demarczyk, Bez Jacka i Czyżykiewicz. Improwizują na jej temat Możdżer, Stańko, Miłość, Komeda i Mencel.
Moja Polska to pogodny jesienny poranek, kiedy mgła i słońce rozniecają poświatę w jesiennych liściach pokrywających nowohuckie aleje; to łany przebiśniegów i kaczeńców zasnuwające podmokłe łąki, z których dopiero co wycofał się kapryśny przedwiosenny Dunajec; to zapach wilgotnego lasu, dymu z pieca, drewnianych ścian, zakurzonych koców i sienników w schronisku pod Niemcową; to cerkwiska, cmentarze Jurkoviča, omszałe łemkowskie krzyże i zdziczałe drzewa owocowe nanizane na somnambuliczne sznury dróg w dolinach Beskidu Niskiego; to wschodnie urwiska Halicza, tak nieoczekiwane, że przez ułamek sekundy można uwierzyć w płaskość Ziemi; to tęcze uwięzione we wnętrzu świdnickiego Kościoła Pokoju; to syreny wyjące na pamiątkę Godziny W w Karpaczu, od których żałobnego dźwięku jednym rytmem kołyszą się zbocza Karkonoszy i ściany Wangu; to sine niebo przedświtu oddzielone od niebieskawego śniegu jednolicie czarną krechą drzew Puszczy Białowieskiej, od której odłączają się pierwszy, drugi, siódmy i dwunasty ciemny punkt: żubry wychodzące na żerowanie w pozostawionych przez gospodarzy stogach; to rozepchnięte wiatrem znad morza ulice Gdyni, kompletnie puste o czwartej rano, gdy niosę na barana mojego starszego syna; to bociany, jaskółki, gawrony, wiewiórki i bezdomne koty; to płoty w Mięćmierzu i jeziora, którymi pocętkowane są lasy wokół Gorzowa Wielkopolskiego.
Moja Polska wierzy w Boga i w materializm historyczny, we Friedmana i w Deborda; moja Polska to moi znajomi i przyjaciele, którzy kupują koszulki z Surge Polonia i którzy głosują na Razem, którzy czytają "Do Rzeczy" i "Krytykę Polityczną"; moja Polska pielgrzymuje na Jasną Górę i chodzi na parady równości; moja Polska mówi po ukraińsku w recepcjach hotelowych i podczas sprzątania cudzych mieszkań; moja Polska to Hindusi i czarnoskórzy palący papierosy pod szklanymi domami korporacji; moja Polska pali chanukowe świece w snobistycznych klubach Kazimierza i modli się w meczecie w Kruszynianach.
Moja Polska to chrześcijaństwo - nie to purpurowe, wegetujące w skansenie sojuszu tronu z ołtarzem, lecz to od nieopisanej w żadnym świętym piśmie ikonicznej tajemnicy Jezusa Frasobliwego; i to od maryjnego matriarchatu, w którym spod pięknego oblicza Madonny czule wyzierają rysy sierpniowej Marzanny i lutowej Dziewanny.
Moja Polska to klątwa romantyzmu i baroku, to nieuświadomione, traumatyczne pragnienie oświecenia i pozytywizmu; moja Polska to niespełnione sny Norwida, Żeromskiego, Wyspiańskiego, Brzozowskiego i Nałkowskiej; najważniejszą książką, jaką w ostatnich stu latach napisała moja Polska, są trzy tomy Dzienników Gombrowicza.
Grzegorz Wróblewski - obywatel Galaktyki - powiedział Rafałowi Gawinowi (cytuję za esejem Wróblewskiego Miejsca styku) tak: "Moja Ziemia jest chyba w dowolnym punkcie globu, w momencie kiedy i ja tam przebywam... Mieści się we mnie, w moich paznokciach."
Gdziekolwiek i kiedykolwiek przebywam - jestem w Polsce.
Jej ziemia pod moimi paznokciami.
poniedziałek, 16 lipca 2018
Kibicowa(nie)
1.
No i przerżnęli. Jak niemal zawsze za mojej pamięci (wyjąwszy Meksyk, gdzie z bidą wypełzli z grupy - tylko po to, by zebrać haniebne bęcki cztery do ucha z Kanarkami), czyli nie dochodząc do fazy pucharowej. Jak w Korei Południowej i Japonii w 2002 (na otwarcie - 0:2 z gospodarzami, o wszystko - 0:4 z Portugalią, o honor - 3:1 ze Stanami Zjednoczonymi), jak w Niemczech w 2006 (na otwarcie - 0:2 z Ekwadorem, o wszystko - 0:1 z Niemcami, o honor - 2:1 z Kostaryką). Tym razem, czyli w Rosji w 2018, było - co odnotowuję z reporterskiego obowiązku - na otwarcie 1:2 z Senegalem, o wszystko 0:3 z Kolumbią, o honor (acz w stylu, który był kwintesencją właśnie braku futbolowego poczucia honoru) 1:0 z Japonią. W międzyczasie nie zakwalifikowali się do Włoch (1990), Stanów Zjednoczonych (1994), Francji (1998), do Republiki Południowej Afryki (2010) ani do Brazylii (2014).
Co się w tym czasie zmieniło? Niby nic (przegrywają jak przegrywali), a jednak - dla mnie - mnóstwo. A właściwie tylko jedna rzecz - za to fundamentalna: kiedyś ich fiaska cholernie mnie dołowały, teraz nie obchodzą mnie nic a nic. Ale tak zupełnie nic: w tym roku nie obejrzałem ani jednego ich meczu, nie zerkałem na powtórki, skróty, ujęcia poszczególnych akcji i bramek. Na dwa tygodnie przed Mistrzostwami dowiadywałem się u znajomych, kogo mają w grupie (każda grupa, w której grają Polacy, jest - jak mawiają złośliwi - grupą śmierci).
2.
No i w ogóle piłka mi obojętnieje - a przecież kiedyś się nią żyło, każde Mistrzostwa Świata (by pozostać tylko na gruncie tej imprezy) przestawiały mi pierwsze tygodnie lata na jakiś inny, świąteczny czas. Oczywiście nie pamiętam tych z 1978, bądźmy poważni; gdy 25 czerwca Argentyna tryumfowała w finale nad Holandią, miałem za sobą niewiele ponad trzy miesiące życia... Z 1982, z Hiszpanii, utkwiła mi w pamięci krążąca między dorosłymi przyśpiewka zaczynająca się od słów "Entliczek-pentliczek, co zrobi Piechniczek - tego nie wie nikt".
Tak na poważnie zaczęło się od Meksyku, dopiero co spustoszonego przez potworne trzęsienie ziemi, od fali meksykańskiej, od Stadionu Azteca, od kultu Diega Maradony (po raz pierwszy usłyszałem o nim nie po "boskiej ręce", którą zatrzymał Anglię, ale chwilę wcześniej, gdy w jakimś innym meczu, zagrywając piętą, wyharatał kawał murawy), od rozpaczy meksykańskiego bramkarza po przegranym ćwierćfinale z RFN. No i finał: oglądany (wyjątkowy przywilej dla ośmiolatka) na żywo w telewizorze (oczywiście biało-czarnym), przeżywany w duchu hodowanej przez politykę historyczną PRL-u nienawiści do Niemców, wygrany 3:2 przez Argentynę, zwieńczony morzem konfetti sypiącym się na zwycięzców obcałowujących zdobyczny puchar.
Ale najlepiej pamiętam rok 1990, Mundial w Italii (telewizor wciąż był czarno-biały). Ogólnopolski (jak sądzę) szał na punkcie Kamerunu, już od nieoczekiwanego zwycięstwa 1:0 nad Argentyną w spotkaniu otwarcia w Mediolanie, przez obłąkany mecz 1/8 z Kolumbią (fryzura Diego Valderramy, plemienne pląsy leciwego Rogera Milli w narożniku boiska po dwukrotnym pokonaniu Renégo Higuity, chyba najdalej od własnej bramki interweniującego bramkarza w historii futbolu, nieodłączne długie spodnie bramkarza Kameruńczyków, Thomasa N'Kono), aż po żałobę po ich przegranej w morderczym ćwierćfinale z Anglikami... Zawód związany ze słabym występem Holendrów (futbolowi bogowie dzieciństwa, Ruud Gullit i Marco van Basten), którzy dwa lata wcześniej tak ładnie wpisali się w nadchodzący czas polskich przemian, wygrywając 2:0 ze Związkiem Radzieckim w finale Mistrzostw Europy. Wygraną Włochów nad Albionem w meczu o trzecie miejsce (do dziś nie wiem czemu, ale byłem jedyną znaną mi osobą, która kibicowała Anglii z emerytem Peterem Shiltonem w bramce; to zresztą od tamtego czasu niezmiennie nie jestem w stanie sympatyzować - z nielicznymi wyjątkami - z jedenastką Italii). Fuksiarski awans Argentyny do finału (teraz chyba wszyscy życzyli sobie - odwrotnie niż w Meksyku - zwycięstwa Niemców), no i właśnie sam finał, śmiertelnie nudny, z pamiętną dla nas interwencją sędziego liniowego Michała Listkiewicza, powstrzymującego furię Maradony (ależ się z niego wtedy zrobił arogancki buc!) po podyktowaniu zwycięskiego karnego dla RFN.
Potem było coraz słabiej, wspomnienia mam coraz bardziej mgliste - finałowy mecz na Mundialu w USA, jeszcze bardziej (choć wydawało się to niemożliwe) zamulający niż ten z Italii, pierwszy w historii mistrzostw rozstrzygnięty w loterii karniaków; smutek po haniebnej porażce Brazylii (miałem wówczas jakieś kultyczne postrzeganie brazylijskiego futbolu) we Francji, odrobinę radości po odwecie, jaki na futbolowym światku wzięli Brazylijczycy w Korei i Japonii (choć tu akurat najlepiej zapamiętałem płomienną relację radiową z meczu o trzecie miejsce, wysłuchaną w autobusie jadącym gdzieś ku Beskidom); skandaliczne zachowanie Francuzów po przegranej z Włochami w Niemczech (jeden z nielicznych momentów, kiedy trzymałem za Italią). No, stosunkowo mocno zapadł mi w pamięć Mundial w RPA, ten z wuwuzelami, ale to bardziej z uwagi na okoliczności oglądania decydującej fazy, którą śledziłem podróżując z żoną przez kraje nadbałtyckie, gdzie zainteresowanie piłką nożną jest porównywalne z tym, jak Polacy pasjonują się, bo ja wiem, rugby. No więc półfinały w pensjonacie w Druskiennikach (telewizyjne studio mundialowe prowadzone chyba w jakiejś szatni przez dwóch dżentelmenów w dresach siedzących przy składanym działkowym stoliku) i w pubie w Wilnie, mecz o trzecie miejsce na telewizorze na całą ścianę, ze skórzanej kanapy w klimatyzowanym foyer hotelu przy stacji kolejowej w roztopionym upałem Daugavpils (mecz znakomity, choć smutny z powodu przegranej Urugwaju; i ten prześmieszny "Diegas Forlanas" łotewskich komentatorów), no i wreszcie nudny jak listopad finał gdzieś na estońskiej wsi nad jeziorem Pejpus, z ekranu komputera (w oficjalnym streamingu z internetowego kanału telewizji polskiej byłoby to niemożliwe z powodu obciążenia serwerów; na analogicznym kanale telewizji estońskiej widać było na pasku, że finał śledzi wszystkiego coś koło ośmiu tysięcy Estończyków).
Z poprzednich mistrzostw nie pamiętam już nic zgoła - może oprócz niewiarygodnej rzeźni, jaką w półfinale gospodarzom, czyli Brazylijczykom, urządzili Niemcy. Ale poważnie - tuż przed tegorocznym Mundialem dotarło do mnie, że nie wiem, kto jest aktualnym mistrzem świata.
3.
No jasne, były jeszcze inne momenty uniesienia. Na przykład przebojowa szarża efemerycznej (z której tyle miało wyjść, a nie wyszło nic) jedenastki trenera Janusza Wójcika z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992, zakończona srebrnym medalem po przegranym 2:3 finale z Hiszpanią. Albo pierwszy w historii występ na Euro (fuksiarski, bo jako współgospodarze dostaliśmy się bez eliminacji), kiedy zamiast tradycyjnych grupowych meczy otwarcia, o wszystko i o honor, nasi piłkarze podtrzymywali nas przy trudnej nadziei poprzez dwa remisy (1:1 z Grecją i Rosją), by w końcu wtrącić nas w doskonale znane piekiełko rozczarowania po przegranej z Czechami. Ale przede wszystkim - Mistrzostwa Europy z 2016 roku. Chyba po prostu zacytuję to, co wtedy - na gorąco, tuż po przegranym ćwierćfinale z Portugalią, napisałem na Facebooku, bo najlepiej oddaje to temperaturę moich ówczesnych (potężnych!) wzruszeń:
"No i po Euro... ale po kolei.
Po pierwsze: zagraliśmy naprawdę dobry turniej - po raz pierwszy od równych trzydziestu lat weszliśmy do fazy pucharowej imprezy tej rangi. Z dużą satysfakcją patrzyłem na te trzy mecze, które widziałem: z Niemcami, Szwajcarią i Portugalią. I o ile Szwajcarów można było potraktować - mimo wszystko i z całym dla nich szacunkiem - jako efemerydę, o tyle Niemcy i Portugalczycy to jednak światowa czołówka. I cieszyło to, że nie było tu przypadków, ułaństwa, spektakli jednego aktora - jest drużyna, jest koncepcja, jest konsekwentny pomysł na futbol i dobra tego pomysłu realizacja. Zniknęło to, co było naszą słabością: kulawa defensywa, słomiany zapał, chaos, atak pozycyjny rozumiany jako stanie nieruchomo na swoich pozycjach, zadyszka po pierwszej połowie, wampiryczna słowiańska melancholia po pierwszej straconej bramce, granie husarskimi zrywami... Brawo, chłopaki - ale i brawo dla trenera Nawałki, który w tak krótkim czasie zrobił z nas drużynę klasy europejskiej.
No i przerżnęli. Jak niemal zawsze za mojej pamięci (wyjąwszy Meksyk, gdzie z bidą wypełzli z grupy - tylko po to, by zebrać haniebne bęcki cztery do ucha z Kanarkami), czyli nie dochodząc do fazy pucharowej. Jak w Korei Południowej i Japonii w 2002 (na otwarcie - 0:2 z gospodarzami, o wszystko - 0:4 z Portugalią, o honor - 3:1 ze Stanami Zjednoczonymi), jak w Niemczech w 2006 (na otwarcie - 0:2 z Ekwadorem, o wszystko - 0:1 z Niemcami, o honor - 2:1 z Kostaryką). Tym razem, czyli w Rosji w 2018, było - co odnotowuję z reporterskiego obowiązku - na otwarcie 1:2 z Senegalem, o wszystko 0:3 z Kolumbią, o honor (acz w stylu, który był kwintesencją właśnie braku futbolowego poczucia honoru) 1:0 z Japonią. W międzyczasie nie zakwalifikowali się do Włoch (1990), Stanów Zjednoczonych (1994), Francji (1998), do Republiki Południowej Afryki (2010) ani do Brazylii (2014).
Co się w tym czasie zmieniło? Niby nic (przegrywają jak przegrywali), a jednak - dla mnie - mnóstwo. A właściwie tylko jedna rzecz - za to fundamentalna: kiedyś ich fiaska cholernie mnie dołowały, teraz nie obchodzą mnie nic a nic. Ale tak zupełnie nic: w tym roku nie obejrzałem ani jednego ich meczu, nie zerkałem na powtórki, skróty, ujęcia poszczególnych akcji i bramek. Na dwa tygodnie przed Mistrzostwami dowiadywałem się u znajomych, kogo mają w grupie (każda grupa, w której grają Polacy, jest - jak mawiają złośliwi - grupą śmierci).
2.
No i w ogóle piłka mi obojętnieje - a przecież kiedyś się nią żyło, każde Mistrzostwa Świata (by pozostać tylko na gruncie tej imprezy) przestawiały mi pierwsze tygodnie lata na jakiś inny, świąteczny czas. Oczywiście nie pamiętam tych z 1978, bądźmy poważni; gdy 25 czerwca Argentyna tryumfowała w finale nad Holandią, miałem za sobą niewiele ponad trzy miesiące życia... Z 1982, z Hiszpanii, utkwiła mi w pamięci krążąca między dorosłymi przyśpiewka zaczynająca się od słów "Entliczek-pentliczek, co zrobi Piechniczek - tego nie wie nikt".
Tak na poważnie zaczęło się od Meksyku, dopiero co spustoszonego przez potworne trzęsienie ziemi, od fali meksykańskiej, od Stadionu Azteca, od kultu Diega Maradony (po raz pierwszy usłyszałem o nim nie po "boskiej ręce", którą zatrzymał Anglię, ale chwilę wcześniej, gdy w jakimś innym meczu, zagrywając piętą, wyharatał kawał murawy), od rozpaczy meksykańskiego bramkarza po przegranym ćwierćfinale z RFN. No i finał: oglądany (wyjątkowy przywilej dla ośmiolatka) na żywo w telewizorze (oczywiście biało-czarnym), przeżywany w duchu hodowanej przez politykę historyczną PRL-u nienawiści do Niemców, wygrany 3:2 przez Argentynę, zwieńczony morzem konfetti sypiącym się na zwycięzców obcałowujących zdobyczny puchar.
Ale najlepiej pamiętam rok 1990, Mundial w Italii (telewizor wciąż był czarno-biały). Ogólnopolski (jak sądzę) szał na punkcie Kamerunu, już od nieoczekiwanego zwycięstwa 1:0 nad Argentyną w spotkaniu otwarcia w Mediolanie, przez obłąkany mecz 1/8 z Kolumbią (fryzura Diego Valderramy, plemienne pląsy leciwego Rogera Milli w narożniku boiska po dwukrotnym pokonaniu Renégo Higuity, chyba najdalej od własnej bramki interweniującego bramkarza w historii futbolu, nieodłączne długie spodnie bramkarza Kameruńczyków, Thomasa N'Kono), aż po żałobę po ich przegranej w morderczym ćwierćfinale z Anglikami... Zawód związany ze słabym występem Holendrów (futbolowi bogowie dzieciństwa, Ruud Gullit i Marco van Basten), którzy dwa lata wcześniej tak ładnie wpisali się w nadchodzący czas polskich przemian, wygrywając 2:0 ze Związkiem Radzieckim w finale Mistrzostw Europy. Wygraną Włochów nad Albionem w meczu o trzecie miejsce (do dziś nie wiem czemu, ale byłem jedyną znaną mi osobą, która kibicowała Anglii z emerytem Peterem Shiltonem w bramce; to zresztą od tamtego czasu niezmiennie nie jestem w stanie sympatyzować - z nielicznymi wyjątkami - z jedenastką Italii). Fuksiarski awans Argentyny do finału (teraz chyba wszyscy życzyli sobie - odwrotnie niż w Meksyku - zwycięstwa Niemców), no i właśnie sam finał, śmiertelnie nudny, z pamiętną dla nas interwencją sędziego liniowego Michała Listkiewicza, powstrzymującego furię Maradony (ależ się z niego wtedy zrobił arogancki buc!) po podyktowaniu zwycięskiego karnego dla RFN.
Potem było coraz słabiej, wspomnienia mam coraz bardziej mgliste - finałowy mecz na Mundialu w USA, jeszcze bardziej (choć wydawało się to niemożliwe) zamulający niż ten z Italii, pierwszy w historii mistrzostw rozstrzygnięty w loterii karniaków; smutek po haniebnej porażce Brazylii (miałem wówczas jakieś kultyczne postrzeganie brazylijskiego futbolu) we Francji, odrobinę radości po odwecie, jaki na futbolowym światku wzięli Brazylijczycy w Korei i Japonii (choć tu akurat najlepiej zapamiętałem płomienną relację radiową z meczu o trzecie miejsce, wysłuchaną w autobusie jadącym gdzieś ku Beskidom); skandaliczne zachowanie Francuzów po przegranej z Włochami w Niemczech (jeden z nielicznych momentów, kiedy trzymałem za Italią). No, stosunkowo mocno zapadł mi w pamięć Mundial w RPA, ten z wuwuzelami, ale to bardziej z uwagi na okoliczności oglądania decydującej fazy, którą śledziłem podróżując z żoną przez kraje nadbałtyckie, gdzie zainteresowanie piłką nożną jest porównywalne z tym, jak Polacy pasjonują się, bo ja wiem, rugby. No więc półfinały w pensjonacie w Druskiennikach (telewizyjne studio mundialowe prowadzone chyba w jakiejś szatni przez dwóch dżentelmenów w dresach siedzących przy składanym działkowym stoliku) i w pubie w Wilnie, mecz o trzecie miejsce na telewizorze na całą ścianę, ze skórzanej kanapy w klimatyzowanym foyer hotelu przy stacji kolejowej w roztopionym upałem Daugavpils (mecz znakomity, choć smutny z powodu przegranej Urugwaju; i ten prześmieszny "Diegas Forlanas" łotewskich komentatorów), no i wreszcie nudny jak listopad finał gdzieś na estońskiej wsi nad jeziorem Pejpus, z ekranu komputera (w oficjalnym streamingu z internetowego kanału telewizji polskiej byłoby to niemożliwe z powodu obciążenia serwerów; na analogicznym kanale telewizji estońskiej widać było na pasku, że finał śledzi wszystkiego coś koło ośmiu tysięcy Estończyków).
Z poprzednich mistrzostw nie pamiętam już nic zgoła - może oprócz niewiarygodnej rzeźni, jaką w półfinale gospodarzom, czyli Brazylijczykom, urządzili Niemcy. Ale poważnie - tuż przed tegorocznym Mundialem dotarło do mnie, że nie wiem, kto jest aktualnym mistrzem świata.
3.
No jasne, były jeszcze inne momenty uniesienia. Na przykład przebojowa szarża efemerycznej (z której tyle miało wyjść, a nie wyszło nic) jedenastki trenera Janusza Wójcika z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992, zakończona srebrnym medalem po przegranym 2:3 finale z Hiszpanią. Albo pierwszy w historii występ na Euro (fuksiarski, bo jako współgospodarze dostaliśmy się bez eliminacji), kiedy zamiast tradycyjnych grupowych meczy otwarcia, o wszystko i o honor, nasi piłkarze podtrzymywali nas przy trudnej nadziei poprzez dwa remisy (1:1 z Grecją i Rosją), by w końcu wtrącić nas w doskonale znane piekiełko rozczarowania po przegranej z Czechami. Ale przede wszystkim - Mistrzostwa Europy z 2016 roku. Chyba po prostu zacytuję to, co wtedy - na gorąco, tuż po przegranym ćwierćfinale z Portugalią, napisałem na Facebooku, bo najlepiej oddaje to temperaturę moich ówczesnych (potężnych!) wzruszeń:
"No i po Euro... ale po kolei.
Po pierwsze: zagraliśmy naprawdę dobry turniej - po raz pierwszy od równych trzydziestu lat weszliśmy do fazy pucharowej imprezy tej rangi. Z dużą satysfakcją patrzyłem na te trzy mecze, które widziałem: z Niemcami, Szwajcarią i Portugalią. I o ile Szwajcarów można było potraktować - mimo wszystko i z całym dla nich szacunkiem - jako efemerydę, o tyle Niemcy i Portugalczycy to jednak światowa czołówka. I cieszyło to, że nie było tu przypadków, ułaństwa, spektakli jednego aktora - jest drużyna, jest koncepcja, jest konsekwentny pomysł na futbol i dobra tego pomysłu realizacja. Zniknęło to, co było naszą słabością: kulawa defensywa, słomiany zapał, chaos, atak pozycyjny rozumiany jako stanie nieruchomo na swoich pozycjach, zadyszka po pierwszej połowie, wampiryczna słowiańska melancholia po pierwszej straconej bramce, granie husarskimi zrywami... Brawo, chłopaki - ale i brawo dla trenera Nawałki, który w tak krótkim czasie zrobił z nas drużynę klasy europejskiej.
Po drugie: mecz z Portugalią na pewno można było zagrać lepiej -
odważyć się na jakąś bardziej zdecydowaną szarżę, spróbować skończyć to w
normalnym czasie (w dogrywce jednak - z obu stron - widać było dzikie
zmęczenie), wykorzystać te zmarnowane szanse. Miałem wrażenie, że zbyt
wcześnie zaczęliśmy grać pod karne - a to już jednak byłby trochę fuks:
dwa mecze z rzędu rozstrzygać w ten sam sposób. Kto wie, może też trochę
zdemoralizowała nas ta pierwsza bramka - takie gole zawsze są darowane,
to nigdy nie jest efekt słabości przeciwnika (no, chyba że to San
Marino czy Gibraltar). Ale ostatecznie zagraliśmy jak równy z równym,
konsekwentnie i spokojnie. Mam nadzieję, że to będzie kontynuowane i
dopieszczane.
Po trzecie: dobrze się stało, że ten fatalny karny (powiedzmy otwarcie: wykonany tak źle, jak tylko można) był autorstwa Błaszczykowskiego. To on był głównym architektem naszego niewątpliwego sukcesu - i jeśli Lewy to oficjalny kapitan, to Kuba był nieoficjalnym majorem. I w jakimś sensie wyłącznie on miał prawo nas z tego Euro wyautować. Może to zabrzmi patetycznie, ale gdzieś tam w głowie kołatały mi się słowa kończące Redutę Ordona Mickiewicza: 'Bóg wyrzekł słowo stań się - Bóg i zgiń wyrzecze'... Ale inna sprawa, że miałem jakieś przeczucie, że nie strzeli - zbyt szybko podszedł do tej piłki, zbyt łatwo oddał beznadziejny strzał - jakby chciał mieć to już za sobą, jakby właśnie jemu puściły nerwy. Cóż - miał do tego prawo. Właśnie tak, miał prawo - on i nikt inny.
Po czwarte: zawsze irytowało mnie nazbyt łatwe machanie hasłem 'nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało' - bo z turnieju na turniej działo się coraz więcej i coraz gorzej: bo jak ktoś za taką kasę rozpala takie wielkie zbiorowe emocje, to sorry, ale odpowiedzialność też jest wielka. Dziś mogę to powiedzieć pierwszy: nic się nie stało. A jeśli już - to stało się dużo i dobrze."
4.
No więc wypadałoby grepsiarsko zapytać: co poszło nie tak, gdzie popełniłem błąd? Co się stało, że piłka nożna - nawet w tym odświętnym turniejowym wydaniu (futbol inny niż ten grany przez reprezentację narodową nigdy mnie zresztą na poważnie nie obchodził) - niemal całkowicie przestała mnie ruszać?
Mógłbym na odczepnego odpowiedzieć, że jak się rodzi w okolicach dwóch kolejnych Mundiali dwóch synów, to właśnie to jest najlepszym sposobem na zmianę hierarchii, na wykorzenienie pewnych nawyków (trochę tak jak brak psa i porannych z nim spacerów bywa - jak sądzę - doskonałą okazją do rzucenia palenia), ale - no właśnie - byłoby to na odczepnego, nie do końca prawdziwie i uczciwie: w końcu tym wyżej wspomnianym Euro ekscytowałem się jako tata dwulatka. Ale owszem: do pewnego stopnia ojcowskie zakorzenienie w bycie innym niż ekranowe wspólnoty pozwoliło mi chyba zbudować dystans i lepiej wyostrzyć sobie to, co mi w futbolu nie gra.
5.
Po pierwsze: piłka jednoczy nas wokół pewnych intensywnych emocji, a jeśli emocje te wiążą się z czymś pozytywnym, to dodatkowo i leczymy swoje kompleksy wobec świata (a jesteśmy nacją ufundowaną na kompleksach właśnie), i dopieszczamy swoją kolektywną nieświadomość porytą rycerskimi sentymentami. Marek Bieńczyk - który o futbolu i w ogóle o sporcie potrafi pisać jak nikt w Polsce - w jednym z esejów z Księgi twarzy pozwolił sobie na zestawienie zgoła heretyckie: że w czasach PRL-u doszło do dwóch tylko momentów, kiedy Polacy poczuli się Wspólnotą, a stało się to podczas pierwszej papieskiej wizyty Jana Pawła II w roku 1979 i pięć lat wcześniej, kiedy legendarna drużyna Kazimierza Górskiego nie tylko po raz pierwszy od Mundialu z 1938 roku awansowała do finałów Mistrzostw Świata, ale też powróciła z nich z brązowym medalem. I w sumie nie ma w tym zrównaniu nic szokującego: nie chodzi tu o postponowanie historycznie niewątpliwie doniosłej roli, jaką odegrała pielgrzymka Wojtyły, ale o ukazanie, jak ogromną moc wiążącą ma dla Polaków futbolowy sukces.
W tym ostatecznie - bądźmy uczciwi - nie ma nic zdrożnego, a może nawet takie terapeutyczne momenty są dla naszego frustrackiego charakteru zbiorowego konieczne. Jeśli przez chwilę nie skaczemy sobie do gardeł, jeśli na ten jeden moment strzelenia gola zgromadzeni w jednej knajpie zwolennik PiS-u i Platformy rzucają się sobie na szyje i jeszcze śmieją się z tego, że jeden drugiego oblał piwem - to jest dobrze. Od średniowiecza wiadomo, że potrzebny jest czas karnawału, mięsopustnego święta głupców, kiedy żebrak może poudawać, że jest królem, a najgorsza ladacznica we wsi doświadczy hołdów, jakie należne są Najświętszej Panience.
No ale wszystko jest sprawą pewnego umiaru. Gdy Jorge z Burgos, demoniczny ślepy bibliotekarz z Imienia róży, wyjawia Wilhelmowi z Baskerville przyczyny swej nienawiści do Poetyki Arystotelesa, również powołuje się na przykład milczącego kościelnego przyzwolenia na karnawałowe rozpasanie - by zaraz dodać, że rozbawione ogłupienie nie jest niczym złym, dopóki nie stanie się zasadą (sankcjonowaną choćby właśnie autorytetem Filozofa). A zatem - powracając na grunt futbolu - szał radości (na przykład po awansie Polaków do ćwierćfinału ostatniego Euro) musi znać swoje granice; wspólnota rozentuzjazmowanych kibiców obowiązana jest do pamięci o swej iluzoryczności i krótkotrwałości, o tym, że najpiękniej strzelona bramka nie doda ani grama do istotnego gatunkowego ciężaru tego, kto bramkę tę oklaskuje.
Kilka lat temu w Krakowie powstał bardzo prężny ruch obywatelski Kraków Przeciwko Igrzyskom, który dokonał rzeczy niebywałej: zmusił uprzywilejowaną kastę urzędniczo-biznesową do przeprowadzenia referendum, w którym faktyczni właściciele miasta (czyli suwerenni mieszkańcy) odrzucili szkodliwy, forsowany przez wspomnianą kastę, pomysł zorganizowania w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich. Ruch przetrwał (obecnie funkcjonuje niestety w coraz bardziej znikliwej i wątpliwej formie jako Miasto Wspólne) i przez jakiś czas działał pod swoją pierwotną nazwą - słusznie argumentując, że chodzi o szerzej zakrojone przeciwstawianie się polityce miejskiej pojmowanej właśnie przez pryzmat igrzysk, doraźnych i nieprzemyślanych decyzji dyktowanych logiką debordiańskiej zgoła spektakularności. Ciesząc się ewentualnymi sukcesami polskich piłkarzy, powinniśmy pamiętać właśnie o tym: że to tylko igrzysko, które nie powinno nadmiernie odwodzić nas od twardej faktyczności życia społecznego.
Czy jednak nie przesadzam? Bądźmy poważni: tak jak od zwycięstwa Polski nad Szwajcarią podczas Euro 2016 nie zmądrzeli nasi parlamentarzyści, tak też zapewne tegoroczna przegrana z Kolumbią na Mundialu nie pogorszy na przykład i tak już fatalnej kultury jazdy samochodem przeciętnego polskiego Seby... Niemniej jednak wydaje mi się, że problem istnieje - w absolutnie niewspółmiernym do niczego terrorze medialnym, który narzuca wszystkim konieczność zainteresowania jakimiś tam zawodami z jakiejś tam dyscypliny sportowej.
Naprawdę, gdyby Karol Marks żył dzisiaj w Polsce, swój słynny bon-mot o religii przekułby na sąd o tym, że to sport jest opium dla ludu. Już pal sześć reklamowy obłęd związany z Polską reprezentacją w piłkę kopaną (choć cały czas czekam, aż Robert Lewandowski zagra w reklamie Roberta Lewandowskiego jako najskuteczniejszej agencji reklamowej); pal sześć nawet obłęd sprzed paru lat, kiedy to po pierwszym w historii wygranym meczu reprezentacji naszego kraju z Niemcami na warszawskim Stadionie Narodowym, do sprzedaży trafiły doniczki z certyfikowaną murawą, na której to dokonał się ten dziejowy wyczyn (choć gdyby o tym wiedział Robert Coover, z pewnością musiałby inaczej napisać swój porywający esej Piłka nożna jako sakrament egzystencjalny). Bardziej chodzi mi o to, że ilekroć w czasie tych pierwszych mundialowych dni, kiedy nasza jedenastka jeszcze udawała, że gra o cokolwiek, włączałem rano radiową Trójkę, miałem nieodmienne wrażenie, że trafiłem na audycję sportową, że cała reszta świata po prostu przestała istnieć, że jest tylko Mundial, a wcześniej do granic absurdu rozentuzjazmowane wieści o banalnych w gruncie rzeczy kolejach losu naszych orłów-nielotów na zgrupowaniu w Arłamowie.
Profesor Michał Paweł Markowski na swoich zajęciach z teorii literatury, na które miałem niebywałą przyjemność chodzić, na przykładzie piłki nożnej objaśniał działanie synekdochy, a konkretnie tego jej wariantu, który po łacinie nazywa się totum pro parte, czyli użycia nazwy całościowej na określenie pewnego zjawiska jednostkowego. Mówimy "Polska wygrała mecz", podczas gdy mecz wygrała (no dobra, częściej przegrała) nie żadna abstrakcyjna Polska, ale jedenastu facetów ganiających za nadmuchanym skórzanym balonem. Kiedyś łyknąłbym takie wciągnięcie mnie w pewną wspólnotę jak bocian żabę, dziś jednak dostrzegam przemocowość tego metonimicznego terroru... No bo ja też jestem jakąś tam częścią (konkretnie - według danych z roku 2015 - 1/38446000 częścią) Polski i bardzo przepraszam, ale nic nie wygrałem, nic nie przegrałem, a w piłkę nożna grywam (nie bez dzikiej przyjemności) skrajnie amatorsko, raz w tygodniu przez mniej więcej dwadzieścia minut, tylko na sali gimnastycznej, w ramach rozgrzewki przed treningami capoeira. A jeśli coś tam wygram (albo i przegram), to nie mam poczucia, że to sukces/porażka Polski. I nie wiem, w czym to moje poczucie miałoby być mniej lub bardziej uprawnione niż wszystkich tych Szczęsnych i Glików: w końcu jestem taką samą Polską jak oni.
No bo jest jeszcze tak, że chwilowe uniesienia - zwłaszcza te skończone rozczarowaniem - odkładają się frustracją, postkoitalną żałobą. W czasie, gdy graliśmy tegoroczne mecze z Senegalem i Kolumbią, przestrzenie miejskie (okna, balkony, samochody) były bardziej biało-czerwone niż przed niejednym świętem narodowym - tuż po tym, jak pożegnaliśmy się z rosyjskimi mistrzostwami, M. ustrzelił w jednym z marketów taką nader wymowną fotkę: wielki kosz wypełniony poupychanymi bez ładu i składu wszystkimi tymi gadżetami w bieli i czerwieni, z wielką kartką "przecena - 0,99 zł". Tyle jest wart patriotyzm przeszacowanego święta głupców.
5.
Druga moją futbolowa wątpliwość jest grubszej natury i wiąże się z przeświadczeniem, że cały piłkarski świat jest przestrzenią kosmicznej zgoła korupcji - nie tylko tej finansowej, ale też (co znacznie, wbrew pozorom, ważniejsze) politycznej.
Jak już wspomniałem - nigdy nie byłem w stanie wykrzesać w sobie najmniejszego nawet zainteresowania piłką nożną w wymiarze klubowym. Z racji miejsca urodzenia powinienem w odruchu lokalnego patriotyzmu kibicować KKS Sandecji, ale wtedy, w dzieciństwie, było to podwójnie trudne - po pierwsze dlatego, że Kolejowy Klub Sportowy dziadował wówczas straszliwie, w każdym sezonie balansując na krawędzi spadku z trzeciej ligi, a po drugie dlatego, że chowałem się na wiejskim przedmieściu i nieodległy przecież Nowy Sącz (zwany po prostu "Miastem") to był jakiś radykalnie inny, wielki świat, którego jakoś nie traktowało się jako małej ojczyzny... No i tak mi zostało; raz jeszcze odwołując się do kapitalnych rozpoznań Marka Bieńczyka - wybierałem raczej modernistyczną wzniosłość kibicowania reprezentacji ucieleśniającej pewną tyleż abstrakcyjną, co nieusuwalną plemienną jakość zwaną narodem, niż przelotny postmodernistyczny związek z marką handlową zwaną klubem.
A do tej wrodzonej obojętności stopniowo dołączała się konkretna awersja związana z kolejnymi ujawnianymi aferami korupcyjnymi toczącymi polską piłkę... kiedy końcem lat osiemdziesiątych zaśmiewaliśmy się z brawurowej komedii Piłkarski poker Janusza Zaorskiego (ach, ta fenomenalna rola Janusza Gajosa jako sędziego Jana Laguny, mającego w sobie tyle ze zgorzkniałego patosu szeryfa - ostatniego sprawiedliwego z jakiegoś klasycznego westernu!), nikt jakoś nie brał na poważnie zarzekań reżysera, że to film oparty na rzetelnej wiedzy o zakulisowych machinacjach w PZPN-ie; dziś coraz bardziej skłonni jesteśmy uznać, że to rzeczywiście był bez mała fabularyzowany dokument... Jeśli dodać do tego fakt tyleż niewątpliwego, co zatrważająco odpornego na represje prawne przenikania się struktur kibolskich ze zorganizowaną przestępczością (zwłaszcza narkotykową), rysuje się obraz niesłychanie ponury: młodych ludzi, którzy (często szachowani retoryką związku wierności klubowi z pielęgnowaniem wartości patriotycznych - bywa, że w ich najbardziej radykalnym, ksenofobicznym i rasistowskim wydaniu) gotowi są szlachtować się maczetami w imię mimowiednego legitymizowania monstrualnej łapówkarskiej fikcji, stwarzając (pozostaje wierzyć, że i tym razem w większości bezwiednie) zasłonę dla machinacji narkobiznesu.
Przez długi czas żyłem jednakowoż w naiwnym przeświadczeniu, że ta patologia nie dotyczy piłki nożnej w jej wymiarze międzynarodowym. Zrazu była to naiwność idealistyczna (że na tym poziomie nie kupczy się wynikami, bo... no, bo po prostu nie wypada, bo jest jakiś rodzaj sportowego szlachectwa, który na to nie pozwala), potem - naiwność cyniczna: że po prostu nie ma nikogo, kto byłby w stanie wyłożyć kabonę konieczną do wydrukowania wyniku na Euro, na Mundialu czy w Lidze Mistrzów. Ostatnio ujawnione rewelacje na temat skandali korupcyjnych na szczytach władz FIFA i UEFA czy szczegółów powierzenia organizacji Mistrzostw Świata 2022 Katarowi, gdzie być może mamy do czynienia z przekrętami na szczeblu już nie międzyludzkim, a międzypaństwowym, każą mi wyzbyć się resztek złudzeń (o rzeczach tak pornograficznie oczywistych jak irracjonalne zarobki futbolowych megagwiazd, wysokość kwot przy transferach najbardziej wziętych piłkarzy, kupowanie prestiżowych klubów przez wątpliwej konduity finansowych oligarchów nawet nie chce mi się wspominać).
Ale to przecież nie koniec zgorszenia - bo na finał trzeba rozważyć wątpliwość, czy rzeczywiście etycznie niewinne jest namaszczenie na gospodarza Mundialu Rosji, czyli kraju, który (najdelikatniej rzecz ujmując) nie spełnia uznawanych przez kulturę i cywilizację świata zachodniego standardów praw człowieka i ładu demokratycznego; kraju, gdzie aparat represji prześladuje przeciwników politycznych, niezależnych dziennikarzy i niewygodnych aktywistów, gdzie wynaturza się procedury elekcyjne, kraju, który dopuszcza się aktów niedopuszczalnej w prawie międzynarodowym agresji militarnej wobec państw ościennych.
Najbardziej oczywisty argument na rzecz tego, że nie ma w tym nic gorszącego - czyli stwierdzenie, że trzeba odseparować politykę od sportu, zupełnie mnie nie przekonuje, i to z dwóch co najmniej powodów. Raz dlatego, że już to, o czym wspomniałem powyżej, czyli mocne podstawy do podejrzenia, że za wyborem gospodarza mistrzostw (sprawa dotyczy przede wszystkim następnego Mundialu, tego w Katarze, ale czy aby na pewno tylko tego?) stoi realny interes ekonomiczny liczony w ciężkich milionach (a może i miliardach) euro, każe odesłać wiarę w prymat idei sportowej nad kasą w sferę krańcowej naiwności. Dwa - bo przecież nie jest tak, że idea olimpijska (a przecież leży ona nie tylko u podstaw pewnej filozofii organizowania kolejnych olimpiad, ale też wszelkich międzynarodowych zawodów o charakterze mistrzowskim) nie jest czymś uniwersalnym; skrajnie szlachetny koncept zawieszenia polityki (również pojmowanej jako rozstrzyganie sporów między zbiorowościami w drodze wysiłku zbrojnego, jako dyscyplinowanie wspólnoty przy użyciu aparatu legalnej przemocy) na święty czas igrzysk zrodził się tu, u greckich korzeni ducha europejskiego i chyba powinien być przywilejem należnym tym, którzy respektują również inne z ducha tego wynikłe zobowiązania - równość obywateli wobec prawa, wolność słowa, niezależność wyboru reprezentacji politycznej, pluralizm poglądów... Jasne: można i trzeba mieć wątpliwości, czy z wszystkich tych wzniosłych zobowiązań wywiązują się rządy Waszyngtonu, Paryża, Londynu czy Berlina, ale jednak sytuacja jest tutaj radykalnie odmienna niż w autorytarnej Rosji czy totalitarnych Chinach (organizatora Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2008 roku), prowadzących dodatkowo budzące poważne wątpliwości działania wojenne na Ukrainie czy w Tybecie. Być może rzeczywiście jest tak, że organizacja życia społeczno-politycznego Rosji i Chin po prostu jest, jaka jest, i nie może być inna - może rzeczywiście szeroko pojmowany ład demokratyczny nie pasuje do wielowiekowej tradycji i zbiorowej psychologii tych dwóch gigantów; ale jeśli tak, to może po prostu nie powinniśmy udawać, że da się tu bezkonfliktowo zaaplikować ideę olimpijską? Może właśnie powinna być ona nie ściemą (udajemy, że w czasie igrzysk nie leje się krew w Donbasie i że tysiące chińskich więźniów politycznych nie cierpią prześladowania), ale rodzajem potwierdzenia faktycznej - lepszej lub gorszej - przynależności do świata regulowanego przez pewne wartości?
6.
Oczywiście - jestem hipokrytą, nie zdobyłem się na całkowity kibicowski bojkot: obejrzałem trochę ponad połowę ćwierćfinałowego meczu Chorwacji z Rosją, mniej więcej w całości oba półfinały, ostatnie półgodziny meczu o trzecie miejsce, no i oczywiście finał. I myślałem podczas ćwierćfinału, że przecież nikt z tych tak pięknie walczących na boisku Rosjan nie jest odpowiedzialny za Putina i jego samodzierżawny terror... Ale wątpliwości są i pozostaną - i zapewne już na zawsze oglądanie wielkich piłkarskich mistrzostw będzie dla mnie przyjemnością cokolwiek występną i nieczystą.
Po trzecie: dobrze się stało, że ten fatalny karny (powiedzmy otwarcie: wykonany tak źle, jak tylko można) był autorstwa Błaszczykowskiego. To on był głównym architektem naszego niewątpliwego sukcesu - i jeśli Lewy to oficjalny kapitan, to Kuba był nieoficjalnym majorem. I w jakimś sensie wyłącznie on miał prawo nas z tego Euro wyautować. Może to zabrzmi patetycznie, ale gdzieś tam w głowie kołatały mi się słowa kończące Redutę Ordona Mickiewicza: 'Bóg wyrzekł słowo stań się - Bóg i zgiń wyrzecze'... Ale inna sprawa, że miałem jakieś przeczucie, że nie strzeli - zbyt szybko podszedł do tej piłki, zbyt łatwo oddał beznadziejny strzał - jakby chciał mieć to już za sobą, jakby właśnie jemu puściły nerwy. Cóż - miał do tego prawo. Właśnie tak, miał prawo - on i nikt inny.
Po czwarte: zawsze irytowało mnie nazbyt łatwe machanie hasłem 'nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało' - bo z turnieju na turniej działo się coraz więcej i coraz gorzej: bo jak ktoś za taką kasę rozpala takie wielkie zbiorowe emocje, to sorry, ale odpowiedzialność też jest wielka. Dziś mogę to powiedzieć pierwszy: nic się nie stało. A jeśli już - to stało się dużo i dobrze."
4.
No więc wypadałoby grepsiarsko zapytać: co poszło nie tak, gdzie popełniłem błąd? Co się stało, że piłka nożna - nawet w tym odświętnym turniejowym wydaniu (futbol inny niż ten grany przez reprezentację narodową nigdy mnie zresztą na poważnie nie obchodził) - niemal całkowicie przestała mnie ruszać?
Mógłbym na odczepnego odpowiedzieć, że jak się rodzi w okolicach dwóch kolejnych Mundiali dwóch synów, to właśnie to jest najlepszym sposobem na zmianę hierarchii, na wykorzenienie pewnych nawyków (trochę tak jak brak psa i porannych z nim spacerów bywa - jak sądzę - doskonałą okazją do rzucenia palenia), ale - no właśnie - byłoby to na odczepnego, nie do końca prawdziwie i uczciwie: w końcu tym wyżej wspomnianym Euro ekscytowałem się jako tata dwulatka. Ale owszem: do pewnego stopnia ojcowskie zakorzenienie w bycie innym niż ekranowe wspólnoty pozwoliło mi chyba zbudować dystans i lepiej wyostrzyć sobie to, co mi w futbolu nie gra.
5.
Po pierwsze: piłka jednoczy nas wokół pewnych intensywnych emocji, a jeśli emocje te wiążą się z czymś pozytywnym, to dodatkowo i leczymy swoje kompleksy wobec świata (a jesteśmy nacją ufundowaną na kompleksach właśnie), i dopieszczamy swoją kolektywną nieświadomość porytą rycerskimi sentymentami. Marek Bieńczyk - który o futbolu i w ogóle o sporcie potrafi pisać jak nikt w Polsce - w jednym z esejów z Księgi twarzy pozwolił sobie na zestawienie zgoła heretyckie: że w czasach PRL-u doszło do dwóch tylko momentów, kiedy Polacy poczuli się Wspólnotą, a stało się to podczas pierwszej papieskiej wizyty Jana Pawła II w roku 1979 i pięć lat wcześniej, kiedy legendarna drużyna Kazimierza Górskiego nie tylko po raz pierwszy od Mundialu z 1938 roku awansowała do finałów Mistrzostw Świata, ale też powróciła z nich z brązowym medalem. I w sumie nie ma w tym zrównaniu nic szokującego: nie chodzi tu o postponowanie historycznie niewątpliwie doniosłej roli, jaką odegrała pielgrzymka Wojtyły, ale o ukazanie, jak ogromną moc wiążącą ma dla Polaków futbolowy sukces.
W tym ostatecznie - bądźmy uczciwi - nie ma nic zdrożnego, a może nawet takie terapeutyczne momenty są dla naszego frustrackiego charakteru zbiorowego konieczne. Jeśli przez chwilę nie skaczemy sobie do gardeł, jeśli na ten jeden moment strzelenia gola zgromadzeni w jednej knajpie zwolennik PiS-u i Platformy rzucają się sobie na szyje i jeszcze śmieją się z tego, że jeden drugiego oblał piwem - to jest dobrze. Od średniowiecza wiadomo, że potrzebny jest czas karnawału, mięsopustnego święta głupców, kiedy żebrak może poudawać, że jest królem, a najgorsza ladacznica we wsi doświadczy hołdów, jakie należne są Najświętszej Panience.
No ale wszystko jest sprawą pewnego umiaru. Gdy Jorge z Burgos, demoniczny ślepy bibliotekarz z Imienia róży, wyjawia Wilhelmowi z Baskerville przyczyny swej nienawiści do Poetyki Arystotelesa, również powołuje się na przykład milczącego kościelnego przyzwolenia na karnawałowe rozpasanie - by zaraz dodać, że rozbawione ogłupienie nie jest niczym złym, dopóki nie stanie się zasadą (sankcjonowaną choćby właśnie autorytetem Filozofa). A zatem - powracając na grunt futbolu - szał radości (na przykład po awansie Polaków do ćwierćfinału ostatniego Euro) musi znać swoje granice; wspólnota rozentuzjazmowanych kibiców obowiązana jest do pamięci o swej iluzoryczności i krótkotrwałości, o tym, że najpiękniej strzelona bramka nie doda ani grama do istotnego gatunkowego ciężaru tego, kto bramkę tę oklaskuje.
Kilka lat temu w Krakowie powstał bardzo prężny ruch obywatelski Kraków Przeciwko Igrzyskom, który dokonał rzeczy niebywałej: zmusił uprzywilejowaną kastę urzędniczo-biznesową do przeprowadzenia referendum, w którym faktyczni właściciele miasta (czyli suwerenni mieszkańcy) odrzucili szkodliwy, forsowany przez wspomnianą kastę, pomysł zorganizowania w Krakowie zimowych igrzysk olimpijskich. Ruch przetrwał (obecnie funkcjonuje niestety w coraz bardziej znikliwej i wątpliwej formie jako Miasto Wspólne) i przez jakiś czas działał pod swoją pierwotną nazwą - słusznie argumentując, że chodzi o szerzej zakrojone przeciwstawianie się polityce miejskiej pojmowanej właśnie przez pryzmat igrzysk, doraźnych i nieprzemyślanych decyzji dyktowanych logiką debordiańskiej zgoła spektakularności. Ciesząc się ewentualnymi sukcesami polskich piłkarzy, powinniśmy pamiętać właśnie o tym: że to tylko igrzysko, które nie powinno nadmiernie odwodzić nas od twardej faktyczności życia społecznego.
Czy jednak nie przesadzam? Bądźmy poważni: tak jak od zwycięstwa Polski nad Szwajcarią podczas Euro 2016 nie zmądrzeli nasi parlamentarzyści, tak też zapewne tegoroczna przegrana z Kolumbią na Mundialu nie pogorszy na przykład i tak już fatalnej kultury jazdy samochodem przeciętnego polskiego Seby... Niemniej jednak wydaje mi się, że problem istnieje - w absolutnie niewspółmiernym do niczego terrorze medialnym, który narzuca wszystkim konieczność zainteresowania jakimiś tam zawodami z jakiejś tam dyscypliny sportowej.
Naprawdę, gdyby Karol Marks żył dzisiaj w Polsce, swój słynny bon-mot o religii przekułby na sąd o tym, że to sport jest opium dla ludu. Już pal sześć reklamowy obłęd związany z Polską reprezentacją w piłkę kopaną (choć cały czas czekam, aż Robert Lewandowski zagra w reklamie Roberta Lewandowskiego jako najskuteczniejszej agencji reklamowej); pal sześć nawet obłęd sprzed paru lat, kiedy to po pierwszym w historii wygranym meczu reprezentacji naszego kraju z Niemcami na warszawskim Stadionie Narodowym, do sprzedaży trafiły doniczki z certyfikowaną murawą, na której to dokonał się ten dziejowy wyczyn (choć gdyby o tym wiedział Robert Coover, z pewnością musiałby inaczej napisać swój porywający esej Piłka nożna jako sakrament egzystencjalny). Bardziej chodzi mi o to, że ilekroć w czasie tych pierwszych mundialowych dni, kiedy nasza jedenastka jeszcze udawała, że gra o cokolwiek, włączałem rano radiową Trójkę, miałem nieodmienne wrażenie, że trafiłem na audycję sportową, że cała reszta świata po prostu przestała istnieć, że jest tylko Mundial, a wcześniej do granic absurdu rozentuzjazmowane wieści o banalnych w gruncie rzeczy kolejach losu naszych orłów-nielotów na zgrupowaniu w Arłamowie.
Profesor Michał Paweł Markowski na swoich zajęciach z teorii literatury, na które miałem niebywałą przyjemność chodzić, na przykładzie piłki nożnej objaśniał działanie synekdochy, a konkretnie tego jej wariantu, który po łacinie nazywa się totum pro parte, czyli użycia nazwy całościowej na określenie pewnego zjawiska jednostkowego. Mówimy "Polska wygrała mecz", podczas gdy mecz wygrała (no dobra, częściej przegrała) nie żadna abstrakcyjna Polska, ale jedenastu facetów ganiających za nadmuchanym skórzanym balonem. Kiedyś łyknąłbym takie wciągnięcie mnie w pewną wspólnotę jak bocian żabę, dziś jednak dostrzegam przemocowość tego metonimicznego terroru... No bo ja też jestem jakąś tam częścią (konkretnie - według danych z roku 2015 - 1/38446000 częścią) Polski i bardzo przepraszam, ale nic nie wygrałem, nic nie przegrałem, a w piłkę nożna grywam (nie bez dzikiej przyjemności) skrajnie amatorsko, raz w tygodniu przez mniej więcej dwadzieścia minut, tylko na sali gimnastycznej, w ramach rozgrzewki przed treningami capoeira. A jeśli coś tam wygram (albo i przegram), to nie mam poczucia, że to sukces/porażka Polski. I nie wiem, w czym to moje poczucie miałoby być mniej lub bardziej uprawnione niż wszystkich tych Szczęsnych i Glików: w końcu jestem taką samą Polską jak oni.
No bo jest jeszcze tak, że chwilowe uniesienia - zwłaszcza te skończone rozczarowaniem - odkładają się frustracją, postkoitalną żałobą. W czasie, gdy graliśmy tegoroczne mecze z Senegalem i Kolumbią, przestrzenie miejskie (okna, balkony, samochody) były bardziej biało-czerwone niż przed niejednym świętem narodowym - tuż po tym, jak pożegnaliśmy się z rosyjskimi mistrzostwami, M. ustrzelił w jednym z marketów taką nader wymowną fotkę: wielki kosz wypełniony poupychanymi bez ładu i składu wszystkimi tymi gadżetami w bieli i czerwieni, z wielką kartką "przecena - 0,99 zł". Tyle jest wart patriotyzm przeszacowanego święta głupców.
5.
Druga moją futbolowa wątpliwość jest grubszej natury i wiąże się z przeświadczeniem, że cały piłkarski świat jest przestrzenią kosmicznej zgoła korupcji - nie tylko tej finansowej, ale też (co znacznie, wbrew pozorom, ważniejsze) politycznej.
Jak już wspomniałem - nigdy nie byłem w stanie wykrzesać w sobie najmniejszego nawet zainteresowania piłką nożną w wymiarze klubowym. Z racji miejsca urodzenia powinienem w odruchu lokalnego patriotyzmu kibicować KKS Sandecji, ale wtedy, w dzieciństwie, było to podwójnie trudne - po pierwsze dlatego, że Kolejowy Klub Sportowy dziadował wówczas straszliwie, w każdym sezonie balansując na krawędzi spadku z trzeciej ligi, a po drugie dlatego, że chowałem się na wiejskim przedmieściu i nieodległy przecież Nowy Sącz (zwany po prostu "Miastem") to był jakiś radykalnie inny, wielki świat, którego jakoś nie traktowało się jako małej ojczyzny... No i tak mi zostało; raz jeszcze odwołując się do kapitalnych rozpoznań Marka Bieńczyka - wybierałem raczej modernistyczną wzniosłość kibicowania reprezentacji ucieleśniającej pewną tyleż abstrakcyjną, co nieusuwalną plemienną jakość zwaną narodem, niż przelotny postmodernistyczny związek z marką handlową zwaną klubem.
A do tej wrodzonej obojętności stopniowo dołączała się konkretna awersja związana z kolejnymi ujawnianymi aferami korupcyjnymi toczącymi polską piłkę... kiedy końcem lat osiemdziesiątych zaśmiewaliśmy się z brawurowej komedii Piłkarski poker Janusza Zaorskiego (ach, ta fenomenalna rola Janusza Gajosa jako sędziego Jana Laguny, mającego w sobie tyle ze zgorzkniałego patosu szeryfa - ostatniego sprawiedliwego z jakiegoś klasycznego westernu!), nikt jakoś nie brał na poważnie zarzekań reżysera, że to film oparty na rzetelnej wiedzy o zakulisowych machinacjach w PZPN-ie; dziś coraz bardziej skłonni jesteśmy uznać, że to rzeczywiście był bez mała fabularyzowany dokument... Jeśli dodać do tego fakt tyleż niewątpliwego, co zatrważająco odpornego na represje prawne przenikania się struktur kibolskich ze zorganizowaną przestępczością (zwłaszcza narkotykową), rysuje się obraz niesłychanie ponury: młodych ludzi, którzy (często szachowani retoryką związku wierności klubowi z pielęgnowaniem wartości patriotycznych - bywa, że w ich najbardziej radykalnym, ksenofobicznym i rasistowskim wydaniu) gotowi są szlachtować się maczetami w imię mimowiednego legitymizowania monstrualnej łapówkarskiej fikcji, stwarzając (pozostaje wierzyć, że i tym razem w większości bezwiednie) zasłonę dla machinacji narkobiznesu.
Przez długi czas żyłem jednakowoż w naiwnym przeświadczeniu, że ta patologia nie dotyczy piłki nożnej w jej wymiarze międzynarodowym. Zrazu była to naiwność idealistyczna (że na tym poziomie nie kupczy się wynikami, bo... no, bo po prostu nie wypada, bo jest jakiś rodzaj sportowego szlachectwa, który na to nie pozwala), potem - naiwność cyniczna: że po prostu nie ma nikogo, kto byłby w stanie wyłożyć kabonę konieczną do wydrukowania wyniku na Euro, na Mundialu czy w Lidze Mistrzów. Ostatnio ujawnione rewelacje na temat skandali korupcyjnych na szczytach władz FIFA i UEFA czy szczegółów powierzenia organizacji Mistrzostw Świata 2022 Katarowi, gdzie być może mamy do czynienia z przekrętami na szczeblu już nie międzyludzkim, a międzypaństwowym, każą mi wyzbyć się resztek złudzeń (o rzeczach tak pornograficznie oczywistych jak irracjonalne zarobki futbolowych megagwiazd, wysokość kwot przy transferach najbardziej wziętych piłkarzy, kupowanie prestiżowych klubów przez wątpliwej konduity finansowych oligarchów nawet nie chce mi się wspominać).
Ale to przecież nie koniec zgorszenia - bo na finał trzeba rozważyć wątpliwość, czy rzeczywiście etycznie niewinne jest namaszczenie na gospodarza Mundialu Rosji, czyli kraju, który (najdelikatniej rzecz ujmując) nie spełnia uznawanych przez kulturę i cywilizację świata zachodniego standardów praw człowieka i ładu demokratycznego; kraju, gdzie aparat represji prześladuje przeciwników politycznych, niezależnych dziennikarzy i niewygodnych aktywistów, gdzie wynaturza się procedury elekcyjne, kraju, który dopuszcza się aktów niedopuszczalnej w prawie międzynarodowym agresji militarnej wobec państw ościennych.
Najbardziej oczywisty argument na rzecz tego, że nie ma w tym nic gorszącego - czyli stwierdzenie, że trzeba odseparować politykę od sportu, zupełnie mnie nie przekonuje, i to z dwóch co najmniej powodów. Raz dlatego, że już to, o czym wspomniałem powyżej, czyli mocne podstawy do podejrzenia, że za wyborem gospodarza mistrzostw (sprawa dotyczy przede wszystkim następnego Mundialu, tego w Katarze, ale czy aby na pewno tylko tego?) stoi realny interes ekonomiczny liczony w ciężkich milionach (a może i miliardach) euro, każe odesłać wiarę w prymat idei sportowej nad kasą w sferę krańcowej naiwności. Dwa - bo przecież nie jest tak, że idea olimpijska (a przecież leży ona nie tylko u podstaw pewnej filozofii organizowania kolejnych olimpiad, ale też wszelkich międzynarodowych zawodów o charakterze mistrzowskim) nie jest czymś uniwersalnym; skrajnie szlachetny koncept zawieszenia polityki (również pojmowanej jako rozstrzyganie sporów między zbiorowościami w drodze wysiłku zbrojnego, jako dyscyplinowanie wspólnoty przy użyciu aparatu legalnej przemocy) na święty czas igrzysk zrodził się tu, u greckich korzeni ducha europejskiego i chyba powinien być przywilejem należnym tym, którzy respektują również inne z ducha tego wynikłe zobowiązania - równość obywateli wobec prawa, wolność słowa, niezależność wyboru reprezentacji politycznej, pluralizm poglądów... Jasne: można i trzeba mieć wątpliwości, czy z wszystkich tych wzniosłych zobowiązań wywiązują się rządy Waszyngtonu, Paryża, Londynu czy Berlina, ale jednak sytuacja jest tutaj radykalnie odmienna niż w autorytarnej Rosji czy totalitarnych Chinach (organizatora Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2008 roku), prowadzących dodatkowo budzące poważne wątpliwości działania wojenne na Ukrainie czy w Tybecie. Być może rzeczywiście jest tak, że organizacja życia społeczno-politycznego Rosji i Chin po prostu jest, jaka jest, i nie może być inna - może rzeczywiście szeroko pojmowany ład demokratyczny nie pasuje do wielowiekowej tradycji i zbiorowej psychologii tych dwóch gigantów; ale jeśli tak, to może po prostu nie powinniśmy udawać, że da się tu bezkonfliktowo zaaplikować ideę olimpijską? Może właśnie powinna być ona nie ściemą (udajemy, że w czasie igrzysk nie leje się krew w Donbasie i że tysiące chińskich więźniów politycznych nie cierpią prześladowania), ale rodzajem potwierdzenia faktycznej - lepszej lub gorszej - przynależności do świata regulowanego przez pewne wartości?
6.
Oczywiście - jestem hipokrytą, nie zdobyłem się na całkowity kibicowski bojkot: obejrzałem trochę ponad połowę ćwierćfinałowego meczu Chorwacji z Rosją, mniej więcej w całości oba półfinały, ostatnie półgodziny meczu o trzecie miejsce, no i oczywiście finał. I myślałem podczas ćwierćfinału, że przecież nikt z tych tak pięknie walczących na boisku Rosjan nie jest odpowiedzialny za Putina i jego samodzierżawny terror... Ale wątpliwości są i pozostaną - i zapewne już na zawsze oglądanie wielkich piłkarskich mistrzostw będzie dla mnie przyjemnością cokolwiek występną i nieczystą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
