środa, 16 kwietnia 2014

Epifanie wiosenne

***

Cielesność, to pewne - myślę sobie patrząc, jak małolaty, jakoś tak zapewne gimnazjalne, bawią się w Parku Lotników w wielkie fotografowanie. Cóż, tak to już sobie natura wymyśliła, że nastoletniość jest czasem budzenia się nowej świadomości ciała - nic na to nie poradzimy (i dobrze, że nie poradzimy: wierzganie przeciw ościeniowi mądrej natury rzadko się opłaca). Mówiąc najoględniej: ciało w tym wieku zaczyna chcieć się podobać - a jedynym miernikiem owego się-podobania może być inne ciało, najczęściej zawężone do oka. Bywa, że wyradza się to w coś niedobrego, co może cedować pracę nad sobą pod wyłączną ocenę jakichś zewnętrznych instancji. Ale jeśli prowadzić ma to do głębszego poznawania siebie w lustrze tego, co sobą nie jest - to to jest dobre, bez dwóch zdań. A całe te zabawy w wielką fotografię, których tak dużo po parkach w te bełkoczące nową witalną siłą dni wiosenne, wydają mi się naprawdę świetlistą ścieżką inicjacji w siebie-samego-cielesnego, czymś nieskończenie zdrowszym od przypadkowych obłapek na domówkach. Oczywiście, zatwardziali obrońcy moralności (albo tego, co apodyktycznie za moralność zwykli oni uważać) będą sarkać na takie bezeceństwa, ale są tacy, którzy nawet na obrazach Balthusa i na zdjęciach Claudine Doury z obozu w Arteku widzieć będą wyłącznie wynaturzenie i pornografię - wystawiając tym samym swojemu instrumentarium skojarzeniowemu nader dwuznaczne świadectwo... A przecież myślenie, że świadomość ciała musi prowadzić do sponiewierania ducha, to nic więcej jak najbardziej spotworniałe popłuczyny po platonizmie, które z sednem judeochrześcijańskiej antropologii mają tyle samo wspólnego co stosy i krucjaty: kiedy Jahwe stwarzał człowieka, to nie uczynił go ciałem i odseparowaną odeń duszą, ale duszą-w-ciele; gdy skutkiem boskiego tchnienia kupa gliny staje się "istotą żywą", to hebrajszczyzna Księgi określa ten nowy byt słowami lenepeš haya, gdzie samo słowo nepeš oznaczać może też "gardło" lub "krtań" (podobnież pochodzący od tego rzeczownika czasownik nāpāš, oznaczający oddychanie). Człowiek przed pośmiertnym powrotem boskiego tchnienia do miłujących płuc Stwórcy nie jest przeto jakimś dualistycznym potworkiem: istnieje jako dusza tylko o tyle, o ile istnieje jako ciało. A zatem dojrzewanie ciała ku pełni samoświadomości jest tym samym, co doskonalenie duszy.

***

Trzydzieści kilometrów rowerem w niedzielny poranek - a biorąc pod uwagę, co w niedziele zwykło się porankiem określać, raczej bladym świtem, czyli między godziną siódmą a dziewiątą... Obserwacje fauny z wolna zapełniającej bulwary nad Wisłą fascynują swoją godną najwyższych pozytywizmów precyzyjnością: od parku na Dąbiu aż po Salwator dokładnie te same, autystycznie natarczywe w swej regularności objawy budzącego się życia. Najpierw z drzewa ewolucji złażą właściciele psów ze swymi czworonogami (albo psy ciągnące na smyczach niedospanych dwunogich). Potem - rowerzyści. Dalej - biegacze. Jeszcze chwilę później: poobijani weterani sobotnich melanży pochłaniający pierwsze (lub ostatnie: kierunek ten sam, tylko wektory przeciwne) piwo i zapóźnieni łowcy złomu przemykający się w coraz bardziej rzednących cieniach do opuszczonych ogródków działkowych i coraz bardziej kurczących się labiryntów ruder na Podgórzu. Czasem te dwa typy gwiazd średnio zarannych wchodzą na orbitę kolizyjną: teraz mniej już idzie o przysłowiową złotówkę, bardziej o symbolicznego papierosa, czasem nawet śmielej, o łyk wspomnianego, ulatniającego się w gęściejące powietrze browara.
Mija mnie joggerka. Moją uwagę skupia wyłącznie powiewający za nią w rytm kroków koński ogon blond włosów - podobnie jak ta wiewiórka, o której za chwilę, powtarzać będzie swoim pozorowanym bezruchem dynamikę pnia, tak to falowanie włosów pozostaje w doskonałej korespondencji z leniwym przepływem Wisły.

***

Wiewiórka przycupnięta na pniu drzewa. Nieskończenie obecne w tu i teraz zwierzęta zawsze mają w sobie jakąś niedostępną naszemu stanowczo nadrefleksyjnemu gatunkowi doskonałość, ale wiewiórki (tak jak koty i gawrony) są owej doskonałości wcieleniem bodaj najpełniejszym. Rosnące, bure drzewo pozostaje w ruchu - rozciągniętym na dekady i stulecia, niepostrzegalnym, ale przecież pewnym i niepowstrzymanym; bezruch wiewiórki jest wstrzymującą mi dech kondensacją gotowości do innego na pozór (zdecydowanie na pozór), ale też ruchu: wystarczy ćwierć okamgnienia, by zmieniła się w smugę zabarwionego na rudo powietrza.
Patrząc na tę wiewiórkę na tym pniu, nie myślę o opozycji równie pozorowanych bezruchu i pędu, staram się ogarnąć myślą niemożliwą do opisania korespondencję tych dwóch dynamik: tętniące życiem kosmate ciałko, dokładnie odtwarzające linie przezroczystego światła, którymi sączy się niedocieczona drzewna mądrość.

***

Pierwsze takie jakby upały (wiosną używanie tego słowa przychodzi z dziwnym wstydem, ma się poczucie, że to coś niestosownego, że to jeszcze nie teraz, że ciągle za wcześnie; widać to po konfekcyjnej konfuzji przechodniów: niektórzy w puchowych kurtkach, bo to przecież jeszcze marzec, inni już w bermudach, bo przecie kanikuła jak w czerwcu), pierwsze zmywające je deszcze - zapach mokrego asfaltu, kwintesencja czasu, kiedy ciepło obejmuje w posiadanie widzialny świat. Przez żyły zaczyna przesączać się wtedy pragnienie czegokolwiek, co byłoby ruszeniem się z miejsca, podróżą, wędrówką, włóczęgą - nazwy są tu zresztą nieważne, bezradne i nieużyteczne. Ale jest jeszcze inna woń, znacznie bardziej niepochwytna: wilgotnej ziemi wzruszanej przez wszelkie kiełkujące zielsko. By naprawdę ją poczuć, konieczny jest rozmakający śnieg, więc w tym roku pozostaje czymś bardziej wyobrażeniowym niż realnym: ale jest, jest, nie ma siły, która byłaby zdolna ją do szczętu wytłumić.
Jakiś czas temu kartkowałem gdzieś w kiosku czasopismo (tytułu nie pamiętam, ale było to coś pretendującego do prestiżowości), bo zaintrygował mnie pomieszczony w środku materiał o zdjęciach Henri Cartier-Bressona. I trafiłem na fotografię przedstawiającą kobiety w muzułmańskich zawojach, które witają wstające nad Himalajami słońce. Cztery postacie na zboczu, gdzieś chyba w Kaszmirze, zmęczone burki powielające swą brudną fakturą chropowatość dookolnej ziemi; z jednym wyjątkiem ustawione plecami do oglądającego, przed sobą mają głęboką dolinę, a w niej - rozsypane drzewa, domy, nade wszystko zaś szerokie rozlewisko jakiejś szczodrym gestem meandrującej wody, rozświetlonej brzaskiem. Dopiero nad ostatnim horyzontem wyszczerza się najwyższy grzbiet świata ocierany przez chmury. Moją uwagę przykuwa - zgodnie z opisaną ongiś przez Rolanda Barthesa ekonomią punctum - to, że część obłoków zdaje się wzlatywać wprost z dłoni jednej z kobiet.
Właśnie w tym momencie, nad tym zdjęciem - w ciasnym wnętrzu kiosku w jednej z galerii handlowych, które to galerie są wszak sukcesorkami dziewiętnastowiecznych pasaży, tak jak je opisywał Walter Benjamin: jako emanację tryumfu mieszczańskiej sztuczności nad utopią tęsknot za stanem natury - najmocniej dało się poczuć zapach drżącej od nabrzmiewającej wiosny ziemi.

***

Drzewa okrywające się puchem tego, co za parę tygodni wybuchnie w liście - tak osobliwie lśnią we wstającym, przymglonym słońcu, stapiają się z powietrzem niczym na malarskiej wprawce impresjonisty. Od czasu do czasu któryś z tych płowożółtych kłębków z nagła zaczyna się poruszać, podskakiwać, wiercić ruchami szybszymi niż percepcyjna wydolność źrenicy nierozszerzonej jeszcze poranną kawą, nieuzbrojonej w zapomniane, wciąż dosypiające na książce przy łóżku okulary, by w końcu wystrzelić w niebo sikorką.

***

Na wahających się między jeszcze żółtym a już zielonym trawnikach stada jakichś ptaków. Podrywają się do lotu, kołują i lądują całą gromadą w synchronizacji tak nieskończenie doskonałej, że można to porównać wyłącznie z pląsem księżyca za oknem samochodu, wystukującego dodekafoniczne staccato na strunach nagich, rozpuszczonych przez atrament nocy pni.

***

Wielki Post, czyli - oczywiście - Gorzkie żale. Kwintesencja tego, co najlepsze w polskim katolicyzmie - bezrefleksyjnym, rozbuchanym, czasem obskuranckim, z niewiarygodnym przerostem tego, co sercowe, nad wszystkim tym, co od mózgu, ale w chwilach śpiewania kolejnych lamentacji Męki (a śpiewa się to bodaj mocniej niż nawet kolędy), kiedy duch niesiony hiperwentylacją kolejnych długich, molowych tonów odrywa się od skurczonego w przyklęku ciała, zdolnym przenosić w przestrzenie doświadczenia religijnego niedostępnego najwyszukańszej scholastycznej spekulacji. Dziki, surowy, arcydzielny barokowy poemat wyśpiewywany, wywrzaskiwany i zawodzony w polskich kościołach już od ponad dwustu lat... lubię wsłuchiwać się w to, jak niezgodne są głosy śpiewających (każdy zna trochę inne melodie gorzkie i żalne, każdy wkłada w nie całego siebie - pamiętam dobrze, że w mojej rodzinnej wsi staruszkom zdarzało się ronić rzewne łzy nad cierpieniem Pana naszego Jezu-Chrysta, choć żalne i gorzkie opowieści o nim snuły w każdą wielkopostną niedzielę od dzieciństwa); ta święta niezgoda to istota transgresji myślanej w czas Gorzkich żali Męki. I zdarza się, że niekiedy słyszę ich wszystkich: zmacerowanych jak nieurodzajna ziemia chłopów błagających, by Pan raczył zachować ich od cholery i Szweda; podgolone sarmackie łby włączające się w śpiew głosami zachrypłymi od okowity i nawoływania na bitewnych polach; rozpalonych ogniem walki z luterską zarazą jezuitów rzuconych z rzymskich kolegiów w tę szarą, tkwiącą w nieprzebytych błotach i śniegach krainę na krańcach cywilizowanego świata, gdzie nocami (jak wieść niesie) po świętych gajach wciąż jeszcze ciągnie się na spotkania z cieniami zmarłych.
Wielki Post, czyli - oczywiście - wielkopiątkowa adoracja krzyża. W podszytym fanatyczną miłością zbliżaniu się do zaślinionego setkami ust (wypomadkowanych, nakremowanych, spękanych, obłażących zajadami i opryszczkami) kawałka drewna jest głębia kontemplacji, w obliczu której czymś śmiesznie zesnobowanym wydają się światłocienie Caravaggia, rozlewne nuty Leçons de ténèbres Couperina, dylematy ciemnych nocy świętego Jana od Krzyża... Ten widok sprzed kilku lat: starszy pan z ręką na temblaku, za który robi poplamiony, zawiązany na supeł krawat, pochylający się przed lśniącym od wylizywania krucyfiksem - jeśli kiedyś dane mi było jedno mistyczne drgnienie serca, to właśnie wtedy.

***

Późne popołudnie, niedojrzała pomarańcza słońca zachodzi nad dachami w ornamencie obsypanych białokremowymi kwiatami drzew. Podchodzi do mnie kilkuletni chłopiec i wskazując na najniższą okwieconą gałąź pyta: "przepraszam, czy mógłby pan mi taką urwać? Dla mojej mamy..."
Moment, w którym myślę, że ludzkość ma jeszcze szansę.

niedziela, 16 lutego 2014

Kocham Cię

Lubię dzień, gdy wspomina się świętego Walentego - i pewnie dlatego tym bardziej mierzi mnie cały ten walentynkowy kicz, jednako obrzydliwy w obu swoich najbardziej widocznych wcieleniach: tym infantylnym i cukierkowym, i tym przaśno-pornograficznym. I myślę o świętym Walentym, zmarłym śmiercią męczeńską w połowie III wieku rzymskim lekarzu i kapłanie, który wbrew cesarzowi błogosławił małżeństwa rzymskich legionistów, chroniąc ich tym samym w ramionach ich żon przed wątpliwą chwałą wojny - i który podobnoż wysłał z celi, w której oczekiwał na egzekucję, pierwszą walentynkę: do swej ukochanej, której wedle legendy przywrócił wzrok.

Ten dzień w tym roku spędziliśmy z Kasią w Czechach - i wracam dziś do wspomnienia Walentego właśnie po to, by powiedzieć, że bardzo kocham moją żonę. Której całe życie szukałem, którą znalazłem, z którą przechodzę przez wszystkie nasze małe, idiotyczne piekiełka i przez wszystkie nasze wielkie, święte nieba - siódme, dziewiąte i dwunaste. Aż poza kres wszystkich czasów i wszystkich wszechświatów.

Długo myślałem, co mógłbym napisać - aż przyszedł do mnie ten muzyczny fragment: finał wielkiej opery Philipa Glassa Einstein on the Beach. Tam, gdzie kierowca autobusu opowiada o dwojgu zakochanych, których widział na ławce w parku. Te jego słowa z libretta samego Glassa - tak nieudolnie przeze mnie przetłumaczone - niech posłużą tu za wszystko inne. Bo przecież ów poczciwy kierowca widział na tej ławce nas, Kasiu - wszystkich innych kochających się poza kres wszystkich czasów i wszystkich wszechświatów, czyli właśnie nas...



Dzień ze swymi troskami i zmartwieniami dobiega końca i otula nas noc, która winna być czasem spokoju i ciszy, czasem odpoczynku i wytchnienia. Pragniemy kojącej opowieści, która odegna niespokojne myśli dnia, ześle spoczynek rozumowi, wygładzi rozwichrzoną duszę.

Co trzeba nam usłyszeć? Och, będzie to rzecz znana: coś bardzo, bardzo starego - a przez to słyszanego wciąż na nowo. Oto stara, najstarsza historia miłości.

Dwójka zakochanych na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Cisza pomiędzy nimi. Tak głęboka była ich miłość, że nie musiała szukać ujścia w słowach. Tak zatem siedzą w ciszy na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Wreszcie ona pyta: "kochasz mnie, John?" "Najdroższa, ty wiesz, że tak" - odpowiada. "Kocham cię bardziej niż słowa są w stanie wyrazić. Jesteś światłem mojego życia, moim słońcem, księżycem i gwiazdami. Jesteś dla mnie wszystkim. Bez ciebie nie mam po co żyć."

I znów cisza, a dwójka zakochanych siedzi na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca. I ona mówi raz jeszcze, "jak bardzo mnie kochasz, John?" - pyta. Odpowiada: "jak bardzo cię kocham? Policz gwiazdy na niebie. Odmierz ocean łyżka po łyżce. Policz ziarnka piasku na brzegu morza. Niemożliwe, powiadasz?

Tak niemożliwe jak to, bym zdołał powiedzieć, jak bardzo cię kocham.

Moja miłość ku tobie sięga wyżej niż niebo i głębiej niż otchłań, ciągnie się aż po krańce ziemi. Nie ma granic, nic jej nie powstrzyma. Wszystko na tym świecie przeminie prócz mojej miłości ku tobie."

Jeszcze większa cisza, a dwójka zakochanych siedzi na ławce w parku, ich ciała w dotyku, ich dłonie w blasku księżyca.

Raz jeszcze daje się słyszeć jej głos: "pocałuj mnie, John" - błaga. Pochylając się, z żarem przyciska swoje wargi do jej ust w płomiennym pocałunku.

środa, 5 lutego 2014

Kieszonkowa antropologia słabości

Byliśmy z Kasią czas jakiś temu, niedawno, na warsztatach - czego one w całości dotyczyły, o tym zamilczę, ale ta akurat ich odsłona była o zdrowym odżywianiu. No i znów: nie czas ani miejsce tu na to, by zastanawiać się nad tym, co prowadzący - znakomici specjaliści od naturopatii, jogi, fizjo- i fitoterapii, wszelkich masaży, medycyny chińskiej, dietetyki i całego mnóstwa innych fascynujących rzeczy - mówili, co zrobili dobrze, co źle (jeśli idzie o jakość samego warsztatu), z czym bym się zgodził, z czym tak trochę, a z czym w ogóle. Bo najbardziej zafascynowało mnie to, co J. powiedział ot, tak sobie, mimochodem, gdy dyskusja zeszła na szeroko pojmowaną immunologię. A powiedział - ni mniej, ni więcej - że Europejczyk jest słaby. Tylko tyle i aż tyle.

Długo mi się o tych trzech prostych słowach myślało, bardzo długo, sporo się też z Kasią o nich pogadało. Bo o słabości kondycji Europejczyka słyszy się niby zewsząd - najczęściej w tonie nadciągającej apokalipsy, której grozie naprzeciw wychodzić mają pomruki wszelkiej maści szaleńców (głównie o fałszywie pojętych prawicowych, nacjonalistycznych i tradycjonalistycznych korzeniach; korzeniach oczywiście spotworniałych, zrakowaciałych, tkniętych wynikłym z przerostu niedowładem), wzywających do renesansu, rewolucji, zwarcia szeregów, dania odporu... Wedle takiej narracji najbliższa rzeczywistość będzie wyglądać następująco: zatracimy naszego helleńsko-chrześcijańskiego ducha, który zostanie pożarty przez lewackie: demoralizację, indyferentyzm, egoizm, takoż przez niekontrolowaną migrację, głównie z krajów arabskich i afrykańskich; na fali takiej degrengolady przestaniemy się rozmnażać, a to, co się jeszcze pocznie, będzie permanentnie zagrożone przez dwie przedwczesne śmierci: aborcję i eutanazję - przestaniemy też kontrolować otaczający nas świat, bo ekoterroryzm cofnie nas do etapu człowieka jaskiniowego (oczywiście zbieracza, Boże broń myśliwego!); cały nasz potencjał ekonomiczny zostanie trwale zmarnotrawiony przez Unię Europejską, biurokratycznego Molocha na żołdzie międzynarodowego spisku Żydów, gejów, komunistów i feministek; wreszcie na to wszystko nadciągnie fala islamskiego tsunami, po którym nie pozostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalonym - koniec będzie tak straszny, że finał Nie-Boskiej komedii to przy nim najbardziej ckliwa i przesłodzona sielanka. Ostatni zgasi światło (oczywiście lewacko energooszczędną żarówkę).

No dobra - ale przecież moim celem nie jest (nie tym razem) pisanie filipiki na prawacki bełkot; przecież zgadzam się z J., że Europejczyk to słabeusz i cherlak - tak na poziomie biologii, jak i ducha. W czym zatem różnica? Ano w tym, że widzi mi się, iż nadciągająca - być może - agonia żywiołu północno-zachodniego (czyli europejsko-północnoamerykańskiego) wcale nie musi być apokalipsą. To po pierwsze. Po wtóre - gdzie indziej niż zakamieniali tradycjonaliści upatrywałbym naszej słabości... Ale po kolei.

Sprawa pierwsza: globalna supremacja Europy i wyrosłych z najszczytniejszych tradycji europejskiego etosu Stanów Zjednoczonych nie jest bynajmniej czymś oczywistym. Jeśli wierzyć choćby temu, co pisze Jan Sowa w Fantomowym ciele króla (a z częścią rzeczy tam opisanych nie zgodzić się trudno), jeszcze w średniowieczu panowanie Europejczyka nad światem wcale nie było czymś w sposób oczywisty przesądzonym - to szczęśliwy zbieg okoliczności (konieczność rozwinięcia ekspansji morskiej, co spowodowało niebywały rozwój nauki i technologii; obsługujący takąż ekspansję, najefektywniejszy model handlu opartego nie na towarze czy kruszcu, a na papierach dłużnych) sprawił, że to właśnie my, zamiast takich na przykład Chińczyków, uczyniliśmy sobie ziemię poddaną. Ale to prawda, zawsze (na długo przed lekturą Sowy) wydawało mi się, że to raczej Maurowie z Grenady mieli pełne prawo patrzeć ze zgrozą na nadciągające hordy kastylijsko-aragońskie jak na cuchnących i brudnych, półzwierzęcych dzikusów, w żadnym razie nie odwrotnie... No dobra, może określanie tego jako wyłącznie zbiegu okoliczności jest jednak czymś w nadmiarze dezawuującym, ale w żadnym razie nie jest też chyba tak, że supremacja naszego fenomenu cywilizacyjno-kulturowego jest czymś przez jakąś metafizyczną instancję raz na zawsze zadekretowanym. Krótko mówiąc - ewentualny (bo przecież nie przesądzony) uwiąd żywiołu północno-zachodniego wpisywałby się w logikę cyklicznych bądź cyrkularnych tąpnięć wielkich formacji kulturowych, a to nie jest ideą szczególnie nową: od Giambattisty Vico i jego Nauki nowej, przez Heglowską Fenomenologię ducha, aż po (co najmniej) Zmierzch i upadek cesarstwa rzymskiego Edwarda Gibbona i Zmierzch Zachodu Oswalda Spenglera, kwestia logiki postępu dziejowego jako nieuchronnego i dogłębnego przeobrażania się jego ludzkich stanów skupienia fascynowała nienajwątlejsze przecież umysły. Skoro zatem idea nienajświeższa, to co jest w jej współczesnej masowej percepcji dziwacznego? Odpowiedź wydaje mi się prosta: resentyment.
Mniej u Vico i Hegla, bardziej u Gibbona i Spenglera (by pozostać przy czterech wyżej wymienionych wieszczycielach zmierzchu), ale w różnym natężeniu zawsze widoczna jest jasna zależność: schyłek każdej wielkiej formy kulturowo-cywilizacyjnej poprzedzony jest etapem jej dekadencji, która nie wytrzymuje próby z witalnością tych czy tamtych barbarzyńców (nader sugestywnie i subtelnie ambiwalencję owej grozy i pragnienia w wyczekiwaniu przerafinowanych przedstawicieli ducha śródziemnomorskiego na barbarzyńskie oczyszczenie przedstawił oczywiście w swym słynnym wierszu Konstantinos Kavafis). Bądźmy zatem uczciwi: skoro Europejczyk jest słaby, to nie biadajmy, że nadchodzący Azjata czy Afrykanin jest jeszcze słabszy - jakby był słabszy (nie tylko w sensie witalnej żywiołowości, ale też w znaczeniu pewnej głębokiej kulturo- i cywilizacyjnotwórczej potencji), to nie byłoby się czego lękać, słabsze silniejszemu rady nie da, a przekonanie o własnej bezwzględnej we wszystkim wyższości (choć wszystko zdaje się jej istnieniu zaprzeczać) to przecież nic innego jak paskudna ekonomia myślenia resentymentalnego w stanie czystym. Jak bardzo nieuzasadnione (i życzeniowe) jest takie myślenie, przekonał się jeden z niegdysiejszych guru amerykańskiej sceny intelektualnej, Francis Fukuyama, który w pamiętnym Końcu historii starał się wykazać nieusuwalną, organiczną wyższość demoliberalnego kapitalizmu jako najdoskonalszej formy organizacji i funkcjonowania społeczeństwa, linearną historię redukując do synchronicznego, poziomego rozprzestrzeniania się owego najlepszego z najlepszych modeli... Cóż - krytyka koncepcji Fukuyamy prędko opuściła akademickie wieże z kości słoniowej: po 9/11 i po plajcie Lehman Brothers niektórzy uznali za wskazane przypomnieć sobie o pokrywających się bibliotecznym kurzem egzemplarzach Zderzenia cywilizacji Samuela Huntingtona, a nie do końca jeszcze zaczadzeni neoliberalizmem ekonomiści lekturę Miltona Friedmana zaczęli uzupełniać mgliście pamiętanym ze studiów Johnem Maynardem Keynesem.
Czyli - jak sądzę - stopniowe słabnięcie żywiołu północno-zachodniego wcale nie musi oznaczać apokalipsy; to, co nadejdzie, będzie charakteryzowało się wyższym (bądź po prostu hic et nunc lepszym) stopniem organizacji, choć Bóg jeden raczy wiedzieć, jakie kształty owa wyższość/lepszość przyjmie... A, no właśnie - Bóg; ponurzy zwiastuni końca Europy i Stanów Zjednoczonych jako końca wszystkiego dobrego podnoszą argument o wadze niebagatelnej: że oznaczać to musi kres świata chrześcijańskiego, a zatem (z perspektywy wiary) najzwyklejszy koniec świata w ogóle i nadejście królestwa Złego. Dopowiedzmy: Złego, czyli muzułmanina, który w kreślącej owe ponure wizje kolektywnej świadomości spełnia ostatnio funkcję (po heretykach, żydach, niewiernych, czarownicach, innowiercach, komunistach, masonach) podstawowego ośrodka metafizycznych lęków, dla pozoru przybranych w pseudonaukowe szatki rzekomo racjonalnie sprawdzalnego zagrożenia ekonomicznego, demograficznego, kulturowego czy terrorystycznego. Ale czy pustoszejące kościoły Niemiec i Francji rzeczywiście muszą oznaczać kres chrześcijaństwa jako takiego? No chyba nie bardzo... Owszem, Europa zaczyna się - czy kto chce, czy nie chce - od chrześcijaństwa, na którym wzniósł się masywny niczym katedra w Chartres gmach średniowiecza (no pewnie, wcześniej były jakieś tam Grecje i Rzymy, ale dla nich nie istniało coś takiego jak świadomość europejska: była po prostu polis, potem - matka Roma i rubieże, a poza nimi już tylko ultima Thule i wszystkie inne miejsca ubi sunt leones); owszem, chrześcijaństwo miało w historii Europy swoją ciemną stronę mocy, ale umówmy się, że tak per saldo to wychodzi jednak na plus (o tym, że Boska Komedia, Caravaggio i Wielka Msza h-moll są pośrednimi dowodami istnienia Boga, szkoda się nawet w nadmiarze rozpisywać), a myśl o Europie wzniesionej na innych niż chrześcijańskie fundamentach bynajmniej nie widzi mi się alternatywą jednoznacznie kuszącą... Pytanie brzmi jednak, czy faktycznie kryzys chrześcijaństwa europejskiego musi oznaczać kryzys chrześcijaństwa w ogóle. Otóż - nie: zeszłoroczny wybór na papieża Jorge Mario Bergoglio był aż nadto mocnym wyrazem tendencji już od dawna wyraźnej: że duch, który (o czym wiadomo już od czasów Pawła z Tarsu) tchnie, kędy chce, najżywszym płomieniem gorzeje teraz w Afryce, Azji, Ameryce Południowej. Stajemy więc wobec sytuacji równie paradoksalnej jak ta opisana przez Jacka Dukaja w znakomitym, dywersyjnym opowiadaniu In partibus infidelium - co począć, gdy krzewienie chrześcijaństwa rozprzestrzeni się poza granice rasy człowieczej i natrafi na jakiś kosmiczny gatunek przewyższający nas inteligencją, który bardziej niż ochoczo zechce przyjąć łaskę chrztu? Czy będziemy w stanie znieść sytuację, w której to my zostaniemy zmuszeni do tego, by zmienić jakże łechcącą naszą kolonialną próżność rolę misjonarza na wymagającą nierównie większej pokory pozycję nawracanego? Już teraz widać, że nie przyjdzie nam to łatwo - że myśl o tym, by chrześcijaństwo oddać temu, co nieeuropejskie, budzi w nas instynktowny lęk, tak jakby Chrystus zawarł z Europą jakiś dziwny pakt prymatu i wyłączności (zresztą w ogóle ten prawacki Jezus, ograniczony do roli obrońcy tradycyjnego modelu rodziny, najlepiej wielodzietnej, strażnika własności prywatnej, propagatora konserwatywnych wartości, jakoś nie za bardzo skleja mi się z tym świętym burzycielem, którego znam z mojej lektury ksiąg Drugiego Przymierza). Najlepiej chyba ten resentymentalny, neokolonialny, europocentryczny lęk wyraża jeden z bohaterów wspomnianego opowiadania Dukaja, gdy z najwyższej próby wyczuciem groteski deliberuje: "Dziewięćdziesiąt osiem procent katolików nie należy do gatunku homo sapiens. [...] Cóż święty Paweł powiedziałby na widok Świerszcza? [...] Schizma jest nieunikniona. Pomimo wszystko większość ludzi nie zaakceptuje papieża, który oddycha chlorem, znosi jaja, żyje tysiąc lat, zjada własne odchody, nie ma twarzy ani rąk i nie potrafi mówić po angielsku".
Dukaj Dukajem, ale czasem mam wrażenie, że lęki wyżej opisane sięgają jeszcze dalej, ku rozmiarom dającym się opisać przez inne literackie porównanie - z tym przeczuciem zgrozy, które nawiedza świat wykreowany przez H. P. Lovecrafta; a zatem byłaby to zgroza (o czym żadnego miłośnika paranoicznej wyobraźni Samotnika z Providence przekonywać nawet bym nie śmiał) cyklopowa, bluźniercza, plugawa, obmierzła... Skończyłem właśnie czytać ponad osiemset stron nader gęstego druku Zgrozy w Dunwich i innych przerażających opowieści, wydanych przez poznański Vesper, ze zdejmującymi należytym (bo niewysłowionym) przerażeniem ilustracjami Johna Coultharta i w fenomenalnym tłumaczeniu Macieja Płazy (temu ostatniemu za złe mam tylko posłowie do książki, W przeddzień potwornego zmartwychwstania, bo odbiera mi ono szansę powiedzenia tu czegokolwiek mądrego, a już na pewno odkrywczego). Tym, co aż po szaleństwo mąci umysłowy spokój bohaterów tej prozy, jest dotknięcie prawdy, że historia naszego gatunku na planecie, którą zwykliśmy uważać za wyłączność swoją własność, jest czymś niekoniecznym, przypadkowym, znikliwym i - nade wszystko - śmiesznie krótkotrwałym. Czymże są nasze traktaty filozoficzne, symfonie, katedry, teleskopy, laboratoria, penicyliny, jedwabie, samochody, pociągi, marsjańskie łaziki i bomby wodorowe w porównaniu z tymi wszystkimi monstrualnymi, pozadyskursywnymi, blasfemicznymi miastami liczącymi sobie miliony lat, ukrytymi w oceanach, jak R'lyeh, albo na nietkniętych ludzką stopą antarktycznych płaskowyżach, jak Kadath? Jak wyglądamy z perspektywy mieszkańców planety Yuggoth, dla których einsteinowskie i wszelkie inne (nie)możliwe kontinua czasoprzestrzenne są dziecinną igraszką? Narratorzy Zewu Cthulu albo Cienia spoza czasu wszystkiego tego mogą dotknąć - a przecież myśl o tym, że trzeba będzie ustąpić miejsca temu, co nieskończenie (już nie ilościowo, ale jakościowo) nas przerasta, napełnia ich trwogą tak wielką, że możliwą do wyrażenia jedynie w języku somatycznym - rozciągniętym w niekończący się skowyt.
To znaczące, że pisarz doświadczający tak mocno zagrożenia tym, co inne, postrzegający naszą cywilizację i kulturę jako chwiejące się na wąskiej grani oddzielającej otchłań, z której przychodzimy, od tej, do której już, za niewiele znaczącą chwilę się osuniemy, był jednocześnie skrajnym konserwatystą - z wszystkimi możliwymi tamtego amerykańskiego konserwatyzmu obciążeniami: anglocentryzmem, ksenofobią, rasizmem, antysemityzmem... I coś jeszcze bardziej zdumiewającego: jak często scenami, na których rozgrywają się pierwsze akty owego "potwornego zmartwychwstania" tego, co inne, o którym pisze Płaza, stają się kościoły - opuszczone, sprofanowane, użytkowane przez jakieś zwyrodniałe sekty... Jak ten w Kingsoprt, na którego "upiornej wieżycy przysiadł przez chwilę Aldebaran"; albo te w Innsmouth, które "brutalnie zbezczeszczone przez zmianę nazw i wprowadzenie dziwacznych szat oraz obrzędów liturgicznych, stanowiły teraz siedlisko innowierczego, tajemniczego kultu"; czy wreszcie (najbardziej może) ten na Federal Hill w Providence, gdzie "pod okapami nie widać było nawet śladu ptaków, murów nie okrywał ani jeden listek bluszczu. Aura zgnilizny i ogólnej opustoszałości wisiała nad tym miejscem niby żałobny kir". A przecież Lovecraft to nie tylko żałobnik zawodzący tren nad zmierzchem białej, protestanckiej, anglojęzycznej kultury - to także nieodrodny syn wieków oświeconych i pozytywnych, zdeklarowany ateista! I nawet dla niego figurą nieuchronnego końca kultury staje się wizja wyczerpywania chrześcijańskiego paradygmatu religijnego - tak jakby sprawą oczywistą było, że wszystko inne musi być najpierw antychrześcijańskie... Nie mam wątpliwości, co Lovecraft miałby do powiedzenia na temat Świerszcza, papieża tak gargantuicznego jak ten opisany powyżej przez Dukaja - z pewnością miałby kłopot nawet z o wiele bardziej oczywistymi, czarno- bądź żółtoskórymi kardynałami, z którymi coraz słabszy Europejczyk dzieli się swym Kościołem (podobnoż apostolskim i powszechnym) z tak trudną czasem do zamaskowania niechęcią...

Dość jednak o tym - bo miało być jeszcze przecież o słabości, skąd ona i czym jest.
Sprawa wydaje mi się daleko głębsza i bardziej elementarna niż wspomniane wyżej indyferentyzmy, laicyzacje, spadki dzietności - bo chodzi przede wszystkim o fundamentalny, od pokoleń pielęgnowany z jakąś przedziwną, autodestrukcyjną i masochistyczną Schadenfreude kryzys zaufania. Nie, nie względem autorytetów, mediów, kościelnych hierarchów, instytucji szkolnych i państwowych, bo to bywa czasem (oczywiście utrzymywane w rozsądnych ryzach) oczyszczające; chodzi o brak zaufania do samego siebie, w tym również do czegoś tak źródłowego jak własne ciało. A uważam - jakkolwiek przesadnie by to nie zabrzmiało - że taki brak zaufania, jego stopniowe cedowanie na wszystko, co nie jest mną, to jedna z głównych osi rozwoju cywilizacji północno-zachodniej.
W swojej zupełnie podstawowej, wydanej ponad dwie dekady temu Nowoczesności i tożsamości Anthony Giddens opisywał socjologiczne zmienne, którymi scharakteryzować można późnonowoczesne społeczeństwa wyrosłe ze wspólnego europejsko-północnoamerykańskiego pnia. Jedną z owych zmiennych, szczególnie mnie intrygującą, była teza, iż współczesność charakteryzuje się nader intensywnym rozrostem czegoś, co kanadyjski socjolog nazwał kulturami eksperckimi. Sprawa jest dość oczywista - nasza rzeczywistość, nawet ta najbardziej codzienna, cechuje się tak niewiarygodnym stopniem komplikacji, że musimy pozbyć się istotnej części naszej suwerenności, by w ogóle móc w niej egzystować. Od opieki zdrowotnej, przez poruszanie się w rzeczywistości prawa, aż po instalację systemu operacyjnego lub naprawę iPoda - wszędzie potrzebujemy kogoś, kto podejmie działania za nas, często w sytuacji, które dotyczą najbardziej prywatnych stron naszej egzystencji. No i w porządku - absolutnie nie mam ani ambicji, ani kompetencji, by gmerać w domowej instalacji gazowej bądź samodzielnie przeprowadzać leczenie kanałowe zęba; pytanie jednak brzmi, czy powierzenie się tej lub tamtej kulturze eksperckiej jest aby zawsze konieczne i jakie są tego faktyczne koszta.
Wiedza to władza - ta sprawa nie ulega wątpliwości i wcale nie trzeba czytać Michela Foucaulta czy Petera Sloterdijka, żeby dojść do takich wniosków, ale sprawowanie władzy przy użyciu wiedzy to równocześnie proces wprzęgnięty w grę rynkową. Inaczej rzecz ujmując: dana kultura ekspercka, żeby przeżyć, musi mieć zbyt na to, co oferuje. Fundamentem tego zbytu są dwie taktyki: chronienie symbolicznego i realnego kapitału własnej wiedzy, dbanie o jej ekskluzywność (gdyby każdy potrafił naprawić sobie cieknący kran, profesja hydraulika przestałaby istnieć) i przedstawianie tego, co ma się do zaoferowania, jako niezbędnego - czyli, innymi słowy, pozbawianie ludzi zaufania w kwestii tej właśnie wiedzy praktycznej, którą ma się do zaoferowania.
Zbliżonym do doskonałości modelem takiej kultury eksperckiej, zwłaszcza w Polsce, byłby zawód lekarza wraz ze stanowiącym jego zbrojne ramię przemysłem farmaceutycznym. Tu muszę jasno podkreślić: spotkałem w swoim życiu wielu znakomitych luminarzy sztuki medycznej: pediatrów, laryngologów, stomatologów, dermatologów, a także pokornie oddanych swej służbie lekarzy pierwszego kontaktu i wszystkim im kłaniam się nisko z należnym szacunkiem - ale w niczym nie zmienia to mojej ogólnej wizji tak eksperckiej kultury środowisk lekarsko-farmaceutycznych, jak i zachodniej filozofii medycyny.
Lekarz w tradycji zachodniej - zwłaszcza w cechującej się przez całe wieki niezwykle niskim poziom skolaryzacji i samoświadomości polskiej kulturze intelektualnej - urósł do rangi mistrza wiedzy tajemnej, po gnostycku niepodstępnej profanom, obwarowanej wyjątkowo restrykcyjnymi regułami ekskluzywności i gwarantującej trudno z czymkolwiek porównywalny poziom społecznego uprzywilejowania. To pierwsze widać zarówno w osobliwej filozofii studiów medycznych (gdzie tak trudno się dostać, gdzie utrzymać się tak niełatwo, gdzie nauki tak dużo, które zawsze bytują na wzniosłym marginesie uniwersyteckich instytucji i hierarchii), ale tak po prawdzie już wcześniej, kiedy dzieci z rodzin lekarskich od absurdalnie małoletniego wieku formatowane są przez ich rodziców do wstępowania w ślady przodków na doktorstwie. To drugie... cóż, nie oszukujmy się: owego uprzywilejowania mistrzów medycznej gnozy doświadczył każdy, komu za dziesięć minut diagnozy (a raczej potwierdzenia tego, co się już i tak wiedziało) przyszło zapłacić - lekko licząc - połowę swojej dniówki. Tematem na osobne rozważanie jest zamocowanie owych ekskluzywności i elitarności choćby w społecznych mitologiach dostania się po znajomościach do wybitnego specjalisty, które jako żywo można opisać przy użyciu narzędzi, z jakich Władimir Propp korzystał przy swoich analizach bajki magicznej (z wszystkimi tymi pomocnikami, środkami magicznymi, przeciwnikami i temu podobnym ustrojstwem)...
Tymczasem owo szczególne społeczne funkcjonowanie wiedzy medycznej oparte jest na fundamentalnym pomyleniu pojęć - bo lekarz nie jest od tego, by dbać o moje zdrowie; on jest po to, by leczyć mnie z chorób, a tych wcale nie jest tak dużo, albo inaczej: znakomita ich większość nie wymaga nijakiej lekarskiej ingerencji, ale właśnie tego, o czym tu meandrycznie mówię, a mianowicie zaufania sobie.
Medycynie zachodniej mam za złe nade wszystko bezkontekstowe oraz inwazyjno-agresywne, mechanicystyczne podejście do zdrowia; czyli - jakkolwiek bluźnierczo by to nie zabrzmiało - zachodnia medycyna stała się w głównym swoim nurcie odstręczająco antyhumanistyczna. Przywoływanie tu dla kontrastu tradycji lecznictwa Dalekiego Wschodu jest narażaniem się na pobłażliwe uśmieszki i na oskarżenia o sekciarstwo, ale nic na to nie poradzę: holistyczne podejście choćby wspaniałej filozofii leczenia kształtującej się przez tysiąclecia w Chinach przemawia do mnie stokroć bardziej niż chemiczno-operacyjne spojrzenie aroganckiej europejskiej nauki, która wiekami kształtowaną sztukę masaży, akupresury i akupunktury, ziołolecznictwa traktuje z zazdrości godnym dobrym samopoczuciem jako mniej lub bardziej nieszkodliwe dziwactwo, chwilową modę. A przecież niewątpliwe sukcesy tradycji wschodnich na tym polu nie są bynajmniej kwestią stosowania tych czy innych egzotycznych technik - wyrastają one z dwóch fundamentalnych założeń: że człowiek jest jednością tak całego swojego organizmu, jak i ciała wraz z wolą, umysłem, duchem, oraz że nikt nie zna pacjenta lepiej niż on sam, czyli że najlepszą terapią jest słuchanie tego, co mówi moje własne ciało. Co tam zresztą Wschód: w Europie jeszcze żyjący na przełomie XI i XII wieku Mojżesz Majmonides pisał w Traktacie o astmie, że leczy się nie chorobę, lecz człowieka - w związku z tym próby leczenia ciała bez uwzględnienia łagodzenia cierpień duszy są podstawowym i kardynalnym błędem w sztuce. A dziś?... Lekarze pierwszego kontaktu nie mają problemu z tym, żeby na jednym oddechu postawić diagnozę choroby o podłożu wirusowym i przepisać dewastujące połowę innych niż schorzałe organy, antybakteryjne antybiotyki; utytułowani położnicy usiłują uczyć rodzącą kobietę, jak ma oddychać w czasie skurczów i parć; zasięgając opinii różnych specjalistów od na przykład zwyrodnień kręgosłupa, przynosi się zestaw absolutnie wykluczających się zaleceń chirurga, ortopedy, reumatologa, fizjoterapeuty...
I wcale nie chcę powiedzieć, że to są źli specjaliści - wydaje mi się jednak, że są oni wprzęgnięci w machinę kompletnie irracjonalnego systemu, który wykształca odruchy niebezpiecznie bliskie arogancji: tak wobec pacjenta, jak i w stosunku do wszystkiego, co nie jest tą i żadną inną jednostką chorobową. Podobnież nie uważam, że szczepionki, chemioterapie i antybiotyki są wcielonym złem (jakkolwiek znam sporo osób, które nie bez podstaw twierdzą, że są to jedne z najbardziej szkodliwych medycznych mitologii) - ale sądzę też, że sięganie po dalece nieobojętne środki chemiczne przy każdym jednym bólu głowy, gorączce, nieżycie gardła czy katarze siennym przynosi w ostatecznym rozrachunku dalece więcej szkód niż pożytków.

No tak, oddaliłem się na pozór (ale chyba jednak tylko na pozór) od głównej mojej kwestii - a mianowicie od refleksji o naczelnej słabości Europejczyka, którą jest utrata zaufania do samego siebie... A więc jeśli jesteśmy słabi, to - powtarzam - przede wszystkim dlatego, że zachodnie społeczeństwo przez wieki organizowało się wokół instytucjonalnych narzędzi przejmowania ufności, jaką każdy winien jest głównie sobie; najbardziej charakterystycznym rezerwuarem owej scedowanej ufności są dziś kultury eksperckie (opisane wyżej medyczne, ale też przecież polityczne, prawne, bankowe, informacyjne...), które - aby przeżyć - muszą mieć tej ufności jak najwięcej, choćby nawet jej pozyskiwanie odbywało się przy użyciu nie zawsze czystych reguł. I nikogo nie oskarżam - bo też śmiesznym i nawiedzeńczym absurdem byłoby wyruszać na krucjatę przeciw prawidłom społecznej i kulturowej ewolucji, który kształtowały się z niezliczonej ilości zmiennych przez całe wieki; ale też bardzo mocno stwierdzam, że jeśli nie odzyskamy najbardziej podstawowej, opartej na zaufaniu komunikacji z samymi sobą, z naszymi ciałami i duszami, to rzeczywiście zostanie nam już tylko to, czego doświadcza Nathaniel Wingate Peaslee w Cieniu spoza czasu Lovecrafta: "utraciłem fizyczną zdolność odczuwania; nawet już się nie bałem - strach łypał na mnie jakby z góry, bezsilny i bezradny jak wyszczerzony gargulec".

niedziela, 5 stycznia 2014

Bicz ze sznurów

Żeby być dobrze zrozumianym, muszę zacząć od wyznania wiary.

Wierzę w to, że otaczające nas uniwersum, z którym usiłują sobie poradzić nasze kulawe fizyki i metafizyki, zostało powołane do istnienia przez Najwyższy Rozum i Największą Miłość; wierzę, że jakieś dwa millenia temu ów Najwyższy Rozum w imię tej Największej Miłości stał się dziewiczo poczętym i ubogo narodzonym przez Mariam z Nazaretu człowiekiem, który przeszedł dobrze czyniąc, umarł na krzyżu, zmartwychwstał i wniebowstąpił, zesłał swego płomiennego Ducha i przyjdzie ponownie, by wszystko uczynić nowym. Wierzę, czyli: żywię nadzieję na istnienie tego wszystkiego wbrew wiedzy, która na ten temat nie ma nic do powiedzenia; modlę się (również wtedy, gdy modlitwa moja przybiera kształty dalekie od obrzędowej oczywistości); staram się czynić to, co moje sumienie uznaje w danym miejscu i czasie za najlepsze.

Wierzę również w Kościół - apostolski, czyli taki, który próbuje nieść dobro; powszechny, czyli taki, dla którego nie ma Żyda ni Greczyna, niewolnika ani wolnego; święty, czyli taki, który w radosnym oczekiwaniu na zbawienie gromadzi rzesze grzeszników.

Wierzę, że cała ta nadrzeczywistość w sposób dla nikogo niedocieczony (i z pewnością radykalnie różny od wszystkiego, co wiem i co sobie tylko wyobrażam) przebłyskuje poprzez fenomeny różnych religii, światopoglądów, filozofii...

Ożywiony taką wiarą patrzę z bolesną zgrozą na to, co dzieje się na tym zapuszczonym, narożnym poletku winnicy Pana, którym jest Kościół w Polsce. A konkretnie: nie mogę pogodzić się z tym, co mówią moi arcypasterze, hierarchowie mojego Kościoła, tego domu, o który - jak pisał król i pieśniarz - winna mnie zżerać gorliwość. Zżera - a zżerając, popycha do pisania tego, co tu piszę.

Najpierw była sprawa egzorcystów i ich bałwochwalczych wyznawców, którzy nieoczekiwanie jakoś wyszli z cienia, by zadąć w apokaliptyczne wuwuzele i odtrąbić nadejście królestwa Złego, nawiedzającego książki o Harrym Potterze, muzykę rockową, zabawki Hello Kitty i Monster High, jogę, capoeira, tai chi, filmy anime i komiksy manga... Człowiek ochrzczony nagle stał się kimś pokracznie zewsząd zagrożonym: w niepamięć poszła katechizmowa mądrość, wedle której do grzechu (a grzech to wszak nazwanie wszelkiego wejścia w cień tego, co od Złego pochodzi) konieczna jest całkowicie wolna decyzja i absolutnie pełna świadomość. Przenieśliśmy się w hiperrzeczywistość rodem z tandetnego okultystycznego horroru, gdzie bezwolni bohaterowie daremnie szamoczą się w zmaganiu z odpornymi na wszelkie wysiłki demonami; zostaliśmy cofnięci w przedchrześcijański fatalizm, który we wszystkim widzi nieuchronną, złośliwą przemoc złych duchów z otchłannych zaświatów - tych samych, nad którymi Jahwe odbył już przecież srogi sąd w noc wyprowadzenia synów Izraela z egipskiego domu zniewolenia. Cały ten zalew przebranego w katolicką żarliwość i ortodoksję, bluźnierczego bez mała neopogaństwa ogarnął swym mrokiem lud boży, który - miast wierzyć w zbawczą miłość Chrystusa, której żadne moce piekielne nie przemogą - zaczął wsłuchiwać się w weird fiction snutą na okładkach i ekranach przez potrząsających krucyfiksami i różańcami specjalistów od opętań; a lęk przed najwyższym złem zaczął wyradzać się w chorobliwą, w najwyższych stopniu niepokojącą fascynację - duch, który wiecznie przeczy, po raz kolejny znalazł sobie wyjątkowo perwersyjną drogę na świat. Nie mogłem - i dalej nie mogę - tego pojąć: co stało się z pokorą, która powinna jako pierwsza cechować egzorcystę; w którym momencie stało się tak, że zmieniła się ona w swoje ciemne przeciwieństwo, w (medialną) hybris, którą mądrzy Ojcowie Kościoła umieścili jako rozpustną matkę wszelkiego zbłądzenia na samym początku katalogu grzechów głównych? Dlaczego wśród hierarchów znaleźli się tacy, którzy bodaj na chwilę dali się uwieść przez retorykę zła, które jakoby - wbrew choćby Świętemu z Tarsu - nie z wewnątrz, ale z zewnątrz miałoby do człowieka przychodzić?

No a teraz ten gender. Gwóźdź do trumny.

Powiem przewrotnie: zgadzam się w stu procentach z listem pasterskim Episkopatu, który zdarzyło mi się słyszeć z ambony mojego parafialnego kościoła w ostatnią niedzielę Świętej Rodziny. Nie ma we mnie przyzwolenia na ideologię gender, która głosi absolutną nierozróżnialność płci i tejże płci wyłącznie kulturowe uwarunkowania, która zmierza do całkowitego zanegowania ważności istnienia rodziny, która prowadzi do nadmiernej, fetyszystowskiej seksualizacji dziecka, która zaleca masturbację i służy interesom międzynarodowego lobby pedofilskiego, a miłość redukuje wyłącznie do współżycia.

Szkopuł tylko w tym, że taki gender nie istnieje.

Z niczym, co napisali arcypasterze, nie spotkałem się ani u Hélène Cixous, ani u Luce Irigaray, ani u Judith Butler; ani słowem nie zająkuje się o tym w swoim bardziej niż pożywnym Gender dla średnio zaawansowanych Inga Iwasiów. Owszem, jest tam sporo na temat tego, że płeć określa sama siebie nie tylko przez dane biologiczne, ale również przez determinowane danym kontekstem społecznym i historycznym zmienne kulturowe - co bywa niezłym narzędziem interpretowania literatury. Z dostarczanych mi przez tak rozumiany gender sposobów czytania czasem korzystam, czasem nie - zależy od tego, co i w jaki sposób mam zamiar przeczytać bądź o przeczytanym napisać; ale w pełni uznaję, że genderowe sposoby patrzenia na rzeczywistość kultury mogą prowadzić do co najmniej ciekawych efektów poznawczych... Zaś jeśli idzie o polityczną stronę genderyzmu... Cóż, patrz punkt wyżej: pewne postulaty (przeciwdziałanie przemocy domowej i zatrudnieniowemu upośledzeniu kobiet, respektowanie cywilnych praw niektórych mniejszości seksualnych) są mi bliskie, inne (liberalizacja prawa do aborcji, małżeństwa jednopłciowe, niewyrażana wprost tendencja do zastępowania neutralności światopoglądowej państwa agresywną i wyraźnie fideistyczną laickością w wydaniu francuskim) nie - ale nigdy nie zetknąłem się z niczym, co o "ideologii gender" (cudzysłów zamierzony, określający pewną wyłącznie medialną hybrydę pojęciową) wygadują ks. Dariusz Oko i inni jemu podobni obłąkańcy. Czytając Krystynę Kłosińską, Grażynę Borkowską, Jolantę Brach-Czainę czy Joannę Bator nie widzę na ziemi i niebie znaków nadciągającej apokalipsy, nie czuję smrodu spalenizny i krwi z nieuchronnych ludobójstw, nie dławię się w przeczuciu rychłego powrotu totalitaryzmu.

Czuję za to gniew. Dławi mnie żal. Widzę, że zgodnie ze starym przysłowiem, wedle którego najwięcej diabłów siedzi na dachu klasztoru, demony pogardy, zarozumiałości, ignorancji i złości robią sobie pośmiewisko z ewangelicznej zasady niezważania na osoby i czynią spustoszenie wśród tych, za których tak często (i tak szczerze) modlę się w trakcie cichego i nieporadnego sprawowania liturgii godzin.

Obezwładniającym poczuciem bezsensu napełnia mnie to, że niezależnie od tego, jak powściągliwie by się nie próbowało teraz odkłamać gender, wszelkie argumenty trafią w próżnię - ta społeczna debata od początku bowiem nie była obliczona na wymianę myśli, przedstawianie racji, dążenie do konsensusu; powołano do życia byt równie przerażający i drwiący sobie z porządku rzeczywistości jak monstrum doktora Frankensteina, a następnie z subtelnością godną sądu kapturowego zadecydowano, że ci i ci (a w tym przypadku raczej te i te) będą czcicielami owego fantazmatycznego Baala. Mechanika wznoszenia tego groteskowego kolosa na glinianych nogach jest daleko bardziej niż czytelna: coś pomiędzy warsztatem ulicznego karykaturzysty a erystycznym chwytem reductio ad absurdum (albo też to, czemu imię już dawno temu dała Potęga smaku Zbigniewa Herberta: "żadnej dystynkcji w rozumowaniu", "łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy", "retoryka aż nazbyt parciana"). Ktoś nie zgadza się z budżetowym finansowaniem in vitro (H. powiedziała kiedyś mądrze, że o takim pożytkowaniu pieniędzy publicznych będzie można myśleć wtedy, gdy opustoszeją wszystkie domy dziecka), ale też nie uznaje sztucznego zapłodnienia za zbrodnię przeciwko ludzkości? Znaczy się: jest zwolennikiem aborcji na życzenie i eutanazji. Ktoś inny nie opowiada się co prawda za nazywaniem związków homoseksualnych małżeństwami, ale też uważa, że należy zmieniać prawo tak, by ludziom z par jednopłciowych ułatwić wspólne życie? Proszę bardzo: mamy fanatycznego zwolennika adoptowania dzieci przez gejów. Jeszcze ktoś inny jest zdecydowanym antykomunistą, ale ośmiela się twierdzić, że niektóre filozoficzne diagnozy Karola Marksa, jego sposób opisywania relacji w społeczeństwie dziewiętnastowiecznym do dziś zdumiewają swoją trafnością? Jasna sprawa: stalinista. I tak dalej - doskonałym przykładem takiego ustawiania debaty o gender jest głośna sprawa przebieranek w przedszkolach: z jednego spośród wielu programów wychowania przedszkolnego, w którym przewidziano nieco czasu na taką właśnie zabawę, wspartą dość dobrze przemyślanym pod kątem psychologii instrumentarium scenariuszowym, uczyniono synonim wszelkiej dewiacji, która już za chwilę będzie obowiązywać jako jedyna słuszna norma... Cóż, do dziś pamiętam, jak to na zajęciach praktyczno-technicznych w podstawówce musiałem uczyć się cerowania i haftowania, podczas gdy moje koleżanki zbijały karmniki dla ptaków - a wszystko to jak najbardziej po to, by chłop umiał sobie w przyszłości przyszyć guzik bez zawracania głowy swojej babie...

Skutkiem takiego rozumienia dyskusji jest sytuacja, w której osoby cokolwiek wiedzące o gender zmusza się - jak mawia czasem K. - do tłumaczenia, że nie są wielbłądami; bo jeszcze wieczorem po prostu uznawaliśmy, że płeć to coś więcej niż kwestia tego, co się komu majta (albo i nie) między nogami, a gej to jednak też człowiek, a rano okazało się, że jesteśmy komunizującymi satanistami, tajnymi współpracownikami homolobby, którzy onanizując się nad dziecięcą pornografią knują mroczne projekty eutanazji nienarodzonych...

Szydzę, ale wcale mi nie jest do śmiechu. Historia Kościoła w Polsce to narracja tryumfu (albo - w co wierzę - pewny znak działania Opatrzności, za którą jestem wdzięczny; także teraz, gdy tak wielu zdaje się o wdzięczności tej zapominać): w toczonych za czasów sarmackich wojnach z luterańskimi, prawosławnymi bądź muzułmańskimi innowiercami wykuł się trwały związek polskości z rzymskim katolicyzmem; oświecenie, które na Zachodzie dekapitowało zarówno duchownych, jak i posągi świętych w katedrach, u nas robione było (z jak najświetniejszym zresztą skutkiem) przez pijarów; podczas dziewiętnastowiecznego państwowego nieistnienia bycie katolikiem stało się doniosłym pierwiastkiem partycypacji w substancji narodowej, którą awansowano do figury umęczonego ciała politycznego Chrystusa; założycielskim mitem fundującym II Rzeczpospolitą okazał się maryjny z ducha nadwiślany cud... W latach demokracji ludowej geniusz taktyczny kardynała Wyszyńskiego doprowadził do sytuacji, kiedy pozbawiony co prawda intelektualnego wysubtelnienia, ale za to żarliwy, chłopski w treści i barokowo-romantyczny w formach (przez złośliwych zwany "medalikowym") katolicyzm stał się przestrzenią wolności. A przy tym trwał osobliwie negatywistyczny, oparty na inercyjnym zmaganiu alians tronu i ołtarza (co oczywiście w niczym nie zmienia faktu, że alians ten był przez władzę często i brutalnie naruszany, a wielu duchownych stało się najprawdziwszymi męczennikami, swym patriotycznym i religijnym bohaterstwem w pełni zasługującymi na cześć, jaką się im oddaje). Heglowska dialektyka racji cząstkowych zmieniła się w jedyną w swoim rodzaju dialektykę racji absolutnych: PRL na poziomie deklaracji wyznawał materializm, ale z bólem tolerował niezwalczoną siłę Kościoła jako względnie autonomicznego obszaru sankcjonowanej obywatelskiej swobody, którą przynajmniej można było próbować poddać intensywnej agenturalnej infiltracji; Kościół z kolei sytuował się w kontrze do porządku państwowego, ale miał też w niej gotowy, negatywny punkt odniesienia, rezerwując sobie prawo do dysponowania pełnią moralnej cnoty. Tak ukształtowany polski katolicyzm przemknął się przez rok 1989 w miarę bezboleśnie (zwłaszcza ze spowity był w ochronny kokon w postaci coraz potężniejszego autorytetu Jana Pawła II) - i nagle okazało się, że bywa żałośnie bezradny wobec pluralizmu dyskursów światopoglądowych, wobec krachu monolitycznych dyskursów społecznych, nawet wobec durnego i obliczonego najczęściej na doraźny polityczny poklask antyklerykalizmu. Dlatego czasem zdarzają mu się ataki na rzeczywistość, ataki po husarsku i ułańsku efektowne, ale na dłuższą metę o trudnych do wyobrażenia, autodestrukcyjnych skutkach.

Tak jak teraz, kiedy ruszając na krucjatę przeciwko gender, którego się nie zrozumiało i którego się nie chce słuchać, zaatakowało się choćby mnie - wiernego, choć często marnotrawnego syna Kościoła. Który to syn musi się teraz zmagać z tłukącymi mu się po głowie cytacjami z Pisma - z tą o pobielanych, kryjących w sobie zgniliznę grobach; z tą o faryzeuszach, którzy kładą ludowi na barki ciężary nie do udźwignięcia; i z tą o zgorszycielach, dla których lepiej byłoby uwiązać sobie kamień u szyi i rzucić się w wodę, tak - również z tą; wreszcie z tą o Jezusie, który robi sobie bicz ze sznurów i wygania z domu Ojca tych, którzy z miejsca modlitwy czynią jaskinię zbójców.

Po raz pierwszy jest mi wstyd, że myślę Pismem - ale nic na to nie poradzę, to po prostu paniczny odruch samoobrony w przeczuciu, że ktoś chce mnie wypchnąć z Kościoła, z mojego Kościoła, którego jestem tak samo pełnoprawnym uczestnikiem jak zakonnica, proboszcz, biskup i kardynał. A na to nie pozwolę nikomu - bo przecież również mnie Apostoł obiecał (pamiętam to jak dziś), że żaden ucisk i prześladowanie nie mają w sobie dość mocy, by oddzielić mnie od zbawczej miłości Tego, do którego właśnie tej nocy ciągną chaldejscy gwiazdarze.

Quod scripsi, scripsi.